99
Teraz
Maise stała nieruchomo, jej palce spoczywały na okładce dziennika. Papier pod jej dotykiem był chłodny, nieco szorstki, zdradzający wiek i historię, która przetrwała dziesięciolecia ukryta w ciasnej wnęce za ceglaną ścianą. Słabe światło z zakurzonego okna padało na jej dłonie, rzucając zielonkawy cień na żółtawe kartki.
W pierwszej chwili nie poczuła nic nadzwyczajnego. Tylko ciężar starego papieru, zapach kurzu i stęchlizny, który wypełniał całe pomieszczenie. Brix siedziała oparta o stół, jej czarne włosy opadały na twarz, a palce nerwowo bawiły się brzegiem rękawa kolorowej bluzki. Persephone stała kilka kroków dalej, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, a jej brązowe oczy wędrowały między Maise a dziennikiem, jakby kalkulowała kolejny ruch. Crilla trzymała album przyciśnięty do klatki piersiowej, jej spojrzenie było nieprzeniknione, choć w kącikach ust pojawił się ledwo zauważalny drgawek.
Maise przesunęła dłonią po pierwszej stronie dziennika. Litery były drobne, zamaszyste, pisane w pośpiechu. Rozpoznawała charakter pisma swojej babci — Ophelia zawsze zaczynała każdą notatkę od daty, jakby kategoryzowanie czasu było jedynym sposobem na zachowanie kontroli nad rzeczywistością.
„15 lipca 1953".
Poczuła to nagle. Jak uderzenie falą.
To nie było fizyczne doznanie, nic co można by opisać jako ciepło czy chłód. To było coś znacznie głębszego, coś co wdarło się do jej świadomości bez pytania o zgodę. Jej oddech przyśpieszył, choć nie chciała tego. Serce zabiło mocniej, rytmem, który nie należał do niej.
Strach.
Ale nie jej własny.
Maise znała swoje lęki. Znała smak niepokoju, który pojawiał się w nocy, gdy zostawała sama w ciszy. Znała uczucie pustki, która napływała, gdy ktoś próbował się do niej zbliżyć. To jednak było coś innego. To był strach kogoś innego, zapisany w pamięci ciała, zaklęty w tuszu na papierze.
Zacisnęła palce na krawędzi dziennika. Jej knykcie zbielały.
„Muszę to zapisać. Muszę, żeby ktoś wiedział, jeśli mnie nie będzie".
Słowa pojawiły się w jej umyśle jak echo, jakby ktoś szeptał jej do ucha. Głos był damski, miękki, z lekką chrypką, którą Maise pamiętała z dzieciństwa. Ophelia. Ale nie Ophelia, którą znała — nie staruszka o surowym spojrzeniu i zaciśniętych ustach, która uczyła ją, że emocje są słabością. To był głos młodszej kobiety, przerażonej kobiety.
— Maise? — Głos Brix był cichy, ostrożny. — Jesteś...
Maise nie odpowiedziała. Nie mogła. Obraz w jej umyśle stawał się wyraźniejszy, jakby ktoś powoli kręcił gałką radia, wyłapując stację z pośród szumu.
Widziała korytarz hotelu. Nie ten zniszczony, opuszczony, w którym stały teraz z przyjaciółkami. Widziała go takim, jakim był w 1953 roku — z całymi podłogami, z żyrandolami rzucającymi ciepłe światło, z dywanami tłumiącymi odgłosy kroków. Widziała swoje dłonie — nie swoje, dłonie Ophelii — które ściskały ten sam dziennik, wtedy nowy, z pachnącym świeżo papierem.
I widziała drzwi.
Dębowe, ciężkie, z mosiężną klamką, która lśniła w półmroku. Za tymi drzwiami ktoś był. Ktoś, kogo Ophelia się bała.
Maise poczuła, jak jej kolana uginają się pod ciężarem emocji, które nie należały do niej. Zachwiała się, a Persephone natychmiast znalazła się przy niej, chwytając ją za łokieć.
— Siadaj. — Głos Persephone był stanowczy, ale nie ostry. Prowadziła Maise do krzesła przy stole, delikatnie, ale zdecydowanie. — Oddychaj. Powoli.
Maise usiadła, ale jej dłonie nie puściły dziennika. Trzymała go kurczowo, jakby miała w nim zakotwiczenie, jedyny punkt stabilności w świecie, który nagle stał się obcy.
— Co się stało? — Brix podeszła bliżej, jej twarz była blada, a zwykły uśmiech zniknął całkowicie. — Maise, co widziałaś?
Maise podniosła wzrok. Jej niebieskie oczy, zazwyczaj puste i trudne do odczytania, teraz płonęły czymś, czego przyjaciółki nigdy wcześniej w nich nie widziały. Czystym, nieskalanym przerażeniem.
— To nie był mój strach — powiedziała cicho, a jej głos drżał. — To był... jej strach. Ophelii.
Crilla zrobiła krok do przodu, jej twarz pozostała niewzruszona, ale w oczach pojawiło się błysk zainteresowania.
— Co dokładnie czujesz?
Maise zamknęła oczy. Emocje nadal były tam, tłoczyły się w jej klatce piersiowej, domagając się uwagi. Strach, tak, ale nie tylko. Była też determinacja. I coś jeszcze — coś ciemniejszego, co przypominało wstyd.
— Bała się — wyszeptała Maise. — Nie tego, co zrobiła. Nie morderstwa. — Otworzyła oczy i spojrzała na Crillę. — Bała się jego.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była gęsta, niemal namacalna. Brix głośno wciągnęła powietrze, a Persephone zacisnęła usta w cienką linię.
— Ethaniel Riannon — powiedziała Crilla. To nie było pytanie. — Twój dziadek.
Maise skinęła głową. Przesunęła dłonią po okładce dziennika, jakby szukając odpowiedzi w fakturze skóry.
— On... on wciąż tu jest. — Jej głos był ledwo słyszalny. — Nie duchem, nie w ten sposób. Ale jego obecność. To, co zrobił. To, czym był. Ona myślała, że zginie, jeśli prawda wyjdzie na jaw. Ale myślała też, że zginie, jeśli prawda pozostanie ukryta.
— To bez sensu — Brix potrząsnęła głową, jej włosy zafalowały w zielonkawym świetle. — On nie żyje. Zamordowały go nasze babki. Jak może wciąż być... tu?
— Nie on — Maise przymknęła oczy, próbując uporządkować obrazy, które napływały do niej falami. — Jego cień. To, co zrobił ludziom. To, czym hotel był za jego czasów. Ophelia wierzyła, że pewne rzeczy nie umierają wraz z ciałem. Że zło zostawia ślady.
Persephone podeszła do stołu i położyła dłoń na ramieniu Maise. Jej dotyk był chłodny, kontrolowany, ale obecny.
— Co jeszcze czujesz?
Maise z trudem przełknęła ślinę. W jej gardle zaschło, a obrazy w jej umyśle stawały się coraz bardziej chaotyczne.
— Wspomnienia — szepnęła. — Nie wszystkie są moje. Widzę... widzę go. Riannona. — Jej palce zacisnęły się na dzienniku. — On był piękny. W ten sposób, który sprawia, że czujesz się brudna, gdy na ciebie patrzy. Ophelia... ona myślała, że to ona jest przewinna, gdy na nią patrzył. Ale potem zrozumiała.
— Zrozumiała co? — Brix nachyliła się, jej oczy były szeroko otwarte, pełne mieszaniny strachu i fascynacji.
— Że to on był chorobą — Maise otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółki. — Że hotel był jego królestwem, a ludzie w nim — jego zabawkami. I że nikt jej nie uwierzy, bo on był... — urwała, szukając odpowiedniego słowa. — On był mistrzem mask. Każdy go kochał. Każdy mu ufał. A te, które wiedziały prawdę, milczały, bo wiedziały, że nikt ich nie posłucha.
Crilla pokiwała głową powoli. Jej twarz była nieprzenikniona, ale w jej oczach pojawiło się coś, co mogło być uznaniem.
— Znałam jego reputację — powiedziała cicho. — Rodzina nigdy o nim nie mówiła wprost, ale słyszałam fragmenty. Był czarujący. Hojny. Ludzie go uwielbiali. Ale były też historie o pokojówkach, które znikały. O gościach, którzy wyjeżdżali wcześniej niż planowali. O kobietach, które płakały w holu, ale nigdy nie składały skarg.
— Dlaczego? — Brix usiadła na krześle naprzeciwko Maise, jej ręce drżały lekko. — Dlaczego nikt nic nie zrobił?
— Bo był Riannonem — głos Crilla był płaski, pozbawiony emocji. — Miał pieniądze, koneksje, władzę. W tamtych czasach takie rzeczy miały znaczenie. Większe niż teraz.
Maise przesunęła palcami po pierwszej stronie dziennika, odczytując słowa, które widziała w swojej wizji.
— „On wie, że coś się zmienia" — przeczytała na głos. — „Widzę to w jego oczach, gdy patrzy na mnie, Zoyę i Eleanor. Wie, że nie jesteśmy już tylko gośćmi. Wie, że coś łączy nas silniej niż przyjaźń. I boję się, że wie też, co planujemy."
Przerwała, łapiąc oddech. Jej serce nadal biło zbyt szybko, a dłonie miała zimne i spocone.
— To pisała trzy dni przed jego śmierci — dodała, podnosząc wzrok na przyjaciółki. — Wiedziała, że on wie. I bała się, że ich powstrzyma, zanim zdążą cokolwiek zrobić.
Persephone zmarszczyła brwi, jej umysł pracował, analizując nowe informacje.
— Jeśli wiedział, że coś planują, dlaczego pozwolił im zostać w hotelu? Mógł je wyprosić. Mógł...
— Mógł zrobić cokolwiek — przerwała jej Crilla. — To był jego hotel. Jego zasady. Jeśli chciał je zatrzymać, miał swoje powody. Riannon nie robił nic bez przyczyny.
Maise przewróciła stronę dziennika. Papier szeleścił cicho w ciszy pomieszczenia, jedyny dźwięk poza ich przyspieszonymi oddechami.
— „Zoya widziała go dzisiaj przy fontannie" — czytała dalej, a słowa płynęły z jej ust, jakby była medium, kanałem dla głosu z przeszłości. — „Rozmawiał z jakimś mężczyzną, którego nie znamy. Zoya mówi, że ten mężczyzna patrzył na nas tak, jakby wiedział coś, czego my nie wiemy. Eleanor twierdzi, że to paranoja. Ale ja widziałam, jak Riannon się uśmiechał, gdy ten mężczyzna odchodził. I ten uśmiech... przypominał mi sposób, w jaki patrzył na mnie tamtej nocy."
Maise urwała, czując nagły ucisk w żołądku. Emocje Ophelii wciąż były obecne, wciąż napływały, ale teraz mieszały się z czymś innym — z jej własnym strachem, jej własnym poczuciem, że coś jest nie tak.
— Jakiej nocy? — Brix nachyliła się nad stołem, jej twarz była blada. — O jakiej nocy pisała?
Maise pokręciła głową. Nie wiedziała. Emocje Ophelii nie przekładały się na konkretne fakty, tylko na odczucia. Mogła czuć to, co czuła jej babcia, ale nie mogła czytać w jej myślach.
— Nie wiem — przyznała. — Ale Ophelia... ona bała się nie tylko tego, co mógł jej zrobić. Bała się też tego, co ona mogła zrobić jemu. — Maise zamilkła na chwilę, jakby smakowała te słowa. — Bała się, że jest do tego zdolna. Że morderstwo nie jest czymś, co przychodzi z zewnątrz, ale czymś, co już w niej było.
Cisza w pomieszczeniu stała się cięższa. Brix wpatrywała się w swoje dłonie, które spoczywały na blacie stołu. Persephone stała nieruchomo, jej twarz była maską spokoju, ale oczy zdradzały niepokój. Crilla opierała się o ścianę, ramiona miała skrzyżowane, a wzrok utkwiony w dzienniku.
— To zmienia postać rzeczy — powiedziała w końcu Persephone. Jej głos był spokojny, ale pod powierzchnią kryło się napięcie. — Jeśli Ophelia bała się własnej zdolności do zabijania, to cała historia nie jest tak prosta, jak myśleliśmy. To nie była tylko obrona. To było coś więcej.
— Co masz na myśli? — Brix uniosła wzrok, w jej oczach malowała się konsternacja.
— Myślałyśmy, że nasze babki zabiły Riannona, bo był niebezpieczny — Persephone mówiła powoli, jakby układała puzzle w swoim umyśle. — Ale jeśli Ophelia bała się samej siebie, jeśli bała się, że morderstwo było w niej od początku, to może to nie była tylko obrona. Może to była... okazja.
Maise poczuła, jak zimny dreszcz przechodzi jej po plecach. Słowa Persephone rezonowały z czymś, co wyczuwała w emocjach Ophelii — poczucie winy, które nie wynikało z faktu zabicia, ale z faktu, że w pewnym momencie przestało to być straszne.
— Nie — szepnęła. — Nie tak. To nie było... to nie było zaplanowane. — Przewróciła kolejną stronę dziennika, szukając potwierdzenia. — Ophelia pisała o tym. O tym, jak wszystko się zaczęło.
Znalazła odpowiedni fragment. Data była wyraźna — 10 lipca 1953, pięć dni przed pierwszą notatką, którą przeczytała.
— „Poznałam je dzisiaj — przeczytała na głos. — Zoyę i Eleanor. Siedziałyśmy w ogrodzie zimowym, każda z własnym bólem, własnym lękiem. Nie musiałyśmy nic mówić. Wiedziałyśmy. Wszystkie trzy wiedziałyśmy, co on nam zrobił. I wiedziałyśmy, że nikt nam nie uwierzy."
Maise przerwała, czując, jak emocje Ophelii znów ją zalewają. Tym razem był to smutek — głęboki, przytłaczający smutek, który ciążył w klatce piersiowej jak kamień.
— „On niszczy ludzi — czytała dalej, starając się zachować spokój. — Nie ich ciała, choć i to też. On niszczy ich dusze. Sprawia, że czują się winni za własne cierpienie. Sprawia, że wierzą, iż to oni są problemem. A potem, gdy już są wystarczająco złamani, używa ich."
— Używa ich do czego? — Brix zapytała cicho, choć Maise nie miała odpowiedzi.
— Nie wiem — przyznała. — Ale Ophelia... ona wierzyła, że jedynym sposobem na zatrzymanie go było zabicie go. Nie dla zemsty. Nie dla sprawiedliwości. Dla innych. Dla tych, którzy przyszliby po nich.
Crilla odsunęła się od ściany i podeszła do stołu. Jej ruchy były powolne, kontrolowane, jakby każdemu krokowi towarzyszyła wewnętrzna kalkulacja.
— Czy w dzienniku jest coś o mnie? — zapytała, a jej głos był równy, pozbawiony żądzy, ale w oczach błyskało coś, co mogło być nadzieją. — O mojej rodzinie? O Riannonach?
Maise przejrzała kolejne strony, przeglądając notatki, szukając nazwiska. W końcu znalazła odpowiedni fragment, datowany na 20 lipca 1953 — trzy dni po śmierci Ethaniela.
— „Jego żona przyszła dzisiaj do hotelu — przeczytała. — Nie wiedziała. Oczywiście, że nie wiedziała. Patrzyła na nas z taką samą pogardą, z jaką patrzył on. Pytała, czy widziałyśmy jej męża. Zoya chciała jej powiedzieć. Eleanor ją powstrzymała. Ja... ja nic nie powiedziałam. Stałam tam i patrzyłam na tę kobietę, i wiedziałam, że ona nigdy nie zrozumie. Że dla niej on był bohaterem, a my byłyśmy tylko gośćmi, którzy zniknęli w niewłaściwym momencie."
Maise podniosła wzrok na Crillę. Jej oczy były pełne emocji, które nie należały do niej — smutku, wstydu, poczucia winy.
— Ophelia czuła się winna — powiedziała cicho. — Nie za to, co zrobiła Riannonowi. Za to, co zrobiła jego żonie. Za to, że zabrała jej iluzję.
Crilla milczała przez długą chwilę. Jej twarz pozostawała nieruchoma, ale coś drgnęło w jej oczach — cień bólu, który szybko zniknął.
— Moja babcia — powiedziała w końcu. — Nigdy nie wyszła za mąż ponownie. Całe życie nosiła żałobę. Wierzyła, że mąż został zamordowany przez nieznanych sprawców. — Urwała na moment. — A może tylko udawała, że wierzy.
Maise skinęła głową. Emocje Ophelii mówiły jej więcej niż słowa w dzienniku. Poczucie winy, które jej babcia czuła, nie wynikało z litości nad wdową. Wynikało ze świadomości, że ta kobieta — żona człowieka, który niszczył innych — była tak samo ofiarą jak one, tylko w inny sposób.
— Ophelia pisała o tym dalej — Maise wskazała na kolejną stronę. — „Ona wiedziała. Widziałam to w jej oczach, gdy pytała o niego. Nie chciała znać odpowiedzi. Bała się odpowiedzi. Wolała żyć w kłamstwie niż zmierzyć się z prawdą o człowieku, którego kochała."
Brix wstała od stołu i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na ogród za brudną szybą, na białe kwiaty, które kołysały się na wietrze.
— To wszystko jest tak... — urwała, szukając odpowiedniego słowa. — Tak skomplikowane. Nie ma tu dobrych i złych. Są tylko ludzie, którzy krzywdzą innych, i ludzie, którzy krzywdzą, żeby powstrzymać krzywdzenie.
— To jest życie — Persephone odparła spokojnie. — Rzadko jest czarno-białe.
Maise kontynuowała lekturę dziennika, a każda strona przynosiła nowe fragmenty historii. Ophelia pisała o planach — jak trzy kobiety spotykały się w nocy, w różnych miejscach hotelu, jak wymieniały się informacjami o Riannonie, jak budowały sieć dowodów przeciwko niemu, których nigdy nie użyły, bo wiedziały, że nikt ich nie posłucha.
— „Mamy dowody — przeczytała Maise. — Listy od innych kobiet, które uciekły. Nazwiska, daty, szczegóły. Ale co z nimi zrobimy? Policja nie uwierzy. Jego przyjaciele nie uwierzą. Jego żona nie uwierzy. Jesteśmy same z prawdą, która nikomu nie jest potrzebna."
— Co zrobiły z tymi dowodami? — Persephone zapytała, nachylając się nad stołem.
Maise przeszukała dalsze strony dziennika, ale nie znalazła odpowiedzi. Ophelia pisała o morderstwie — krótko, bez szczegółów, jakby słowa odmawiały jej posłuszeństwa. Ale o dowodach nie było mowy.
— Nie wiem — przyznała. — Może je zniszczyły. Może je ukryły.
— Albo może nadal są tutaj — Crilla powiedziała cicho. — W tym hotelu.
Wszyskie spojrzały na nią. Jej twarz była spokojna, ale w oczach płonął ogień.
— Jeśli Ophelia ukryła ten dziennik w pokoju 215, to inne rzeczy też mogły zostać ukryte — kontynuowała. — Riannon miał swoje sekrety. Nasze babki miały swoje. Ten hotel jest pełen zakamarków, miejsc, gdzie można coś schować.
— Ale gdzie? — Brix odwróciła się od okna. — To ogromny budynek. Nie możemy przeszukać każdego centymetra.
— Nie musimy — Maise powiedziała powoli, czując, jak w jej umyśle formuje się myśl, która nie była jej własna. — Ophelia... ona zostawiła wskazówki. W dzienniku.
Przyjaciółki podeszły bliżej, gdy Maise zaczęła przeglądać strony, szukając czegoś, co mogło być wskazówką. W końcu znalazła to — serię liczb i liter na marginesie jednej ze stron, napisanych drobnym pismem, prawie niewidocznych.
— Co to jest? — Brix nachyliła się nad jej ramieniem.
— Nie wiem — Maise przyjrzała się zapisowi. — Ale Ophelia... ona lubiła zagadki. Uwielbiała numerologię, kody, rzeczy, które wyglądały na przypadkowe, ale miały znaczenie.
Persephone wzięła dziennik i przyjrzała się liczbom.
— To mogą być współrzędne — powiedziała po chwili. — Albo numery pokoi. Albo daty.
— Albo coś zupełnie innego — Crilla dodała. — Riannon też lubił zagadki. Może to jego kod, który Ophelia przejęła.
Maise zamknęła oczy, próbując połączyć się z emocjami Ophelii, które wciąż były obecne gdzieś pod powierzchnią jej świadomości. Poczuła coś — błysk zadowolenia, jakiejś małej satysfakcji, jakiejś drobnej radości z rozwiązania problemu.
— To numerologia — powiedziała, otwierając oczy. — Ophelia wierzyła, że liczby mają moc. Że mogą ukrywać prawdę przed tymi, którzy nie powinni jej znać, i odkrywać ją przed tymi, którzy powinni. — Wskazała na pierwszą serię cyfr. — To nie są przypadkowe liczby. To suma liter w imionach. Spójrzcie.
Przyjaciółki nachyliły się nad dziennikiem, gdy Maise zaczęła przeliczać litery na liczby, przypisując każdej cyfrę zgodnie z systemem numerologicznym, który Ophelia używała przez całe życie.
— E-T-H-A-N-I-E-L — Maise pisała liczby na marginesie. — 5, 2, 8, 1, 5, 9, 5, 5, 3. Suma to... 43. A 4 plus 3 to 7.
— Siedem — Persephone powtórzyła. — Co to oznacza?
— Nie wiem — Maise przyjrzała się kolejnym liczbom. — Ale Ophelia pisała o siedmiu w innym kontekście. — Przewróciła kilka stron wstecz i znalazła odpowiedni fragment. — „Siedem dni to wszystko, co mamy. Siedem dni, zanim zorientuje się, że nie jesteśmy już ofiarami. Siedem dni, żeby zmienić się w kaci."
— Siedem dni przed jego śmiercią — Brix szepnęła. — To było zaplanowane.
— Nie zaplanowane — Maise pokręciła głową. — Niezaplanowane. Ale nieuchronne. Ophelia czuła, że to się stanie, zanim wiedziała, że to się stanie.
Maise kontynuowała analizę liczb, a każda kolejna seria prowadziła ją głębiej w zagadkę, którą jej babcia zostawiła. Niektóre liczby odnosiły się do dat, inne do pokoi w hotelu, jeszcze inne do liter w słowach, które Maise dopiero zaczynała rozumieć.
— Jest tu coś jeszcze — powiedziała po chwili, wskazując na ostatnią serię cyfr na dole strony. — To nie jest numerologia. To... to data. Ale nie z 1953 roku.
— Skąd wiesz? — Crilla nachyliła się nad dziennikiem.
— Bo Ophelia... ona czuła nadzieję, gdy to pisała — Maise powiedziała powoli, próbując zidentyfikować emocję, która jej to podpowiedziała. — A w 1953 roku nie miała nadziei. To przyszło później.
— Ile lat później? — Persephone zapytała.
Maise zamknęła oczy, koncentrując się na emocjach Ophelii. Poczuła spokój — głęboki, ustabilizowany spokój, który przypominał uczucie, jakie miała, gdy jako dziecko chowała się w swoim bezpiecznym miejscu.
— Wiele lat — szepnęła. — Może dziesięć. Może więcej. Ophelia wróciła do tego dziennika po latach. I dodała coś, czego nie było w oryginale.
— Co dodała?
Maise otworzyła oczy i przyjrzała się cyfrom. Były napisane innym atramentem — ciemniejszym, bardziej brązowym niż czarny tusz z 1953 roku. I pismo było inne, bardziej stabilne, mniej pospieszne.
— To data — powiedziała. — 15 sierpnia 1965. Dwanaście lat po śmierci Riannona.
— Co się stało w 1965 roku? — Brix zapytała.
Maise przeszukała dziennik, szukając notatki z tej daty. Znalazła ją na ostatniej stronie, napisaną tym samym brązowym atramentem.
— „Wróciłam dzisiaj do hotelu po dwunastu latach. On wciąż tu jest. Nie on — Riannon nie żyje, jego ciało spoczywa tam, gdzie je zostawiłyśmy. Ale jego cień wciąż jest. Czułam to, gdy wchodziłam do holu. Czułam to, gdy przechodziłam korytarzem. Czułam to, gdy stanęłam przed drzwiami pokoju, w którym wszystko się skończyło. Hotel pamięta. A to, co hotel pamięta, nigdy nie umiera."
Maise podniosła wzrok na przyjaciółki. Jej oczy były szeroko otwarte, a w jej klatce piersiowej pulsowało emocje Ophelii — strach, który nie zelżał przez dwanaście lat, który wciąż był obecny, gdy jej babcia wróciła do tego miejsca.
— Ophelia bała się — powiedziała cicho. — Nie tego, co zrobiła. Nie tego, co Riannon zrobił jej. Bała się, że to, co on był, wciąż jest tutaj. Że hotel wchłonął jego zło i trzyma je w swoich ścianach.
— To tylko metafora — Persephone zaczęła, ale Crilla jej przerwała.
— Czy na pewno? — Jej głos był cichy, ale stanowczy. — Czy na pewno to tylko metafora? Spójrzcie na to miejsce. Spójrzcie, jak wygląda. Spójrzcie, jak się w nim czujemy. Czy to normalne?
Brix spojrzała na okno, na zielonkawe światło, które wpadało przez brudną szybę.
— Czuję tu coś — przyznała cicho. — Od początku. Jakby... jakbym nie była sama. Nawet gdy jesteśmy razem, czuję, że ktoś jeszcze tu jest. Ktoś, kogo nie widzę.
— Ja też — Persephone powiedziała niechętnie, jakby przyznawała się do słabości. — Myślałam, że to tylko wyobraźnia. Ale... nie jestem pewna.
Maise położyła dłoń na dzienniku. Emocje Ophelii wciąż tam były, słabsze niż wcześniej, ale obecne. I pod nimi — głębiej, w strukturze samego papieru — czuła coś jeszcze. Coś zimnego. Coś ciemnego. Coś, co czekało.
— Ophelia nie tylko bała się Riannona — powiedziała powoli, a każde słowo przychodziło z trudem. — Ona bała się tego, co po nim zostało. I bała się, że pewnego dnia ktoś to znajdzie. Że ktoś to obudzi.
— Obudzi co? — Brix zapytała, a w jej głosie słychać był drżenie.
Maise pokręciła głową. Nie wiedziała. Emocje Ophelii nie przekazywały faktów, tylko odczucia. A to, co czuła teraz, było zbyt nieokreślone, by je nazwać.
— Nie wiem — przyznała. — Ale Ophelia wierzyła, że to jest w hotelu. I wierzyła, że my... my możemy to znaleźć.
Cisza, która zapadła po tych słowach, została przerwana przez dźwięk. Był cichy — prawie niesłyszalny — ale wyczuwalny. Skrzypienie podłogi gdzieś w głębi hotelu. Jakby ktoś stąpał ostrożnie po starych deskach.
Wszystkie cztery kobiety zamarły.
— To tylko budynek — Persephone szepnęła, ale jej głos nie brzmiał przekonująco. — Stare budynki skrzypią. To normalne.
— Tak — Brix przytaknęła, ale jej oczy były szeroko otwarte, a ręce zacisnęte na krawędzi stołu. — Stare budynki. Tylko to.
Maise nie odezwała się. Jej wzrok był utkwiony w drzwiach sali bibliotecznej, które stały uchylone. Przez wąską szczelinę widziała korytarz — ciemny, pusty, wypełniony kurzem, który tańczył w słabym świetle.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz