89
Dwa tygodnie później, już po pogrzebach wszystkich trzech babć, przyjaciółki po szkole spotkały się w ulubionym parku Motyli. Jesienny wiatr muskał korony starych dębów, zrzucając na ścieżki garście suchych liści w odcieniach rdzy i złota. Akacje, które jeszcze niedawno rozsiewały słodki zapach, teraz stały nagie, ich gałęzie rysowały się na tle ołowianego nieba jak cienkie palce sięgające ku chmurom.
Brix szła pierwsza, jej zwykle kolorowe ubrania dziś ustąpiły miejsca czerni – prosty żakiet, który wydawał się ją więzić, i ciemne spodnie, w których czuła się obco. Nawet jej włosy, zazwyczaj w nieustannym ruchu, teraz opadały na ramiona cięższymi falami, jakby i one pogrążyły się w żałobie. Maise kroczyła krok za nią, jej blada twarz niemal znikała na tle czarnej sukienki, a niebieskie oczy wpatrywały się w ziemię przed sobą. Persephone zamykała pochód, jej postawa pozostawała wyprostowana, kontrolowana, ale palce nerwowo gładziły materiał czarnej torebki przewieszonej przez ramię.
Fontanna w kształcie koniczyny była wyłączona, jej misy wypełniała stojąca woda pokryta warstwą opadłych liści. Fioletowe rzeźby motyli po obu stronach wydawały się w tym jesiennym świetle bardziej mroczne niż zwykle, ich barwa nasiąkła wilgocią chłodnego powietrza. Kilka żywych motyli, ostatnich w tym sezonie, wciąż krążyło nad zarośniętymi klombami – blade, delikatne istoty, które nie chciały uznać nadchodzącej zimy.
– To nie ma sensu – powiedziała Brix, zatrzymując się przy jednej z drewnianych ławek. Jej głos brzmiał obco w własnych uszach – zbyt cicho, zbyt stłumione. – Dwa tygodnie. Dwa tygodnie próbuję to zrozumieć i dalej nic.
Usiadła ciężko na ławce, jej dłonie oparły się o chłodne drewno. Maise przysiadła obok, a Persephone pozostała na stojąco, krzyżując ramiona na piersi.
– Trzy babcie – podjęła Persephone, jej niski głos pozostał równy, choć w jego tonie pojawiła się nuta czegoś, co mogło być napięciem. – Trzy starsze kobiety. Trzy śmierci. Jedna data.
Brix uniosła wzrok na przyjaciółkę.
– Czwartego października – dodała szeptem. – Wszystkie zmarły czwartego października.
Maise milczała, jej palce splatały się na kolanach. Blizna na jej prawej nodze, ukryta pod materiałem czarnej sukienki, pulsowała tępnym bólem, który czuła tylko w chłodne dni. Dziś właśnie taki był.
– One się nie znały – powiedziała w końcu Maise, nie podnosząc wzroku. – Nasze babcie. Nigdy się nie spotkały.
– Wiemy to – odparła Brix, przekrzywiając głowę. – Przecież wiemy. Ale...
– Ale to niemożliwe – dokończyła Persephone, wreszcie siadając po drugiej stronie Maise. Jej ruchy były precyzyjne, kontrolowane, nawet w tej sytuacji. – Statystycznie rzecz biorąc, prawdopodobieństwo, że trzy niespokrewnione ze sobą kobiety w podeszłym wieku umrą dokładnie tego samego dnia, jest znikome. A jeśli dodamy do tego okoliczności ich śmierci...
Urwała, ale Brix wiedziała, co chciała powiedzieć. Wszystkie wiedziały.
Ophelia. Eleanor. Zoya.
Trzy imiona, które teraz brzmiały jak echo w ich myślach.
– Ophelia spojrzała na ciebie – Brix zwróciła się do Persephone, jej głos drżał lekko. – Pamiętam. Byłam tam. Ona... ona spojrzała na ciebie i...
– Wiem – przerwała jej Persephone. Jej szczęki zacisnęły się na ułamek sekundy, jedyny znak emocji, jaki pozwoliła sobie okazать. – Byłam tam.
Maise poruszyła się niespokojnie na ławce. Jej dłonie zacisnęły się mocniej.
– Eleanor spojrzała na ciebie – powiedziała cicho, patrząc na Brix. – Tuż przed... zanim...
Brix pokiwała głową, nie potrafiąc dokończyć. Pamiętała ten moment zbyt wyraźnie. Zmarszczki na twarzy Eleanor, które napięły się w grymasie przerażenia. Jej usta, które próbowały coś powiedzieć. I to spojrzenie – skierowane prosto na nią, Brix, jakby widziało coś, czego Brix nie mogła zobaczyć.
– A Zoya... – Brix przerwała, łamiąc się głosem.
Maise nie odpowiedziała. Nie musiała. Wszystkie wiedziały, co stało się w szpitalu, tuż przed śmiercią Zoyi. Jak jej wzrok padł na Maise, jak jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu, jak jej ostatni oddech uciekł z płuc, gdy próbowała się dławić.
– Dlaczego? – szepnęła Brix, bardziej do siebie niż do przyjaciółek. – Dlaczego one się tak wystraszyły? Czego zobaczyły?
Nikt nie odpowiedział. Nad ich głowami przeleciał radosny ptak, nieświadomy ciężaru, który spoczywał na trzech kobietach siedzących na starej ławce w parku Motyli.
Persephone wyprostowała się, jej brązowe oczy rozejrzały się po parku, jakby szukała odpowiedzi w nagich gałęziach drzew i szarej taflim stojącej wody w fontannie.
– Logicznie rzecz biorąc – zaczęła, używając swojego ulubionego zwrotu – musimy przeanalizować fakty. Po pierwsze, nasze babcie zmarły tego samego dnia. Po drugie, każda z nich reagowała strachem na widok jednej z nas. Po trzecie, nie było między nimi żadnego znanego nam związku.
– Ale coś musiało je łączyć – wtrąciła Brix, wstając z ławki i zaczynając chodzić w tę i z powrotem przed przyjaciółkami. Jej kolorowe naklejki na telefonie, które zwykle błyszczały w słońcu, teraz były ukryte w kieszeni czarnego żakietu. – Musiało. Ludzie nie umierają tak po prostu, patrząc na kogoś przerażeni, bez powodu.
– O ile w ogóle istnieje jakiś powód – mruknęła Maise, wciąż nie podnosząc wzroku. – Poza tym, że były stare i chore.
– To nie była zwykła śmierć – odparła Brix, kręcąc głową. – Ty to wiesz. Ja to wiem. To nie było... naturalne.
Persephone przełknęła nerwowo ślinę, jedyny znak niepewności, jaki pozwoliła sobie okazать.
– Brix ma rację – przyznała niechętnie. – Reakcje naszych babć były... nienaturalne. Strach, który widziałam w oczach Ophelii... – urwała na moment – ...to nie był strach przed śmiercią. To był strach przed czymś innym. Lub kimś.
Maise wreszcie uniosła wzrok. Jej niebieskie oczy, zazwyczaj puste lub zbyt intensywne, teraz wydawały się gdzieś pomiędzy – jakby walczyły z czymś, czego nie chciały dopuścić do świadomości.
– Myślicie, że to my? – zapytała cicho. – Że to my jesteśmy tym... czymś, czego się bały?
Cisza, która zapadła po tych słowach, była gęstsza niż jesienna mgła, która zaczynała spływać z okolicznych bloków.
Brix zatrzymała się w miejscu. Jej myśli pędziły, przeskakując między wspomnieniami – dziadek Aiden szepczący coś o "tym, co wróciło", Eleanor mówiąca "Sterling" i "ona wróciła", Zoya dławiąca się na widok Maise.
– Nie – powiedziała w końcu, kręcąc głową. – Nie. To nie ma sensu. Przecież to my. To my jesteśmy ich wnuczkami. Dlaczego miałyby się nas bać?
– Nie wiem – odparła Persephone, a w jej głosie pojawiła się nuta frustracji. – I to właśnie jest problem. Nie mamy wystarczających danych, by wyciągnąć wnioski.
Maise wstała z ławki, jej czarna sukienka rozwiała się lekko w podmuchu wiatru. Przeszła kilka kroków w stronę fontanny, stojąc plecami do przyjaciółek.
– Może to nie my – powiedziała cicho, patrząc na fioletowego motyla wyłaniającego się z mgły. – Może to coś... związanego z nami. Coś, czego nie widzimy.
Brix podeszła do niej, stając obok.
– Co masz na myśli?
Maise odwróciła się, a jej blada twarz wydawała się jeszcze bielsza w szarzejącym świetle.
– Nie wiem – powtórzyła, a w jej głosie brzmiała nuta prawdy. – Naprawdę nie wiem. Ale... – urwała, jakby walczyła z samą sobą, czy coś powiedzieć. – Ale czuję, że to nie koniec.
Persephone również podeszła do nich, stając po drugiej stronie Maise. Trzy kobiety w czerni stały teraz nad suchą fontanną, patrząc na rzeźby motyli, które zdawały się patrzeć na nie w zamian.
– Musimy dowiedzieć się więcej – powiedziała Persephone stanowczo. – Jeśli istnieje jakiś związek między naszymi babciami, musimy go znaleźć. Przeszukać ich rzeczy. Ich dokumenty. Może znajdziemy coś, co...
– Już szukałam – przerwała jej Brix cicho. – W domu dziadka Aidena. Nic nie znalazłam. Tylko stare zdjęcia, listy, dokumenty medyczne... nic niezwykłego.
– Ja też – dodała Maise, wciąż patrząc na motyla. – Babcia Ophelia trzymała wszystko w porządku. Jeśli coś było... nic nie znalazłam.
Persephone milczała przez chwilę, jej czoło zmarszczyło się w zamyśleniu.
– Więc musimy szukać głębiej – stwierdziła w końcu. – Albo w innym miejscu.
Brix westchnęła ciężko, opierając się o zimną krawędź fontanny.
– Ale gdzie? I jak? Nie możemy przecież...
Urwała, bo w tej chwili usłyszały cichy dźwięk – trzask gałęzi gdzieś w krzakach za nimi. Wszystkie trzy odwróciły się gwałtownie, ale na ścieżce nie było nikogo. Tylko wiatr kołysał nagimi gałęziami akacji.
– To tylko wiatr – powiedziała Persephone, choć jej głos brzmiał mniej pewnie niż zwykle.
Maise nie odzywała się. Jej dłonie, ukryte za plecami, drżały lekko – jedyny znak, że cokolwiek czuła.
Brix rozejrzała się po parku, który znała od dziecka. Każde drzewo, każda ławka, każda ścieżka były jej znajome. To tutaj babcia Zoya przyprowadzała ją na spacery, gdy była mała. To tutaj dziadek Aiden uczył ją rozróżniać gatunki motyli. To tutaj papuga Pipi, jej pierwsza żółta papuga, siedziała na jej ramieniu i ćwierkała radośnie.
A teraz babcia Zoya nie żyła. Papuga Pipi dawno temu odeszła. I Brix czuła, jakby cały jej świat – ten, który znała, ten, który był bezpieczny i zrozumiały – rozpadał się na kawałki.
– Chodźmy – powiedziała w końcu, odwracając się od fontanny. – Nie zostaniemy tu nic więcej.
Przyjaciółki ruszyły jedną z alejek, ich kroki niosły się echem między blokami z wielkiej płyty. Mgła gęstniała, otulając park białą mgławicą, która zdawała się żyć własnym życiem.
Szły w milczeniu, każda pogrążona we własnych myślach. Próbowały odgadnąć powód, dla którego stare kobiety się wystraszyły, ale odpowiedzi nie przychodziły. Im bardziej się starały, tym bardziej wszystko wydawało się nielogiczne, niemożliwe, nierealne.
W końcu Brix westchnęła głośno.
– Nic z tego nie rozumiem – przyznała, potrząsając głową. – I chyba nie zrozumiem, dopóki nie znajdziemy czegoś... czegokolwiek.
– Może to zbieg okoliczności – zaproponowała Persephone, choć w jej głosie słychać było wątpliwość. – Może po prostu...
– Nie – przerwała jej Maise stanowczo. – To nie zbieg okoliczności. Nie przy trzech śmierciach. Nie przy tych reakcjach.
Brix pokiwała głową w milczeniu.
– Więc co? – zapytała, rozkładąc ręce. – Co my z tym zrobimy?
Nikt nie miał odpowiedzi.
Przyjaciółki dotarły do końca alejki, gdzie park łączył się z ulicą. Bloki z wielkiej płyty górowały nad nimi, ich okna świeciły się w nadchodzącym zmierzchu. Gdzieś w jednym z tych okien dziadek Aiden siedział sam, po raz pierwszy od lat bez Zoyi. Gdzieś w innym dziadek Everett próbował zrozumieć świat, który stracił Eleanor. A gdzieś jeszcze Brandon Delvarez, ojciec Maise, zmagał się z żałobą po własnej matce Ophelii.
– Jak oni się trzymają? – zapytała Brix, przerywając ciszę. – Wasi... wasi bliscy?
Maise milczała przez chwilę, jej twarz pozostała nieruchoma.
– Vainer zamknął się w sobie – powiedziała w końcu, a w jej głosie nie było emocji, ale słowa brzmiały ciężko. – Nie wychodzi z pokoju. Prawie nie mówi. A ojciec... – urwała – ...ojciec chodzi przybity. Ale on... on wiedział, że to się stanie. Babcia była chora. Sparaliżowana. To tylko kwestia czasu.
Persephone pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Dziadek Everett bardzo rozpacza – powiedziała cicho. – Ale stara się trzymać dla mnie. Ma o tyle dobrze, że... – urwała na moment – ...ma syna. I synową. Stephanie jest dla niego bardzo pomocna.
– A twój ojciec? – zapytała Brix ostrożnie. – Matthew?
Persephone zacisnęła usta na moment, jedyny znak, że temat był trudny.
– Ojciec jest... obecny – odparła w końcu ostrożnie. – Ale wiesz, jaki jest. Emocjonalnie zdystansowany. Zajęty pracą. Choć... – jej głos stał się cichszy – ...słyszałam, że ostatnio częściej bywa w domu.
Brix przygryzła wargę, wiedząc, co Persephone nie mówiła. Że Matthew Goddess, mimo wszystkich swoich wad, włącznie z hazardem, próbował być obecny dla ojca w tym trudnym czasie.
– A twój dziadek? – zapytała Persephone, zwracając się do Brix. – Dziadek Aiden?
Brix poczuła ścisk w gardle na samo wspomnienie.
– On... – zaczęła, ale głos jej się złamał. Odchrząknęła i spróbowała ponownie. – On bardzo rozpacza. Bardziej niż wtedy, gdy... gdy mama zmarła. Ale stara się nie pokazywać tego przede mną. Wiesz, jaki jest.
Maise pokiwała głową. Wiedziały wszystkie – dziadek Aiden był powściągliwy, małomówny, czasem wydawał się emocjonalnie niedostępny. Ale Brix wiedziała, że pod tą szorstką powłzką kryła się miłość głębsza niż jakiekolwiek słowa.
– On nie ma już nikogo – dodała Brix cicho. – Babcia Zoya była jego całym światem. A przed nią... przed nią była moja mama. Jego córka. Która zginęła w tym wypadku rowerowym, gdy byłam mała. I teraz... teraz zostałam tylko ja.
Persephone położyła dłoń na ramieniu Brix, gest rzadki dla niej, ale tym razem naturalny.
– Masz nas – powiedziała prosto.
Brix uśmiechnęła się słabo, choć jej oczy pozostały smutne.
– Wiem – odparła cicho. – Ale to nie to samo, prawda? Nie dla niego.
Maise milczała, ale jej obecność obok Brix mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa. Trzy przyjaciółki stały na skraju parku, patrząc na światła w oknach bloków, każda myśląc o swoich bliskich, o stracie, o przyszłości, która wydawała się niepewna.
Wreszcie Brix westchnęła i wyprostowała się, próbując zrzucić z ramion ciężar, który tam spoczywał.
– Musimy dowiedzieć się więcej – powtórzyła to, co Persephone powiedziała wcześniej. – Musimy zrozumieć, co się stało. Dlaczego babcie zmarły. Czego się bały.
– Ale jak? – zapytała Maise, a w jej głosie słychać było rzadką nutę bezradności.
– Nie wiem – przyznała Brix. – Ale nie możemy po prostu... nic nie robić. Nie po tym, co się stało.
Persephone pokiwała głową.
– Masz rację – powiedziała stanowczo. – Musimy działać. Metodycznie. Logicznie. Zbierać informacje, analizować fakty, wyciągać wnioski.
Maise prychnęła cicho, ale nie zaprzeczyła.
Brix rozejrzała się po parku, który teraz pogrążał się w cieniu. Mgła gęstniała, a motyle, które jeszcze przed chwilą krążyły nad klombami, zniknęły gdzieś w listowiu drzew. Tylko rzeźby pozostały – dwa fioletowe motyle, które zdawały się obserwować je z niemym osądem.
– Chodźcie – powiedziała Brix w końcu. – Zimno się robi. I... nie chcę już tu być.
Przyjaciółki ruszyły w stronę wyjścia z parku, ich kroki niosły się echem po pustej alejce. Gdy mijały ostatni rząd ławek, Brix rzuciła ostatnie spojrzenie przez ramię – na fontannę w kształcie koniczyny, na fioletowe motyle, na miejsce, które kiedyś było jej bezpieczną przystanią, a teraz wydawało się obce i nieprzyjazne.
Dziadek Aiden czekał na nią w domu, sam w mieszkaniu, które pachniało jeszcze babcią Zoyą – jej perfumami, jej herbatą, jej obecnością. Brix wiedziała, że musi wracać, że musi być z nim, że musi być silna.
Ale w głowie wciąż kołatało jedno pytanie, które nie dawało jej spokoju.
Dlaczego?
Dlaczego trzy kobiety, które się nie znały, zmarły tego samego dnia? Dlaczego każda z nich patrzyła na wnuczkę swojej przyjaciółki z przerażeniem w oczach? Co zobaczyły? Czego się bały?
I czy to naprawdę był koniec?
Brix nie znała odpowiedzi. Ale wiedziała, że musi je znaleźć – dla babci Zoyi, dla dziadka Aidena, dla siebie.
Przyjaciółki wyszły z parku, kierując się w stronę przystanku autobusowego. Mgła otulała ulice, a światła latarni rzucały blade kręgi na chodnik. Jesień w pełni – zimna, wilgotna, nieprzejednana.
– Odwiedzę cię jutro – powiedziała Persephone, zwracając się do Brix. – Możemy razem przejrzeć rzeczy babci Zoyi. Jeśli chcesz.
Brix pokiwała głową, wdzięczna za propozycję.
– Ja też – dodała Maise cicho. – Jeśli... jeśli to pomoże.
Trzy kobiety stanęły na przystanku, czekając na autobus, który zabierze każdą z nich w inną stronę – do domów, które już nie były tymi samymi domami, do rodzin, które już nie były tymi samymi rodzinami.
I choć stały obok siebie, każda czuła się dziwnie samotna.
Żegnając się na przystanku, Brix przytuliła krótko każdą z przyjaciółek. Nawet Maise, która zwykle unikała fizycznego kontaktu, tymczasowo pozwoliła się przytulić, choć jej ciało pozostało sztywne.
– Do jutra – powiedziała Brix, wsiadając do autobusu.
Persephone i Maise skinęły głowami, stojąc na przystanku, aż drzwi pojazdu zamknęły się za ich przyjaciółką.
Brix usiadła przy oknie, patrząc na znikające w mgle sylwetki przyjaciółek. Autobus ruszył, niosąc ją w stronę domu, gdzie czekał dziadek Aiden – samotny, zbolały, ale wciąż obecny.
I gdzieś w głębi jej umysłu, ukryte pod warstwami żałoby i niepewności, kiełkowało pytanie, które nie dawało jej spokoju.
Co tak naprawdę wydarzyło się czwartego października?
I czy odpowiedź na to pytanie była czymś, co w ogóle chciała wiedzieć?
Autobus jechał przez mgłę, a Brix siedziała sama, wpatrując się w własne odbicie w szybie. Czarne ubrania. Zmęczone oczy. Włosy, które straciły swój zwykły blask.
Kto była teraz, gdy babcia Zoya nie żyła? Kim będzie, gdy dowie się prawdy?
Nie znała odpowiedzi. Ale wiedziała, że musi je znaleźć – niezależnie od tego, gdzie ją zaprowadzą.
Autobus skręcił w kolejną ulicę, a Brix po raz kolejny tego dnia pozwoliła myślom wrócić do tamtych chwil – Ophelia patrząca na Persephone, Eleanor patrząca na nią, Zoya patrząca na Maise. Trzy pary oczu, trzy chwile przerażenia, trzy ostatnie tchnienia.
I trzy pytania, które wciąż pozostawały bez odpowiedzi.
Dlaczego?
Kogo – lub czego – się bały?
I co to oznaczało dla nich wszystkich?
Mgła gęstniała za oknem autobusu, a Brix Sterling, po raz pierwszy od bardzo dawna, czuła, że świat, który znała, przestał być bezpieczny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz