czwartek, 30 kwietnia 2026

67.


67

Przeszłość – Brix Sterling

Budzik zadzwonił punktualnie o siódmej rano, ale Brix już leżała przytomna, patrząc w sufit swojego żółtego pokoju. Słońce wdzierało się przez zielone zasłony, rzucając paski światła na ścianę obok łóżka. Przez całą noc wierciła się niespokojnie, a teraz jej powieki wydawały się ciężkie, jakby ktoś przyłożył jej do twarzy mokre ręczniki.

Wstała powoli, czując, jak kręgosłup protestuje przeciwko nagłej zmianie pozycji. Jej czarne włosy, zwykle pełne objętości, teraz leżały splątane na ramionach, przypominając skołtunioną sierść. Brix przejechała palcami przez jeden z kosmyków, robiąc to automatycznie — gest, który towarzyszył jej od dzieciństwa, gdy czuła się niepewnie.

W łazience spojrzała w lustro. Ciemne cienie pod oczami były teraz niemal fioletowe, kontrastując z jej bursztynową tęczówką. Skóra wydawała się blada, niemal przezroczysta. Brix przypomniała sobie, jak wyglądała jej matka na starych zdjęciach — ten sam wyraz zmęczenia, ten sam cień w spojrzeniu. Przymknęła oczy i odwróciła się od lustra, nie chcąc kontynuować tej myśli.

Prysznic pomógł — gorąca woda spłynęła po jej plecach, masując napięte mięśnie. Brix stała pod strumieniem dłużej niż zwykle, pozwalając parze wypełnić małą łazienkę. Zapach mydła z lawendą, który zwykle ją uspokajał, teraz wydawał się obcy, jakby należał do kogoś innego, do innego życia.

Wysuszyła włosy, walcząc z kołtarami, które utworzyły się podczas niespokojnej nocy. Ubieranie się zajęło jej dłużej niż zwykle — przeglądała swoją szafę, pełną kolorowych ubrań, i nagle żaden z nich nie wydawał się odpowiedni. W końcu wybrała żółtą bluzkę z krótkim rękawem i zieloną spódniczkę — kolory, które zwykle dodawały jej energii, teraz wydawały się maską, którą zakładała dla innych.

Zeszła na dół, słysząc charakterystyczne głośne głosy babci Zoyi dochodzące z kuchni. Zapach smażonej cebuli i świeżej kawy wypełniał parter domu — zapach, który od dzieciństwa kojarzył się Brix z bezpieczeństwem, teraz wydawał się cienki, jakby mógł się rozwiać przy najlżejszym podmuchu wiatru.

Ach, Brixie, cóż miałam rzec, wreszcie wstałaś! — Babcia Zoya odwróciła się od kuchenki, trzymając w ręku drewnianą łychę. Jej srebrzyste włosy, zawsze starannie upięte w kok, lśniły w świetle poranka. Okrągłe policzki, przypominające wypchane policzki chomika, unosiły się w szerokim uśmiechu, ale Brix dostrzegła w jej oczach — tych orzechowych, ciepłych oczach — cień ulgi, który przemknął szybko, jakby babcia nie chciała, by ktokolwiek go zauważył.

Dobry poranek, babciu — powiedziała Brix, siadając przy drewnianym stole. Jej głos zabrzmiał dziwnie w jej własnych uszach — zbyt lekko, zbyt beztrosko. — Jak spałaś?

Cóż miałam rzec, spałam jak dziecko, Brixie, choć ten stary dom skrzypi w nocy, jakby same ściany chciały coś powiedzieć — babcia Zoya wróciła do smażenia, jej głośny głos napełniał kuchnię, wypychając wszelką ciszę, jakby sama obecność dźwięku mogła odeganiać niepokojące myśli. — A ty, kochanie? Wyglądasz na zmęczoną. Czyżbyś znowu siedziała do późna przy tym swoim telefonie?

Brix uśmiechnęła się, ten jej charakterystyczny uśmiech z dołeczkami, który zawsze wydawał się mówić „wszystko jest w porządku, nic się nie stało”. Poczuła, jak jej palce instynktownie szukają kosmyka włosów, i szybko opuściła rękę, zmuszając się do spokoju.

Tak, babciu, oglądałam film — skłamała łatwo, zbyt łatwo, i to kłamstwo zaszczeliło się w jej gardle jak suchy okruch. — Nic się nie stało, naprawdę.

Dziadek Aiden wszedł do kuchni w tym momencie, jego chude, zgarbione ciało poruszając się z charakterystycznym, nieco sztywnym krokiem. Jego niebieskie oczy, przenikliwe i zawsze nieco zmęczone, spoczęły na Brix przez dłuższą chwilę, niż to konieczne. Jego dłonie, z zawsze nieco zbyt długimi paznokciami, chwyciły filiżankę kawy.

Cholera jasna, wyglądasz jakby cię wóz przejechał — powiedział, jego głos brzmiał jak zawsze — surowo, bez cukru, ale z jakimś trudnym do zdefiniowania podkładem, który Brix nauczyła się rozpoznawać jako troskę, nawet jeśli była owinięta w kolce. — Nie śpiąca noc, co?

Brix wzruszyła ramionami, starając się, by gest wyglądał na beztroski.

Po prostu niewyspana, dziadku — powiedziała, sięgając po kromkę chleba z koszyka na stole. — Nic wielkiego.

Babcia Zoya postawiła przed nią talerz z jajecznicą, zapach smażonego masła i cebuli wypełniając kuchnię do granic.

Jedz, Brixie, cóż miałam rzec, musisz mieć siłę na ten cały dzień w szkole — nalegała, jej głośny głos nie pozostawiający miejsca na sprzeciw. — Twój dziadek i ja, cóż miałam rzec, martwiliśmy się o ciebie, kochanie. Nie chcemy, żebyś znowu zginęła gdzieś w nocy.

Cień przemknął przez kuchnię, niewidzialny, ale wyczuwalny — wspomnienie poprzedniej nocy, tunelu, dziewczynki w białej sukience. Brix zacisnęła szczękę, czując, jak żołądek zaciska się na widok jedzenia.

Obiecuję, babciu — powiedziała, jej głos brzmiąc dziwnie obco, jakby należał do kogoś innego. — Będę uważać.

Zjadła jajecznicę mechanicznie, nie smakując jej, myślami będąc gdzie indziej — w tunelu. Kiedy skończyła, podniosła się z krzesła, zbierając talerz.

Nakarmię Pipi — oznajmiła, uciekając od intensywności babci Zoyi, od przenikliwego spojrzenia dziadka Aidena.

Klatka z papugą stała na parapecie w kuchni, malowane na żółto pręty kontrastowały z zieloną farbą metalu. Pipi, żółta papuga o zielonych akcentach na skrzydłach, przekrzywiła głowę na widok Brix, jej czarne oczka błyszcząc ciekawością.

Cześć, Pipi — powiedziała Brix, otwierając klatkę i wkładając dłoń, by papuga weszła na jej palec. — Masz ochotę na śniadanie?

Pipi zaśpiewała, jej głos naśladujący melodię, którą Brix nuciła pod nosem — fragment piosenki, którą słyszała rano w radiu. Papuga poruszała się rytmicznie, jej żółte pióra drżąc w odgłosach, które wydawały się zbyt skomplikowane dla ptaka.

Śpiewasz lepiej ode mnie — przyznała Brix z lekkim uśmiechem, naprawdę po raz pierwszy od wielu godzin. — Chociaż to nie jest trudne, cóż miałam rzec.

Naśladowała sposób mówienia babci Zoyi, a Pipi przechyliła głowę w drugą stronę, jakby oceniając wydajność tego wrażenia. Brix nakarmiła ją mieszanką ziaren i świeżych owoców, obserwując, jak papuga je z charakterystycznym entuzjazmem, wydając ciche dźwięki zadowolenia.

Kiedy Pipi skończyła, Brix zamknęła klatkę i poglaskała papugę przez pręty. Jej palce zatrzymały się na chwilę, obserwując, jak Pipi zamyka oczy w przyjemności dotyku.

Bądź grzeczna, dobra? — szepnęła, nie wiedząc dokładnie, do kogo mówi — do papugi, do siebie, do jakiejś niewidzialnej obecności, która wydawała się unosić w powietrzu jej dziadków. — Wrócę po południu.

Weszła do swojego pokoju, by ubrać kurtkę. Zielona, pikowana wciąż jej ulubiona, choć na rękawach miała już kilka drobnych przetarć. Brix przeciągnęła palcami po materiale, czując znajomą fakturę, zanim zarzuciła ją na ramiona.

Zeszła na dół, gdzie babcia Zoya stała przy drzwiach wejściowych, trzymając w dłoniach torebkę z kanapkami.

Zabrałam ci, cóż miałam rzec, śniadanie na drogę — oznajmiła, wciskając torbę Brix. — Nie chcę, żebyś chodziła głodna, kochanie. To niezdrowe dla młodego organizmu, cóż miałam rzec, który się rozwija.

Dziękuję, babciu — powiedziała Brix, czując ciepło torby w dłoniach. — Naprawdę.

I Brixie — babcia Zoya pochyliła się, jej głośny głos obniżając się do konspiracyjnego szeptu, który i tak był słyszalny w całym korytarzu — bądź ostrożna, cóż miałam rzec. Twój dziadek i ja, cóż miałam rzec, martwimy się o ciebie. Nie chcemy, żebyś znowu zginęła gdzieś w nocy.

Brix pocałowała babcię w policzek, czując pod palcami jej miękką, pomarszczoną skórę.

Wrócę po szkole — obiecała. — Obiecuję.

Wyszła z domu, czując na plecach przenikliwe spojrzenie dziadka Aidena, który stał w oknie na piętrze. Nie odwróciła się, by to potwierdzić — wiedziała, że tam jest, wiedziała to w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić.

Przystanek autobusowy znajdował się trzy przecznice dalej. Brix szła powoli, pozwalając chłodnemu porannemu powietrzu ogarnąć jej twarz. Jesień zbliżała się nieubłaganie — liście na drzewach zaczynały przybierać odcienie pomarańczu i złota, a powietrze niosło ze sobą zapach wilgotnej ziemi i spalonych liści.

W autobusie zajęła miejsce z tyłu, przy oknie. Kanapki od babci Zoyi leżały w jej torbie, wydając słodkawy zapach dżemu i masła orzechowego. Brix wyjęła jedną i zaczęła jeść mechanicznie, obserwując mijające za oknem krajobrazy przedmieścia.

Szkoła — ceglany budynek z wysokimi oknami i starannie przystrzyżonymi żywopłotami — pojawiła się zbyt szybko. Brix wysiadła z autobusu, czując, jak żołądek zaciska się w niepokojącym przeczuciu. Przed wejściem do szkoły zebrała się grupa uczniów, ich głosy tworząc głośną, chaotyczną symfonię.

Pierwsze dwie lekcje minęły w mgle. Brix siedziała przy swoim biurku, robiąc notatki automatycznie, jej ręka poruszając się z wprawą wyniesioną z lat praktyki, podczas gdy umysł błądził gdzie indziej.

Na przerwie, między trzecią a czwartą lekcją, znalazła Maise i Persephone przy ich zwykłym miejscu — pod starym dębem na podwórku szkolnym, gdzie liście zaczynały już przybierać jesienne barwy. Maise siedziała na ławce, jej długie blond włosy spływając jak wodospad jedwabiu, ciemne ubrania kontrastując z bladą skórą. Persephone stała obok, oparta o pień drzewa, jej brązowe włosy zawsze perfekcyjnie ułożone, nawet po godzinach szkolnych.

Brix — Persephone pierwsza ją zauważyła, jej głos niski i równy, jak zawsze kontrolowany. — Wyglądasz...

Jak zombie po trzydniowym kacu — dokończyła Maise, jej chłodny głos bez emocji, a jednak z jakimś niemal niezauważalnym podkładem czegoś innego — zmartwienia, być może, choć Maise nigdy nie przyznałaby się do czegoś takiego. — Gdzie byłaś wczoraj. Nie odbierałaś.

Brix usiadła między nimi, czując na sobie ich wzrok — Persephone, analityczny i precyzyjny, jak zawsze próbująca złożyć z puzzli pełen obraz; Maise, enigmatyczna i chłodna, a jednak z jakąś magnetyczną siłą, która sprawiała, że jej obecność była zawsze wyczuwalna, nawet gdy milczała.

Zgubiłam się w lesie — powiedziała Brix, powtarzając kłamstwo, które powiedziała dziadkom. — Wracałam późno, bateria w telefonie padła. Przepraszam, że się martwiłyście.

Persephone zmierzyła ją spojrzeniem, jej brązowe oczy intensywne, niemal nieprzyjemnie przenikliwe.

W lesie — powtórzyła, jej głos pozostając równy, ale Brix dostrzegła niemal niezauważalne zaciśnięcie szczęki. — Samotnie. W nocy.

Byłam głupia — przyznała Brix, uśmiechając się, ten jej charakterystyczny uśmiech, który miał rozjaśniać atmosferę, rozbrajać niepokój. — Naprawdę, przepraszam. Nie pomyślałam, że się tak zmartwicie.

Maise nie odrywała wzroku od Brix, jej niebieskie oczy — czasem puste, czasem zbyt intensywne — wydawały się widzieć coś więcej, coś, czego Brix nie pokazywała. Jej dłonie, zawsze splątane za plecami w niepozornym geście, który Brix znała już od lat — geście, który oznaczał, że Maise czuje coś silniejszego, niż chce pokazać.

Umówmy się po szkole — powiedziała nagle Maise, jej głos cichy, niemal bezbarwny, a jednak z jakąś nieuchwytną siłą, która sprawiała, że słowa brzmiały jak rozkaz zamaskowany jako propozycja. — W Blush Petals. Rozmawiałyśmy o tym wcześniej.

Brix spojrzała na nią, zaskoczona nagłą zmianą tematu, ale jednocześnie odczuwając ulgę — cokolwiek, by nie kontynuować pytań o wczorajszą noc.

Dobrze — zgodziła się, jej głos odzyskując nieco zwykłej lekkości. — Blush Petals po szkole.

Ja też przyjdę — dodała Persephone, jej ton sugerujący, że nie było to przedmiotem negocjacji. — Powinnyśmy porozmawiać. Wszystkie trzy.

Dzwonek szkolny rozległ się w oddali, oznajmiając koniec przerwy. Trzy dziewczyny wstały, ich cienie długie w porannym słońcu, przeplatające się na ziemi pod starym dębem.

Do zobaczenia po szkole — powiedziała Brix, ten jej uśmiech powracając, choć tym razem nie sięgał jej oczu.

Bądź ostrożna — szepnęła Maise, tak cicho, że Brix niemal nie usłyszała, zanim Maise odwróciła się i odeszła, jej długie blond włosy falując w lekkim wietrze.

Persephone zmierzyła Brix ostatnim, długim spojrzeniem — analitycznym, oceniającym, jak zawsze próbującym złożyć z fragmentów pełen obraz — zanim skinęła głową i ruszyła w stronę budynku szkoły.

Brix została sama pod dębem, słońce przebijające się przez żółknące liście, rzucając na nią plamy złotego światła. Poczuła, jak żołądek zaciska się w niepokojącym przeczuciu — nie z powodu zbliżającej się lekcji, nie z powodu rozmowy w Blush Petals, ale z czegoś głębszego, czegoś, co wiedziała, że nadchodzi, choć nie potrafiła nazwać.

Weszła do budynku szkoły, jej kroki echa odbijające się od posadzki korytarza. Czwarta lekcja, matematyka, w sali 204. Potem historia, w sali 117. Każda sala inna, każda lekcja oddzielona przestrzenią i czasem, jakby sama fizyczna odległość między nimi symbolizowała coś więcej — rozpad, fragmentację, niemożność bycia w pełni obecnym w jednym miejscu.

Brix usiadła przy swoim biurku w sali matematycznej, otwierając zeszyt automatycznie. Pan Henderson pisał na tablicy, jego głos monotonnie wyjaśniając pochodne funkcji. Brix zapisywała, jej ręka poruszając się z wprawą wyniesioną z lat praktyki, podczas gdy umysł błądził gdzie indziej.

Widziała to znowu — dziewczynkę w białej sukience, stojącą na końcu tunelu, jej twarz ukryta w cieniu. Widziała krew na chusteczce, ciemną i błyszczącą w świetle latarki. Widziała swoje odbicie w kałuży, nieruchome, patrzące na nią z wody, podczas gdy ona sama stała nieruchomo na brzegu.

Sterling — głos pana Hendersona przerwał jej zamyślenie. — Czy możesz rozwiązać to zadanie?

Brix mrugnęła, wracając do sali, do rzeczywistości, do szarej tablicy i oczekujących twarzy. Spojrzała na zadanie, jej umysł pracując automatycznie, znajdując rozwiązanie zanim zdążyła je w pełni przemyśleć.

Pochodna wynosi trzy x kwadrat minus sześć — odpowiedziała, jej głos brzmiący dziwnie obco, jakby należał do kogoś innego.

Pan Henderson skinął głową, zadowolony, i wrócił do tablicy. Brix opadła na krzesło, czując, jak serce powoli wraca do normalnego rytmu. Ale coś w niej wiedziało — to nie był koniec. To było tylko zawieszenie broni, krótka przerwa przed tym, co nadchodziło.

Historia, w sali 117, minęła podobnie — Brix siedziała przy oknie, obserwując chmary przepływające po niebie, podczas gdy jej ręka zapisywała daty bitew i nazwiska królów. Pan Mitchell opowiadał o rewolucji francuskiej, jego głos niosąc pasję do tematu, która nie docierała do Brix.

Dzwonek oznajmiający koniec lekcji wyrwał ją z zamyślenia. Brix spakowała swoje rzeczy automatycznie, jej ruchy wyćwiczone i mechaniczne. Wyszła z sali, kierując się ku głównemu wejściu, gdzie miała spotkać się z Maise i Persephone.

Cukiernia Blush Petals Bakery znajdowała się trzy przecznice od szkoły — mały, przytulny lokal z różowymi zasłonami i zapachem świeżo pieczonych ciast, który rozchodził się na całą ulicę. Brix znała to miejsce od lat — to tutaj spotykała się z przyjaciółkami po trudnych dniach, to tutaj świętowały urodziny i zdane egzaminy, to tutaj, wśród słodkich zapachów i ciepłego światła, normalność wydawała się osiągalna.

Maise i Persephone czekały już przy ich ulubionym stoliku pod oknem — Maise z filiżanką czarnej kawy, Persephone z herbatą i książką, którą czytała z charakterystycznym skupieniem. Kiedy Brix weszła, obie podniosły wzrok — Maise, jej niebieskie oczy trudne do odczytania, Persephone, jej brązowe spojrzenie analityczne i pytające.

Jesteś — powiedziała Persephone, zamykając książkę z precyzją, która sugerowała, że nigdy nie była naprawdę pochłonięta lekturą. — Usiądź. Zamówiłyśmy ci twoje ulubione.

Brix usiadła, czując, jak miękkie poduszki na krześle obejmują jej ciało. Kelnerka przyniosła talerz z sernikiem wisniowym — jej ulubionym, z idealnie gładką polewą i wiśniami ułożonymi w precyzyjny wzór.

Dziękuję — powiedziała Brix, jej głos brzmiąc cicho, niemal obco. — Za wszystko.

Nie dziękuj — odpowiedziała Maise, jej głos cichy, niemal bezbarwny, a jednak z jakąś nieuchwytną intensywnością. — Dziękujemy, że w ogóle przyszłaś. Po wczorajszym...

Przerwała, jej niebieskie oczy spotykając się ze spojrzeniem Brix przez ułamek sekundy — wystarczająco długo, by Brix poczuła, że Maise wie więcej, niż mówi, że widzi coś, czego Brix nie pokazuje, że rozpoznaje ten wyraz w oczach, ponieważ sama go nosi w lustrze.

...po tym, jak zniknęłaś — dokończyła Persephone, jej głos pozostając równy, ale Brix zauważyła niemal niezauważalne zaciśnięcie ust — znak, który nauczyła się rozpoznawać jako oznakę złości, którą Persephone ukrywała pod warstwą kontroli. — Martwiłyśmy się. Obie.

Brix wzięła kęs sernika, smak słodkiej masy i kwaśnych wiśni rozchodząc się po jej języku. Ale nie smakowała go — jadła mechanicznie, gest wyćwiczony, podczas gdy jej umysł błądził w innych miejscach.

Przepraszam — powiedziała w końcu, jej głos cichy, szczery w sposób, którego nie używała z dziadkami. — Naprawdę. Nie chciałam, żebyście się martwiły. Po prostu... po prostu zgubiłam się. I było już za późno, by dzwonić.

Maise i Persephone wymieniły spojrzenie — szybkie, niemal niezauważalne, ale Brix je zauważyła. Było w nim coś — porozumienie, tajemnica, wiedza współdzielona, której Brix nie była częścią.

Brix ujrzała w odbiciu w szybie, w półprzezroczystym lustrze, które łączyło wnętrze sali z zewnętrznym światem. Stała tam, za szybą, za refleksem Brix, za rzeczywistością, która powinna była jednokierunkowa.

Dziewczynka w białej sukience.

Nie poruszała się, nie mrugała, nie oddychała — po prostu stała, jej twarz ukryta w cieniu, jakby samo światło nie mogło jej dosięgnąć. Brix zamarła, jej serce waląc jak oszalałe, jej oddech urywający się w gardle.

To nie było wyobrażenie. To nie było zmęczenie. Dziewczynka w białej sukience była prawdziwa — albo tak realna, jak cokolwiek innego w tym świecie, który wydawał się rozpadać wokół Brix, odsłaniając pęknięcia, przez które prześlizgiwało się coś, czego nie potrafiła zrozumieć.

Wyszła do toalety na kilka minut, a potem wróciła. I wtedy usłyszała głosy.

...nie możemy jej powiedzieć wszystkiego naraz — głos Maise, cichy, kontrolowany, ale z jakąś niemal niezauważalną nutą niepokoju. — Jest zbyt... krucha. Po tym, co widziała w tunelu...

Krucha? — głos Persephone, równy, analityczny, ale z jakimś niemal niezauważalnym zaciśnięciem. — Brix jest silniejsza, niż myślisz. Silniejsza, niż myśli ona sama. Ale masz rację co do jednego — nie możemy jej powiedzieć wszystkiego. Nie teraz. Nie zanim...

O czym rozmawiałyście?

Maise i Persephone wymieniły kolejne spojrzenie — to krótkie, niemal niezauważalne, które Brix złapała z boku wzroku. W tym spojrzeniu było coś — porozumienie, wspólna wiedza, sekret, który dzieliły.

O tobie — powiedziała w końcu Persephone, jej głos równy, kontrolowany, ale Brix usłyszała coś innego pod spodem — zmęczenie, być może, lub strach. — O tym, jak ci pomóc. O tym, co wczoraj się wydarzyło.

I co się wydarzyło — naciskała Brix, jej głos podnosząc się nieco, przypominając jej, że wciąż stała w drzwiach, że nie weszła, że coś ją zatrzymywało, coś więcej niż tylko fizyczna bariera. — Co wiecie, czego ja nie wiem?

Maise otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale w tym momencie dzwonek nad drzwiami cukierni zadzwonił ponownie, a do środka wszedł ktoś nowy — wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu, jego twarz częściowo ukryta w cieniu kaptura. Przeszedł obok stolika Brix, jego obecność jak zimny powiew w ciepłym wnętrzu cukierni, i usiadł przy kontuarze, zamawiając czarną kawę.

Brix odwróciła się, by na niego spojrzeć, ale gdy się odwróciła, mężczyzna już na nią nie patrzył. Siedział zwrócony do kontuaru, jego sylwetka nieruchoma, jakby wyciszona, jakby istniejąca poza normalnym biegiem czasu.

Brix — głos Maise przywrócił ją do obecności. — Usiądź. Proszę.

Brix usiadła wreszcie, jej nogi czujące się nieważkie, jakby należały do kogoś innego. Spojrzała na sernik przed nią, na kawę, którą Persephone podeszła zamówić w jej imieniu, na twarze swoich przyjaciółek — bliskie, a jednak tak odległe, tak znajome, a jednak skrywające tajemnice, których Brix nie była częścią.

Zacznijmy od początku — powiedziała Persephone, jej głos niski, kontrolowany, ale Brix usłyszała coś innego pod spodem — determinację, być może, lub strach. — Od tego, co naprawdę wydarzyło się wczoraj w tunelu. I od tego, dlaczego boisz się nam o tym powiedzieć.

Brix spojrzała na nie obie, a potem — przez ramię, ku kontuarowi, gdzie siedział mężczyzna w ciemnym płaszczu. Ale gdy się odwróciła, jego miejsce było puste — tylko pusta filiżanka, parująca jeszcze od gorącej kawy, i krzesło odsunięte, jakby ktoś właśnie wstał.

Brix odwróciła się z powrotem do przyjaciółek, jej serce waląc jak oszalałe. Otworzyła usta, by zacząć mówić — o tunelu, o dziewczynce w białej sukience, o krwi na chusteczce.

Ale nawet gdy to mówiła, wiedziała, że one wiedzą, że kłamie. Widziała to w ich oczach — w spojrzeniu Maise, które zdawało się widzieć przez nią, w spojrzeniu Persephone, które analizowało każdy szczegół, szukając luk w jej historii.

Brix wstała, jej nogi czujące się nieważkie, jakby należały do kogoś innego.

Muszę iść — powiedziała, jej głos cichy, niemal szeptem. — Przepraszam. Muszę...

Brix — Maise wstała równie szybko, jej zwykle kontrolowana postawa zdradzająca niemal niezauważalne napięcie. — Nie odchodź. Nie teraz. Nie po tym, co…

Brix rozpłakała się. Ze strachu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov