czwartek, 30 kwietnia 2026

98.

98

Teraz

Maise stała nieruchomo, jej dłonie wciąż splecione za plecami, palce zaciskające się na nadgarstkach. Zielonkawe światło wpadające przez brudne okno padało na skórzany album, który Crilla trzymała przyciśnięty do piersi. Kurz unosił się w powietrzu, drobinki tańczyły w promieniach, które przedzierały się przez warstwy brudu na szybie.

Brix siedziała oparta o stół, jej czarne włosy opadały na twarz, gdy wpatrywała się w blat. Persephone stała kilka kroków dalej, ramiona skrzyżowane, brązowe oczy utkwione w albumie, jakby próbowała przejrzeć skórzaną okładkę na wylot.

Jest więcej — powiedziała Crilla, jej głos brzmiał spokojnie, ale w jego tonie wyczuwalna była nuta napięcia. — Zdjęcia, dokumenty. Listy. Wszystko, co znalazłam.

Maise obserwowała ją, nie mrugając. Jej niebieskie oczy były puste, ale pod powierzchnią coś drgało, coś, co nie pozwalało jej odwrócić wzroku.

Pokaż nam — rzekła. Krótko, chłodno. Jak zawsze.

Crilla podeszła do stołu i położyła album na dębowym blacie. Skóra zatrzeszczała cicho, gdy otworzyła okładkę. Wnętrze pachniało starym papierem, kurzem i czymś słodkim, co Maise nie potrafiła zidentyfikować.

To wszystko tutaj — powiedziała Crilla, przesuwając palcami po pierwszej stronie. — Wszystko, co udało mi się znaleźć.

Brix podniosła głowę. Jej bursztynowe oczy były szkliste, ale uśmiech wciąż krzywił jej usta. Ten sam uśmiech, który zawsze pokazywała, gdy coś ją raniło.

No to... no to zobaczmy — powiedziała, a jej głos był zbyt jasny, zbyt pogodny. — Chcę wiedzieć. Naprawdę. Chcę wiedzieć wszystko.

Persephone podeszła bliżej. Jej ruchy były płynne, kontrolowane. Każdy krok precisely obliczony.

Pokaż nam, co masz — powiedziała, a w jej głosie nie było wahania.

Crilla przewróciła stronę. Papier szeleścił pod jej palcami, dźwięk niemal głośny w ciszy sali bibliotecznej. Maise patrzyła na zdjęcie, które się ukazało. Trzy kobiety stały przed hotelem, ich twarze niewyraźne, ale postacie rozpoznawalne. Jedna z nich trzymała dłoń uniesioną, jakby chciała zasłonić obiektyw.

To one — powiedziała Crilla. — Eleanor, Zoya i Ophelia. Lato 1953.

Maise poczuła, jak jej palce zaciskają się mocniej. Ophelia. Jej babcia. Kobieta, która nauczyła ją, że emocje są słabością. Że cisza jest potęgą. Że kontrola jest wszystkim.

Na zdjęciu Ophelia stała z boku, jej postać wyprostowana, dłonie opuszczone wzdłuż ciała. Ubrana w ciemną suknię, która kontrastowała z jasnymi ubraniami dwóch innych kobiet. Nawet na starej fotografii, nawet w nieostrości, Maise rozpoznała ten sposób bycia. Teżyny barków. Ustawienie stóp.

Mogę? — zapytała, wskazując na album głową.

Crilla skinęła głową i odsunęła się o krok. Maise podeszła do stołu. Jej kroki były ciche, ale pewne. Stanęła nad albumem, pochylając się lekko, by lepiej widzieć.

Zielonkawe światło padało na strony, oświetlając krawędzie zdjęć, zagięte rogi dokumentów. Maise sięgnęła, by dotknąć fotografii swojej babci.

Jej palce zetknęły się z papierem.

I wtedy to się stało.

Maise nie zemdlała. Nie upadła. Nie krzyknęła. Po prostu nagle... przestała być w sali bibliotecznej.


Było lato. Sierpień 1953. Pamiętała ten zapach — wilgotne powietrze, sosny, coś słodkiego, co mogło być jaśminem albo może różami, które rosły przy wejściu do hotelu.

Maise stała w korytarzu. Nie jako ona sama, ale jako obserwator, ktoś, kto patrzy, ale nie może interweniować. Widziała ściany, które były wtedy świeższe, mniej popękane. Podłogę, która lśniła od wosku. Okna, przez które wpadało ostre, białe światło.

I widziała Ophelię.

Jej babcia była młodsza niż na jakimkolwiek zdjęciu, jakie Maise widziała. Może dwadzieścia kilka lat. Włosy miała ułożone w ciasny kok z tyłu głowy, kilka kosmyków uciekło i opadało na czoło. Jej suknia była ciemna, granatowa albo czarna, z wysokim kołnierzem i długimi rękawami, mimo upału.

Ophelia szła szybko, jej kroki były niemal niesłyszalne na drewnianej podłodze. Maise podążyła za nią, choć nie miała wyboru — poruszała się razem z obrazem, jakby była przyklejona do pleców swojej babci.

Ophelia skręciła za róg i zatrzymała się przed drzwiami. Numer 215. Maise pamiętała ten numer. Pokój, w którym wszystko się zaczęło. I skończyło.

Babcia zapukała. Dwa razy, krótko. Cisza. Potem głos od środka:

Wejdź.

Ophelia nacisnęła klamkę i weszła. Pokój był mały, z jednym oknem wychodzącym na ogród. Łóżko z metalową ramą, szafa, stolik nocny. Na stoliku stała lampka naftowa, choć było jasno. Przy oknie siedziała kobieta, którą Maise rozpoznała ze zdjęć.

Zoya.

Babcia Brix.

Zoya wyglądała inaczej niż na fotografiach. Mniej uśmiechnięta. Jej twarz była napięta, oczy czerwone, jakby płakała, albo nie spała, albo jedno i drugie. W rękach trzymała chusteczkę, którą skręcała w ciasny rulonik.

Ophelia — powiedziała, wstając. — Dziękuję, że przyszłaś.

Ophelia zamknęła drzwi za sobą i oparła się o nie plecami. Jej twarz była nieruchoma, ale oczy...

Maise nigdy nie widziała swoich babci z takim wyrazem oczu. Ophelia, którą znała, zawsze miała spojrzenie, które wydawało się patrzeć przez ludzi, nie na nich. Ale ta Ophelia — młodsza, w 1953 roku — miała oczy, które lśniały od czegoś, co wyglądało jak strach.

Gdzie ona jest? — zapytała Ophelia.

Łazienka — odparła Zoya. — Powiedziała, że musi się... musiała umyć ręce.

Przez chwilę obie milczały. Maise czuła ciężar tej ciszy, gęstej i dusznej, mimo otwartego okna.

Naprawdę myślisz, że to jedyny sposób? — zapytała Ophelia, a jej głos był cichszy niż zwykle.

Zoya zacisnęła dłonie na chusteczce.

On nie przestanie — powiedziała. — Widziałaś, co zrobił Eleanor. Widziałaś.

Widziałam.

I wiesz, że nikt nam nie uwierzy. Wiesz, co ludzie powiedzą, jeśli pójdziemy na policję. Wiesz, kim on jest.

Ophelia odwróciła głowę, jakby nie mogła znieść widoku twarzy Zoyi. Jej wzrok padł na okno, na ogród za nim, na białe kwiaty, które rosły pod ścianami hotelu.

Mam coś — powiedziała cicho. — Coś, co może pomóc.

Zoya uniosła głowę.

Co?

Ophelia sięgnęła do kieszeni sukni i wyjęła mały, skórzany notes. Czarny, z zatkniętym w środku ołówkiem. Okładka była zużyta, rogi zaokrąglone od częstego używania.

Mój dziennik — powiedziała Ophelia. — Pisałam w nim wszystko. Od pierwszego dnia.

Zoya wzięła notes i otworzyła go. Maise widziała strony z gęstym, drobnym pismem jej babci. Litery były równe, precyzyjne, każda słowo dokładnie wypisane.

Wszystko? — zapytała Zoya.

Wszystko. Jak nas poznał. Co robił. Co mówił. Co... co z nami robił.

Zoya przerzuciła kilka stron. Jej dłonie drżały.

Dlaczego? — zapytała. — Po co to pisałaś?

Ophelia milczała przez chwilę. Kiedy odpowiedziała, jej głos był tak cichy, że Maise musiała się wytężyć, by usłyszeć.

Bo wiedziałam, że pewnego dnia będę musiała o tym zapomnieć. I wiedziałam, że jeśli kiedyś zapomnę, to... to będzie dowód. Że to naprawdę się stało.

Maise poczuła, jak jej własne dłonie zaciskają się za plecami. Zapomnieć. Jej babcia chciała zapomnieć.

Gdzie go schowasz? — zapytała Zoya, zamykając notes.

Ophelia wzięła go z powrotem i schowała do kieszeni.

Tutaj — powiedziała. — W hotelu. Znajduję miejsce. Gdzie nikt go nie znajdzie.

Ale jeśli ktoś...

Nikt nie znajdzie — przerwała Ophelia, a w jej głosie pojawiła się ta nuta, którą Maise znała. Chłód. Kontrola. — I jeśli kiedyś... jeśli kiedyś ktoś będzie musiał wiedzieć... jeśli my zapomnimy, albo umrzemy, albo... jeśli prawda będzie potrzebna... to będzie tutaj.

Drzwi łazienki otworzyły się i trzecia kobieta wyszła. Eleanor. Babcia Persephone. Jej włosy były mokre, przyklejone do czoła. Ręce różowe, jakby szorowała je zbyt mocno.

Ophelia — powiedziała, widząc notes w dłoni młodszej kobiety. — Pokazałaś jej?

Tak.

I co myślisz z nim zrobić?

Ophelia spojrzała na notes w swojej dłoni.

Schowam go — powiedziała. — Tutaj. W hotelu. Będzie bezpieczny.

Eleanor podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Jej profil był ostry w ostrym świetle sierpniowego słońca.

A jeśli ktoś go znajdzie? — zapytała. — Jeśli ktoś przeczyta?

To będzie za późno — odparła Ophelia. — Dla nas. Dla niego. Dla wszystkich.

Eleanor odwróciła się od okna.

Więc to... to jest nasze ubezpieczenie?

To jest prawda — powiedziała Ophelia. — I prawda zawsze znajdzie sposób, by wyjść na jaw.

Maise chciała podejść bliżej. Chciała zobaczyć dokładnie, gdzie Ophelia schowała notes. Chciała usłyszeć więcej. Ale obraz zaczął się rozmazywać. Kolory traciły ostrość. Dźwięki stawały się przytłumione, jakby ktoś przykrył jej uszy dłońmi.

Zobaczyła jeszcze jedno — ostatni obraz, który przetrwał najdłużej. Ophelia, stojąca przy drzwiach, z dłonią na kieszeni, w której spoczywał notes. I wyraz jej twarzy. Nie chłód. Nie kontrolę.

Strach.

Czysty, nieskrywany strach.


Maise wciągnęła powietrze. Jej płuca wypełniły się kurzem i starym powietrzem sali bibliotecznej. Zielonkawe światło wciąż padało przez okno, ale teraz wydawało się jaśniejsze, bardziej ostre.

Brix stała tuż obok niej, dłoń na jej ramieniu.

Maise? Maise? Słyszysz mnie?

Maise zamrugała. Jej oczy zaczęły się łzawić, reakcja na nagłą zmianę światła, albo na coś innego, czego nie potrafiła nazwać.

Tak — powiedziała. Jej głos był chrapliwy, jakby nie używała go od dawna.

Omdlałaś? — zapytała Persephone, stojąca po drugiej stronie. Jej brązowe oczy były szeroko otwarte, co dla niej było rzadkością. — Przez dziesięć sekund nie reagowałaś na nic.

Maise pokręciła głową. Powoli. Ostrożnie.

Nie omdlałam — powiedziała. — Ja... widziałam.

Crilla stała po drugiej stronie stołu, jej zwykle spokojna twarz była napięta.

Co widziałaś?

Maise spojrzała na album, wciąż otwarty na stronie ze zdjęciem trzech kobiet. Ophelia patrzyła prosto w obiektyw, jej oczy były ciemnymi plamami w zielonkawym świetle.

Dziennik — powiedziała Maise. — Moja babcia miała dziennik.

W sali zapadła cisza. Brix przestąpiła z nogi na nogę, jej kolorowa spódnica zaszeleściła cicho.

Dziennik? — powtórzyła. — Jaki dziennik?

Maise wyprostowała się. Jej dłonie wciąż drżały, więc mocniej splótła je za plecami.

Pisała w nim wszystko — powiedziała. — O tym, co się tu wydarzyło. O nim. O nas. O wszystkim.

Persephone zmarszczyła brwi.

Skąd wiesz?

Maise nie odpowiedziała od razu. Jak mogła wyjaśnić to, co właśnie przeżyła? To uczucie bycia w dwóch miejscach naraz, w dwóch czasach, w dwóch ciałach?

Dotknęłam zdjęcia — powiedziała w końcu. — I... zobaczyłam. Jakby... jakbym tam była.

Brix otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamknęła je z powrotem. Jej dołeczki zniknęły, gdy jej uśmiech przygasł.

To brzmi... — zaczęła, ale urwała.

Wiem, jak to brzmi — przerwała Maise. — Ale widziałam. Słyszałam. Zoya była tam. I Eleanor. I moja babcia. Rozmawiały o dzienniku. Ophelia powiedziała, że go ukryje. Tutaj. W hotelu.

Crilla podeszła bliżej. Jej oczy, zazwyczaj tak trudne do odczytania, teraz płonęły czymś, co wyglądało jak nadzieja.

Gdzie? — zapytała. — Gdzie go ukryła?

Maise zamknęła oczy. Próbowała przywołać obraz. Pokój 215. Okno. Łóżko. Szafa. Stolik nocny. Lampka. Gdzie? Gdzie Ophelia mogła schować mały, skórzany notes?

Nie widziałam — przyznała, otwierając oczy. — Ale wiem, że jest tutaj. W hotelu.

Persephone podeszła do stołu i położyła dłonie na blacie.

Jeśli to prawda — powiedziała, a w jej głosie słychać było nutę analitycznego dystansu — to może wyjaśnić wszystko. Motyw. Plan. Dowody, których brakuje nam w albumie.

Albo potwierdzić to, co już wiemy — dodała Crilla. — Że to nie było zwykłe morderstwo. Że miało powód.

Brix podeszła do Maise i ujęła jej dłoń. Maise pozwoliła na to, choć jej instynkt krzyczał, by się cofnąć. Ale nie cofnęła się.

Wierzę ci — powiedziała Brix, a jej głos był cichszy niż zwykle. — Nie wiem, jak to możliwe, ale wierzę ci.

Maise spojrzała na ich splecione dłonie. Jej własna była blada, chłodna. Dłoń Brix była ciepła, z krótkimi paznokciami pomalowanymi na żółto.

Musimy go znaleźć — powiedziała Maise. — Dziennik.

Ale gdzie? — zapytała Persephone. — Hotel jest ogromny. Setki miejsc, gdzie można schować tak mały przedmiot.

Maise oderwała wzrok od ich dłoni i spojrzała na okno. Zielonkawe światło wciąż padało do środka, oświetlając kurz, który unosił się w powietrzu.

Ophelia powiedziała coś — rzekła powoli, przypominając sobie słowa babci. — Powiedziała, że prawda zawsze znajdzie sposób, by wyjść na jaw.

I co to znaczy? — zapytała Brix.

Maise nie odpowiedziała. Zamiast tego podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Ogród był zarośnięty, białe kwiaty wciąż rosły pod ścianami hotelu, choć teraz były dziksze, mniej kontrolowane.

Moja babcia była... jest... bardzo konkretną osobą — powiedziała Maise, nie odwracając się. — Jeśli ukryła coś, żeby zostało znalezione, to znaczy, że zostawiła sposób, by to znaleźć.

Crilla stanęła obok niej.

Masz jakiś pomysł?

Maise milczała przez chwilę. Jej myśli biegały, łącząc to, co widziała, z tym, co wiedziała o swojej babci. Ophelia, która nauczyła ją kontrolować emocje. Ophelia, która zawsze wiedziała, gdzie wszystko jest. Ophelia, która nigdy nie gubiła rzeczy, bo wszystko miało swoje miejsce.

Numerologia — powiedziała w końcu Maise. — Moja babcia wierzyła w liczby. W ich znaczenie.

Persephone prychnęła cicho.

Numerologia? To nie jest...

Wiem, co to jest — przerwała Maise, odwracając się od okna. — Ale dla niej to było ważne. Daty. Godziny. Numery. Wszystko miało znaczenie.

Brix zmarszczyła czoło.

Więc myślisz, że ukryła dziennik w miejscu, które ma jakiś... numeryczny znaczenie?

Maise skinęła głową.

Pokój 215 — powiedziała. — Tam się wszystko zaczęło. Tam widziałam ją z dziennikiem. To logiczne miejsce, by zacząć szukać.

Ale to zbyt oczywiste — zauważyła Persephone. — Jeśli chciała, żeby dziennik został znaleziony, ale nie od razu, to nie schowałaby go w pierwszym miejscu, gdzie ktoś spojrzy.

Maise poczuła ukłucie irytacji, ale stłumiła je. Persephone miała rację. Jej babcia nie robiła nic bez przyczyny. Każdy ruch był przemyślany, każda decyzja analizowana z każdej strony.

Masz rację — przyznała Maise. — Ale to punkt wyjścia.

Crilla sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej małą latarkę.

Pokój 215 jest na drugim piętrze — powiedziała. — Mogę was tam zabrać.

Brix klasnęła w dłonie, dźwięk odbił się echem od ścian sali bibliotecznej.

No to chodźmy! — zawołała, a w jej głosie była ta fałszywa wesołość, którą Maise znała zbyt dobrze. — Znajdziemy ten dziennik i dowiemy się wszystkiego!

Maise spojrzała na przyjaciółkę. Brix uśmiechała się szeroko, dołeczki głębokie w jej policzkach, ale jej bursztynowe oczy były ciemne od czegoś, co wyglądało na strach.

Wszyscy się bali. Maise czuła to w powietrzu, gęste i ciężkie jak wilgoć przed burzą. Nawet Persephone, która zazwyczaj emanowała spokojem, trzymała ramiona nieco zbyt sztywno, a jej dłonie były zaciśnięte w pięści.

Chodźmy — powiedziała Maise.

Ruszyli w stronę wyjścia z sali bibliotecznej. Crilla szła pierwsza, jej latarka oświetlała drogę, choć w korytarzach wciąż było wystarczająco jasno od światła, które przedzierało się przez okna. Brix szła tuż za nią, jej kolorowa spódnica mignęła w półmroku. Persephone zamykała pochód, jej kroki były równe, metodyczne.

Maise szła w środku. Jej myśli wciąż krążyły wokół tego, co widziała. Wokół strachu w oczach Ophelii. Wokół dziennika, który teraz wydawał się jej jedynym celem.

Dotknęła kieszeni swojej sukni, jakby chciała upewnić się, że coś tam jest. Ale jej kieszeń była pusta. Nie było w niej żadnego notesu. Żadnego dziennika.

Jeszcze nie.

Weszli po szerokich schodach na pierwsze piętro. Stopnie zatrzeszczały pod ich stopami, dźwięk odbijał się echem od ścian. Na półpiętrze zatrzymali się, rozglądając po holu, który rozciągał się pod nimi.

Kiedyś to było piękne miejsce — powiedziała Crilla, a w jej głosie słychać było nutę czegoś, co mogło być żalem. — Zanim wszystko się wydarzyło.

Brix pokiwała głową.

Teraz wygląda jak... jak...

Jak grób — dokończyła Maise.

Wszyscy spojrzeli na nią. Ona nie odwróciła wzroku.

To jest grób — powiedziała cicho. — Dla niego. Dla nich. Dla wszystkiego, co tu straciliśmy.

Nikt nie odpowiedział. Ruszyli dalej, w górę schodów, na drugie piętro.

Korytarz był długi i ciemny. Drzwi po obu stronach były zamknięte, ich numery ledwo widoczne w przygasającym świetle. Crilla świeciła latarką na podłogę, omijając deski, które wyglądały na zbutwiałe.

215 powinien być na końcu — szepnęła.

Szli powoli. Maise liczyła numery na drzwiach. 201. 203. 205. Jej serce biło szybciej z każdym krokiem. Czuła, jakby coś ciągnęło ją do przodu, coś, co nie pozwalało jej się zatrzymać.

Zatrzymali się przed drzwiami z numerem 215. Drewno było ciemne, prawie czarne od wilgoci i czasu. Klamka była zżarta rdzą, ale wciąż solidna.

Crilla sięgnęła do klamki i nacisnęła ją. Mechanizm zgrzytnął, ale drzwi się nie otworzyły.

Zamknięte — powiedziała.

Persephone podeszła bliżej i przyjrzała się zamkowi.

To stary mechanizm — rzekła. — Jeśli znajdziemy coś, czym można go manipulować...

Zaczekajcie — przerwała Maise.

Podeszła do drzwi i położyła dłoń na drewnie. Zrobiła to instynktownie, nie myśląc. I wtedy to poczuła — to samo mrowienie, które wcześniej towarzyszyło wspomnieniu. Ale tym razem nie było tak silne. Tylko cień tego, co przeżyła w sali bibliotecznej.

Co jest? — zapytała Brix, stając obok niej.

Maise nie odpowiedziała. Przesunęła dłonią po drewnie, szukając... czegoś. Nie wiedziała czego. Ale czuła, że coś tu jest. Coś, co czeka.

Jej palce znalazły to. Małe wgłębienie w drewnie, tuż pod klamką. Ukryte w rzeźbieniu, które zdobiło drzwi. Wyglądało jak ozdoba, ale Maise wiedziała, że to coś więcej.

Co to? — zapytała Crilla, zbliżając latarkę.

Maise wcisnęła palec w wgłębienie. Coś kliknęło. I drzwi otworzyły się.

Brix wciągnęła powietrze.

Jak... jak to zrobiłaś?

Maise spojrzała na swoje dłonie. Były blade, ale pewne.

Nie wiem — przyznała. — Po prostu... wiedziałam.

Weszli do środka. Pokój 215 był mniejszy, niż Maise pamiętała ze wspomnienia. Łóżko z metalową ramą wciąż stało na swoim miejscu, ale materac zniknął, zostawiając tylko sprężyny. Szafa była otwarta, jej drzwi wisiały na jednym zawiasie. Stolik nocny przewrócił się, a lampka naftowa rozbiła się na podłodze, zostawiając plamę nafty, która dawno wywietrzała.

Ale okno było to samo. I widok na ogród — ten sam, choć bardziej dziki.

Gdzie? — zapytała Persephone, rozglądając się po pokoju. — Gdzie mogła go schować?

Maise podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Białe kwiaty kołysały się na wietrze, ich płatki opadały na ziemię.

Moja babcia mówiła mi kiedyś coś — rzekła, nie odwracając się. — Kiedy byłam mała. Powiedziała, że prawdę trzeba ukrywać tam, gdzie wszyscy mogą ją zobaczyć, ale nikt nie pomyśli, by tam szukać.

Co to znaczy? — zapytała Brix.

Maise odwróciła się i spojrzała na szafę. Potem na łóżko. Potem na podłogę.

Pod podłogą — powiedziała cicho. — To tam ukryli ciało. To tam Ophelia mogła ukryć dziennik.

Crilla podeszła do łóżka i przyklękła. Jej palce przesunęły się po podłodze, szukając szczelin między deskami.

Tutaj — powiedziała po chwili. — Te deski są luźniejsze.

Maise podeszła i przyklękła obok niej. Razem zaczęły podważać deski. Drewno zatrzeszczało, ale ustąpiło. Jedna deska, potem druga.

Pod spodem była ciemność.

Crilla skierowała latarkę w otwór. Promień światła przebił mrok i oświetlił...

Nic.

Pustkę.

Maise poczuła, jak jej serce ściska się. Była taka pewna. Tak bardzo pewna.

Może to inne miejsce — powiedziała Brix, stając nad nimi. — Może...

Nie — przerwała Maise. — To musi być tutaj. Musi.

Wstała i zaczęła się rozglądać po pokoju. Jej wzrok przeskakiwał od jednego przedmiotu do drugiego. Szafa. Łóżko. Stolik. Okno. Ściany. Sufit.

I wtedy zobaczyła.

Mały, ledwo widoczny znak na ścianie nad łóżkiem. Wyglądał jak rysa, może ślad po meblu, który kiedyś tam stał. Ale Maise wiedziała, że to coś więcej.

Podeszła i przyjrzała się bliżej. Znak był niewyraźny, ale widoczny, jeśli wiedziało się, czego szukać. Dwie linie przecinające się pod kątem. Litera X.

Co to? — zapytała Persephone, stając obok niej.

Maise sięgnęła do znaku i przesunęła po nim palcami. Drewno było chropowate, ale pod nim czuła coś twardszego. Metal.

Tu jest coś — powiedziała.

Brix i Crilla podeszły bliżej. Maise wcisnęła paznokieć w szczelinę wokół metalu i pociągnęła. Coś kliknęło i mała, metalowa klapka otworzyła się, odsłaniając wnękę w ścianie.

W środku leżał notes.

Mały, skórzany, czarny. Z ołówkiem zatkniętym w środku.

Maise sięgnęła i wyjęła go. Skóra była chłodna w dotyku, zużyta, miękka od czasu. Otworzyła go na pierwszej stronie.

Drobne, precyzyjne pismo jej babci.

2 sierpnia 1953. Pierwszy dzień. Poznałam go dzisiaj. Ethaniel Riannon. Właściciel tego hotelu. Uśmiechał się, gdy mnie witał, ale jego oczy nie uśmiechały się razem z ustami. Coś w nim sprawia, że czuję... niepokój.

Maise podniosła wzrok. Trzy pary oczu wpatrywały się w nią.

Znalazłaś — szepnęła Brix.

Maise skinęła głową. Czuła ciężar notesu w dłoni, ciężar słów, które zawierał.

To tutaj — powiedziała. — Wszystko. Prawda o tym, co się wydarzyło.

Crilla wyciągnęła rękę.

Mogę?

Maise zawahała się. To był dziennik jej babci. Jej słowa. Jej prawda. Ale wiedziała, że nie może go zachować tylko dla siebie.

Podała go Crilli.

Crilla otworzyła notes i zaczęła czytać. Jej oczy przesuwały się po stronach, twarz coraz bardziej bladła.

To... — zaczęła, ale urwała.

Co? — zapytała Persephone. — Co tam jest?

Crilla podniosła wzrok. Jej oczy były szerokie, napięte.

Wszystko — powiedziała cicho. — Wszystko, czego potrzebujemy. Ale jest też coś jeszcze. Na ostatniej stronie.

Przewróciła notes na koniec i podała go Maise.

Maise spojrzała na ostatnią stronę. Pismo jej babci było tu bardziej niestarowne, jakby pisała w pośpiechu.

Jeśli to czytasz, to znaczy, że prawda w końcu wyszła na jaw. To, co zrobiliśmy, było konieczne. Był potworem, który niszczył wszystko, czego dotknął. Ale to nie koniec. W hotelu jest więcej. Więcej tajemnic. Więcej sekretów. Riannon nie działał sam. Byli inni. I oni wciąż tu są. Czekają.

Maise podniosła wzrok. W pokoju zapadła cisza. Nawet oddechy były ciche.

Co to znaczy? — szepnęła Brix.

Maise nie odpowiedziała. Jej wzrok powędrował do okna, do ogrodu za nim, do białych kwiatów, które kołysały się na wietrze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov