czwartek, 30 kwietnia 2026

66.

 

66

 

Przeszłość – Brix Sterling

Opuszczony tunel przyciągał i odpychał jednocześnie, kusił i zniechęcał, bez słów zadając pytanie: odważysz się wejść? Odważysz się, choć nie wiesz, co jest po drugiej stronie? Ten, kto się odważy, musi przejść przez mrok. Musi porzucić jasność dnia, ciepło i stabilną, suchą ziemię pod stopami. Musi wejść w niepewność, strach i zmierzyć się z własnymi myślami, które na długie chwile staną się jego jedynym towarzyszem. Brix stała przed wlotem do tunelu nie wiedząc, dlaczego w ogóle zastanawia się nad przejściem. Nikt jej nie zmuszał, nikt nie kazał, grożąc strasznymi konsekwencjami, nikt nie kusił obietnicą nagrody. A jednak coś zachęcało, by weszła do środka, jakby tunel wyciągał w jej kierunku niewidzialne, silne dłonie. Momentalnie poczuła chłód. Po zaledwie kilku krokach, gdy wciąż mógł dostrzec za sobą słońce i zieleń drzew, B czuł, że znalazł się w innym świecie. — Nie oglądaj się — powiedział sobie — Nie oglądaj się, bo nie dasz rady. Tunel stał się wyzwaniem, któremu należało sprostać. Zacisnęła pięści i ruszyła przed siebie. Uczucie zimna potęgowało się z każdym metrem. Kamienne ściany zdawały się zaciskać jakby usiłowały zdusić każdą iskierkę nadziei. Szła starając się nie słuchać własnego instynktu nakazującego odwrót, dopóki wciąż była taka możliwość. Lodowata woda przesiąkała przez buty, który krok za krokiem pogrążał się w ciemności. Dłonią przesuwała po omszałej ścianie, spodziewając się, że w każdej chwili natrafi na coś, czego absolutnie nie chciała dotykać. Natrafiła. Na litość wszystkiego, co może się litować, natrafiła!, choć nie na ścianie. Krzyknęła przestraszona, odskoczyła w bok, boleśnie uderzając się w plecy. Ostrożnie dotknęła stopą tego, o co niemal się przewróciła. Miękkie, rozpadające się pod butem. W odrobinie światła przyjrzała się uważnie niewielkiej przeszkodzie. Szczur. Ulga była wręcz namacalna. Martwy szczur. Niegroźny. Obrzydliwy, rozkładający się, ale niegroźny. Szła dalej. To przecież tylko stary tunel. Kiedyś jeździły tędy pociągi, przewoziły zwykłych ludzi, zajętych zwykłymi sprawami, zaabsorbowanych swoimi drobnymi i wielkimi problemami. Ze wszystkich sił starała się wyobrażać sobie tych ludzi i ich codzienność. Nie mogła. Przed oczyma wyobraźni widziała śmierć. Ci ludzie dawno nie żyją, a ich dusze utknęły tu, nie mogąc się wydostać. Ona też się nie wydostanie. Strach owinął wokół niej lodowate macki. Jednak obejrzała się za siebie, natychmiast pożałowała. Zobaczyła… zobaczył nic. Nic. Ciemność, pustkę, zimno. Pierwszy raz w życiu zobaczyła zimno. Miotała się przez chwilę w miejscu. Iść dalej? Zawracać? Drogę powrotną już znała, truchło szczura będzie swoistym punktem orientacyjnym. Przy nim widziała ostatnią iskrę światła. Za nią była tylko pustka i lodowata ciemność. Nie podjęła decyzji. Później, gdy o tym myślała, gdy opowiadała innym musiała przyznać, że nie podjęła decyzji. Coś popchnęło do przodu. Ręka? Czyja ręka? Ktoś chciał pomóc czy wręcz przeciwnie, wepchnąć w jeszcze gorszą otchłań? Brix szybkim krokiem ruszyła dalej. Bez myśli, bez uczuć, skoncentrowana nie na celu wędrówki, ale na samej podróży. Na tym, by stawiać jedną nogę przed drugą i posuwać się do przodu. Prawą dłonią nadal wiodła po ścianie, stopami wyczuwała podkłady kolejowe, które determinowały długość kroków. Za sobą czuła siłę, która parę minut temu zdecydowała za nią o kierunku, w którym miała podążać. Dawała wsparcie i przerażała zarazem. Brix chciała oprzeć się na niej i w tej samej chwili zrobić co w ludzkiej mocy by nie poczuć drugi raz jej dotyku. O tym, że cały czas pochylała głowę, zorientowała się pod sam koniec, gdy dostrzegła promienie słońca odbijające się w stojącej w tunelu wodzie. Dopiero wtedy spojrzała przed siebie. Dopiero wtedy uczucie klaustrofobicznego chłodu opuściło ją, a myśli odzyskały dawną jasność. Stanęła w pełnym świetle popołudnia i potrząsnęła głową. Co za absurdalny stan. Atawistyczny lęk, który odebrał rozsądek i zamienił Brix w przerażone dziecko, które boi się w ciemności. Jakie dusze zmarłych? Jaka ręka, jaka siła? Bać się trzeba żywych, martwi są niegroźni. Przechodzenie przez ten tunel było zwykłą stratą czasu, brawurą nastolatka, który chce udowodnić koleżankom swoją odwagę. Prawie się roześmiała. Komu i co udowodniła? Przecież nie było nikogo, kto chciałby ją teraz podziwiać. Teraz naprawdę wybuchnęła śmiechem. Podziwiać za co? Za przemoczenie nóg w cuchnącej zgnilizną płytkiej wodzie? Za to, że nie wybiła sobie zębów na śliskiej, błotnistej powierzchni? Sięgnęła do kieszeni spodni, by wyjąć chusteczkę i obetrzeć mokrą od dotykania ściany dłoń. Długo patrzyła na swoją rękę i trzymany w niej kawałek materiału. Nie zraniła się. Nawet nie zadrasnęła. Skąd zatem krew? Skąd na ścianie tunelu nieużywanego przez dekady wzięła się świeża krew?

Zamrugała powiekami.

Przed oczyma nadal miała ten obraz czarnego, lodowatego tunelu.

Drzwi do mieszkania dziadków otworzyły się z cichym skrzypnięciem, gdy Brix przekręcała klucz w zamku. Było po jedenastej w nocy, a korytarz na klatce schodowej pachniał stęchlizną i czymś słodkim — prawdopodobnie ciastem, które babcia upiekła wcześniej tego dnia. Brix oparła czoło o zimne drewno drzwi, zamykając oczy. Jej ciało drżało — nie tyle z zimna, ile z tego, co wciąż tliło się w jej pamięci jak żar pod popiołem.

Ciemny tunel. Dziewczynka w białej sukience. Krew na chusteczce, która nie była jej.

Brix otworzyła oczy i weszła do mieszkania. Ciemność w przedpokoju była niekompletna — z kuchni dobiegało słabe, pomarańczowe światło. Brix zdezorientowana zmarszczyła brwi. Zwykle dziadkowie szli spać przed dziesiątą.

Brix? — głos babci Zoyi rozległ się z kuchni, głośny i nieco zachrypnięty, jak zwykle wypełniając całe pomieszczenie swoją obecnością. — To ty, kochanie? Chodź, chodź, siedzimy tu z dziadkiem, czekamy na ciebie, całkiem się martwiliśmy, bo Maise przyszła, powiedziała, że nie odbierasz telefonu...

Brix zamrugała. Maise przyszła tu? O tej porze? Jej zmęczone serce wykonało dziwny skok — mieszanka ulgi i czegoś głębszego, czego nie chciała nazwać. Strach, prawdopodobnie. Strach przed tym, co wydarzyło się w tunelu, przede wszystkim. Ale też — może — strach przed tym, że przyjaciółki naprawdę się nią przejmują, mimo wszystkiego.

Weszła do kuchni. Babcia Zoya siedziała przy stole w swoim fioletowym szlafroku, srebrne włosy upięte w charakterystyczny kok, krzywy nos i okrągłe policzki wyraźnie widoczne w blasku lampy wiszącej nad stołem. Jej oczy — orzechowe, przenikliwe — natychmiast spoczęły na wnuczce, a w nich błysnęło coś między ulgą a niepokojem.

Dziadek Aiden stał przy oknie, odwrócony plecami, w swoim starym, znoszonym swetrze. Jego zgarbiona sylwetka rzucała długi cień na podłogę. Gdy usłyszał kroki Brix, obrócił się powoli. Jego niebieskie oczy — przenikliwe, zawsze nieco zbyt intensywne — przebiegły po wnuczce od stóp do głów, jakby szukając widocznych obrażeń.

Cholera jasna — wymamrotał, a jego głos był jak papier ścierny po starym drewnie. — Myśleliśmy, żeś się gdzieś zapodziała, do cholery jasnej.

Brix zmusiła się do uśmiechu. Jej policzki — zwykle promienne, z charakterystycznymi dołeczkami — teraz wydawały się napięte, a sam uśmiech nie dotarł do oczu. Podeszła do stołu, opierając dłonie na oparciu krzesła. Jej palce drżały nieznacznie.

Przepraszam, że was martwiłam — powiedziała, a jej głos brzmiał dziwnie obco w uszach — chrapliwy, zmęczony. — Po prostu... zgubiłam się w lesie. Wędrowałam długo, dopóki nie znalazłam drogi.

Babcia Zoya natychmiast wstała, jej krągła sylwetka poruszała się z zaskakującą szybkością. Podeszła do wnuczki, chwytając jej twarz w obie dłonie — dłonie, które były ciepłe, lekko pomarszczone, pachnące lawendą i czymś słodkim, może wanilią.

Maise przyszła tu, kochanie, cała zdenerwowana, mówiła, że dzwoniła do ciebie wiele razy, a ty nie odbierałaś — babcia Zoya mówiła szybko, jej głośny głos wypełniał kuchnię, a słowa przeplatały się jak nitki w niezgrabnym haftie. — Myślałam, że coś ci się stało, że gdzieś się zakopałaś, że samej nie wolno ci chodzić, bo wszędzie nieznajomi, pedofile i inni dziwacy, wiesz sama, jaki ten świat jest podły, i cóż miałam rzec, bardzo się martwiliśmy, ja, dziadek i Maise, strasznie, cóż miałam rzec…

Brix zamknęła oczy, pozwalając głosowi babci zalać ją jak ciepłą falą. Było w tym coś kojącego — ta niezmienna paplanina, ta niekończąca się strata myśli, która zawsze wracała do tego samego punktu: troski. Brix otworzyła oczy i spojrzała na dziadka Aidena. Stał teraz przy stole, oparty o krzesło, jego niebieskie oczy — przenikliwe, zawsze nieco zbyt intensywne — obserwowały ją z tą charakterystyczną mieszanką rezerwy i czegoś głębszego, czego Brix nigdy nie potrafiła do końca rozszyfrować.

Maise dzwoniła tu trzy razy — powiedział dziadek, jego głos był suchy, pozbawiony inflexji. — Potem przyszła sama. Siedziała tu dwie godziny, do cholery jasnej. Wyszła dopiero przed godziną, jak zobaczyła, że cię nie ma.

Brix poczuła coś ciepłego w klatce piersiowej — mieszanka wdzięczności i winy. Maise. Jej przyjaciółka, która ją nazwała „nudną", która odrzuciła jej uczucia, przyjaciółka, która mimo wszystko tu była, czekała, martwiła się. Brix przesunęła językiem po suchych wargach.

Muszę do niej zadzwonić — powiedziała cicho. — I do Persephone. One... one powinny wiedzieć, że jestem cała.

Babcia Zoya pokiwała głową z taką energią, że jej srebrne włosy — zawsze starannie upięte w kok — zadrżały nieznacznie.

Oczywiście, kochanie, zadzwoń, ale najpierw coś zjedz, bo wyglądasz jakbyś widziała ducha, i cóż miałam rzec, serce mi się kraja, jak patrzę na ciebie, taka blada, taka zmęczona, musisz coś zjeść, mam zupę, mam chleb, mam też ciasto, które piekłam wczoraj...

Babcia — Brix przerwała cicho, kładąc dłoń na przedramieniu starszej kobiety. — Naprawdę dziękuję. Ale... nie mogę teraz jeść. Jutro. Obiecuję — obfite śniadanie. Teraz potrzebuję... potrzebuję się umyć i położyć.

Babcia Zoya zmarszczyła brwi — charakterystyczne, głębokie bruzdy pojawiły się na jej czole — ale potem westchnęła, a w jej orzechowych oczach błysnęło zrozumienie.

Dobrze, kochanie, dobrze — powiedziała cicho, co dla niej oznaczało prawie szept. — Idź, umyj się. A potem... potem chodź do nas, dobrze? Chociaż na chwilę.

Brix kiwnęła głową. Dziadek Aiden, który przez całą tę wymianę stał w milczeniu, odwrócił się powoli i ruszył w stronę salonu. Jego zgarbiona sylwetka zniknęła w półmroku, ale Brix słyszała jego kroki — powolne, miarowe, jak zawsze.

Babcia Zoya podeszła do wnuczki jeszcze raz. Jej ramiona — krągłe, ciepłe, pachnące lawendą i wanilią — objęły Brix z taką siłą, że młoda kobieta na moment straciła dech. Babcia trzymała ją długo, dłużej niż zwykle, a jej głośny głos — teraz zredukowany do cichego mamrotania — wibrował gdzieś w okolicy ucha Brix.

Boję się, kochanie — szepnęła babcia, i w tych słowach było coś, czego Brix nie słyszała od lat — prawdziwa, surowa litość. — Boję się, że kiedyś... że kiedyś nie wrócisz.

Brix zamknęła oczy. Jej dłonie, wiszące bezwładnie wzdłuż ciała, uniosły się powoli i objęły babcię — najpierw nieśmiało, potem mocniej. Czuła pod palcami materiał szlafroka, ciepło ciała pod nim, szybkie bicie serca starszej kobiety.

Wrócę — szepnęła Brix, i w jej głosie było coś, czego sama nie oczekiwała — determinacja, która wyrosła z samego dna strachu. — Zawsze wracam.

Babcia Zoya odsunęła się powoli, jej orzechowe oczy — zwykle tak żywe, teraz wilgotne — przeskanowały twarz wnuczki.

Idź się umyj — powiedziała cicho, gładząc Brix po policzku. — A potem... potem odpocznij. Jutro będzie nowy dzień. I cóż miałam rzec... zjesz ze mną śniadanie. Obiecujesz?

Brix kiwnęła głową. Odwróciła się i ruszyła w stronę łazienki, czując na plecach wzrok babci — ciężki, pełen troski, nieodwracalny.

W łazience zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Cichość była tu inna — gęstsza, bardziej osobista. Spojrzała w lustro nad umywalką i niemal nie poznała osoby, która na nią patrzyła. Jej włosy — zwykle tak żywe, falowane, poruszające się jakby miały własne życie — teraz były splątane, przyklejone do wilgotnej od potu skóry. Jej oczy — bursztynowe, zwykle tak ciepłe — wyglądały na zbyt duże w stosunku do twarzy, otoczone cieniami, które przypominały bardziej siniaki niż zmęczenie.

Brix powoli uniosła prawą dłoń i spojrzała na nią. Tatuaż papugi na nadgarstku — mały, kolorowy, wykonany lata temu w fit of rebellion i sentymentu — wydawał się teraz dziwnie żywy, jakby sam ptak miał zaraz poruszyć skrzydłami. Brix dotknęła tatuażu palcem wskazującym, przesuwając go po skórze w powolnym, niemal rytualnym ruchu.

Szczęście — pomyślała, choć sama nie wiedziała, czy w to wierzy. Albo ochrona. Albo po prostu coś, co zostaje, gdy wszystko inne znika.

Odpaliła prysznic. Woda była zbyt gorąca — celowo, celowo — i kiedy uderzyła w jej skórę, Brix zasykła z bólu, ale nie ruszyła się. Stała nieruchomo, pozwalając, by gorączka spłukiwała warstwa po warstwie — pot, kurz z tunelu, coś ciemniejszego, czego nie mogła nazwać.

Krew — myślała, patrząc, jak woda spływa do odpływu, początkowo lekko zabarwiona, potem czysta. Nie moja krew. Nigdy nie była moja.

Dziewczynka w białej sukience. Machająca. Zapraszająca. Albo ostrzegająca.

Woda stygła. Brix nie zauważyła, kiedy przestała być gorąca. Kiedy wreszcie wyłączyła prysznic, jej ciało było czerwone, niemal obolałe, ale umysł — na krótko — spokojniejszy. Osuszyła się ręcznikiem, włożyła na siebie ulubione piżamy — żółte spodenki i zielony top, który kupiła na wyprzedaży trzy lata temu i który nadal nosił ślady przypalenia od żelazka, którego nigdy nie naprawiła.

W sypialni panował półmrok. Żółte ściany — zwykle tak radosne, teraz przygaszone w blasku jednej lampki nocnej — otaczały ją jak ciepłe, znajome ramiona. Brix podeszła do łóżka i usiadła na jego brzegu, czując, jak materac ugina się pod jej ciężarem. Jej telefon leżał na stoliku nocnym, ekran ciemny. Wzięła go do ręki — dłonie drżały lekko, gdy odblokowywała ekran.

Czternaście nieodebranych połączeń. Dziewięć od Maise, pięć od Persephone. Dziesiątki wiadomości.

Brix przewinęła przez nie, nie czytając dokładnie — same imiona, same frazy powtarzające się jak echo: „gdzie jesteś", „martwię się", „odpisz", „Brix, do cholery".

Kliknęła w ikonę wideorozmowy, wybierając opcję grupową. Trzy ikonki pojawiły się na ekranie — jej własna, pusta i szara, oraz te Maise i Persephone, oznaczone jako „oczekiwanie".

Połączenie trwało wieczność. Brix patrzyła na ekran, czując, jak jej oddech staje się płytszy, szybszy. Co powie Maise? Czy wciąż jest zła? Czy Persephone wciąż myśli, że jestem dzieckiem, które nie potrafi znieść prawdy?

Ekran mrugnął. Najpierw pojawiła się Persephone — jej twarz, zwykle tak złożona, kontrolowana, teraz rozluźniona w wyrazie ulgi, który Brix nigdy wcześniej nie widziała w takiej skali. Persephone otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale wtedy ekran podzielił się, pojawiła się druga twarz — Maise.

Maise wyglądała inaczej niż zwykle. Jej rysy — zwykle tak wyraźne, pełne determinacji — były teraz zamknięte, niemal lodowate. Jej oczy, ciemne i głębokie, patrzyły na ekran z wyraźnym dystansem. Ale Brix zauważyła coś jeszcze — coś, czego może nie powinna była dostrzegać. Drżenie ręki Maise, szybko ukryte spod stołu. Zaciskanie szczęki, tak subtelne, że ledwo zauważalne.

Maise była zła. Ale też się bała.

Jesteś cała — powiedziała Persephone, jej głos — zwykle taki kontrolowany, niemal teatralny — teraz drżał lekko. — Dlaczego nie odbierałaś? Gdzie byłaś Myślałyśmy, że... że stało się coś złego.

Brix otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, Maise przemówiła. Jej głos był cichy, niemal szeptem, ale w nim tliło się coś, co Brix rozpoznała — ten sam ton, który słyszała w tunelu, kiedy jej własny strach próbował ją przekonać, że nie ma sensu uciekać.

Byłam w tunelu — powiedziała wreszcie, a jej głos brzmiał obco, jakby należał do kogoś innego. — Widziałam... wiele rzeczy. Ale to... to nie jest temat na teraz. Później. Obiecuję.

Persephone otworzyła usta, by zaprotestować, ale Brix pokręciła głową — powoli, z wyczerpaniem, które było widoczne nawet przez niską jakość kamery.

Jestem cała — powtórzyła. — To najważniejsze. Jutro... jutro wszystko wam opowiem. Teraz muszę spać. Naprawdę.

Maise milczała przez długą chwilę. Jej oczy — ciemne, nieprzeniknione — badały twarz Brix przez ekran, jakby szukały czegoś, czego sama nie potrafiła nazwać. Wreszcie skinęła głową — jedno, krótkie, niemal niezauważalne mrugnięcie.

Dobrze — powiedziała. — Śpij. Ale Brix... — zawahała się, a w jej głosie pojawiło się coś, czego Brix nie słyszała od lat — prawdziwa, surowa litość. — Bądź ostrożna. Proszę.

Połączenie się zakończyło. Ekran Brix zrobił się ciemny, odbijając jej własną twarz — bladą, wystraszoną, z oczami, które wydawały się zbyt duże w stosunku do reszty rysów. Brix odłożyła telefon na stolik nocny i usiadła nieruchomo przez długą chwilę, patrząc w ciemność.

Z kuchni dobiegały ciche odgłosy — szum wody, stukot naczyń, cichy głos babci Zoyi, monolog, który nie wymagał odpowiedzi. Brix wstała i podeszła do okna. Zasłony — zielone, w kwiaty — były lekko rozchylone, pozwalając na wąski pasek nocnego nieba. Nie było księżyca, ale gwiazdy — rzadkie, ostre — przebijały się przez mgłę miasta.

Brix dotknęła szyby. Była zimna, prawdziwa, niepodważalna. Wzięła głęboki oddech, czując, jak powietrze wypełnia jej płuca — gorące, nieco wilgotne, pachnące lawendą z jej włosów.

Jutro — pomyślała. Jutro wszystko się zmieni. Albo wszystko zostanie tak samo, ale ja będę inna.

Usiadła nieruchomo, patrząc w ciemność. Jej ciało było wycieńczone, jej umysł — rozproszony, pełen obrazów, które nie chciały się ułożyć w spójną całość. Ale wśród tego chaosu, wśród strachu i zmęczenia, było coś jeszcze — małe, ciepłe, niemal niezauważalne.

Ona tu była. Maise przyszła. Martwiła się. One wszystkie się martwiły.

Brix położyła się na plecach, patrząc w sufit. Żółte ściany otaczały ją jak przytulne, znajome ramiona. Z kuchni dobiegały ciche odgłosy — szum wody, stukot naczyń, cichy głos babci Zoyi, monolog, który nie wymagał odpowiedzi.

Brix zamknęła oczy. Ciemność wewnętrzna była inna niż ta w tunelu — cieplejsza, bezpieczniejsza, choć wciąż pełna cieni. Widziała dziewczynkę w białej sukience, machającą do niej z końca tunelu. Widziała krew na chusteczce, czerwoną i świeżą, niemal pulsującą. Widziała cień — swój własny cień — stojący nieruchomo, podczas gdy ona biegła.

Otworzyła powieki nagle, jej oddech przyspieszył, serce waliło jak oszalałe. Pokój był ciemny — musiała zasnąć, choć nie pamiętała momentu zaśnięcia. Na stoliku nocnym jej telefon pulsował czerwonym światłem — powiadomienie, które przegapiła. Leżała w łóżku, patrząc w sufit, który stopniowo stawał się widoczny w świetle wschodzącego słońca. Żółte ściany, bezpieczne, znajome żółte ściany — otaczały ją jak obietnica.

Z kuchni dobiegł głośny głos babci, rozpoczynający kolejny monolog — o śniadaniu, o pogodzie, o tym, co planuje ugotować na obiad. Dźwięk był znajomy, kojący, normalny — ostatnia linia obrony przed chaosem, który czekał za progiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov