88
Przeszłość – Brix Sterling
Słońce chyliło się ku zachodowi, zalewając pokój Brix pomarańczowym światłem, które powinno być kojące, ale zamiast tego wydawało się krzyczeć. Brix siedziała na skraju łóżka, wciąż w tych samych kolorowych ubraniach, które nosiła od rana — żółta bluzka z lekkim zdobieniem na ramionach, zielona spódnica sięgająca kolan — ale kolory te wydawały się teraz wyblakłe, jakby i one pochłonęły ciężar dnia. Jej czarne włosy, zazwyczaj pełne ruchu i energii, teraz spoczywały na ramionach w nieładzie, kilka kosmyków przykleiło się do wilgotnych policzków.
Pięć godzin. Tyle minęło od momentu, gdy Eleanor, babcia Persephone, ostatni raz zacisnęła powieki. Pięć godzin od chwili, gdy jej usta ułożyły się w słowo „Sterling” — nazwisko Brix — i od momentu, gdy wyzionęła ducha z przerażeniem w oczach.
Brix wstała gwałtownie, niemal potykając się o własne stopy. Musiała jechać do babci Zoyi. Teraz. Natychmiast. Coś w jej wnętrzu pchało ją do działania, jakaś nieokreślona panika, która kazała jej wierzyć, że jeśli nie zobaczy babci teraz, to może już nigdy nie mieć okazji.
— Muszę jechać — wyszeptała, a potem powtórzyła głośniej, jakby sama siebie przekonywała. — Muszę zobaczyć babcię Zoyę.
Maise siedziała przy biurku Brix, zgarbiona w swoim ciemnym stroju, blada twarz niemal znikała w cieniu padającej od okna. Jej niebieskie oczy, zazwyczaj tak trudne do odczytania, teraz zdradzały coś, co mogło być zmęczeniem — lub czymś głębszym. Wiedziała, co znaczy stracić babcię. Ophelia Delvarez odeszła zaledwie o dziewiątej trzydzieści, a Maise wciąż nosiła w sobie ten rodzaj pustki, który zostaje po kimś bliskim.
— Pojadę z tobą — powiedziała cicho Maise, wstając. Jej głos był równy, bez emocji, ale coś w sposobie, w jaki splatała dłonie za plecami, zdradzało drżenie, które próbowała ukryć. — Autobusem.
Brix spojrzała na nią z wdzięcznością, która nie potrzebowała słów. Wiedziała, że Maise sama powinna odpoczywać, przetrawiać własną stratę, ale mimo to przyjaciółka wybrała towarzyszenie jej. Od tego były przyjaciółkami. Brix wciąż nosiła w sobie obraz śmierci Eleanor — babki Persephone, która zareagowała na nią strachem w ostatnich chwilach życia.
Wyszły z mieszkania w pośpiechu, Brix chwyciła tylko torebkę, zapominając o kurtce, choć wieczorne powietrze zapowiadało chłód. Autobus stał na przystanku, jego drzwi otworzyły się z sykiem, jakby zapraszał je do środka. Wsiadły w milczeniu, Brix przycisnęła czoło do zimnej szyby, obserwując, jak miasto przesuwa się za oknem.
— Dziadek Aiden pewnie już jest — powiedziała Brix, nie odwracając wzroku od szyby. Jej głos drżał lekko. — On... on zawsze tam jest. Codziennie. Cholera jasna, on ją kocha bardziej niż cokolwiek innego.
Maise pokiwała głową, nie próbując wypełniać ciszy zbędnymi słowami. Rozumiała. Czasem obecność była ważniejsza niż rozmowa.
Podróż autobusem wydawała się trwać wiecznie. Każdy przystanek, każdy pasażer wchodzący i wychodzący, każde światło uliczne — wszystko to rozciągało się w nieskończoność. Brix wierciła się na swoim miejscu, jej noga podrygiwała nerwowo, palce bawiły się brzegiem torebki. Kiedy wreszcie wysiadły przed szpitalem, słońce już prawie zaszło, zostawiając po sobie tylko smugę różu i fioletu na horyzoncie.
Szpital wznosił się przed nimi jako masywny budynek o białych ścianach, które w półmroku wydawały się szare. Brix ruszyła w stronę wejścia szybkim krokiem, Maise podążała za nią krok w krok. Korytarze pachniały sterylizacją i czymś słodkim, co mogło być zapachem kwiatów doniczkowych stojących na parapecie przy recepcji. Personel przechodził obok nich w milczeniu, skupiony na swoich zadaniach, nie zwracając uwagi na dwie młode kobiety pędzące korytarzem.
Pokój babci Zoyi znajdował się na trzecim piętrze. Brix znała drogę na pamięć — odwiedzała babcię tutaj tyle razy w ciągu ostatnich miesięcy, że mogłaby przejść ten trasę z zamkniętymi oczami. Kiedy pchnęła drzwi, ujrzała dziadka Aidena siedzącego przy łóżku.
Dziadek Aiden wyglądał na zmęczonego. Jego chuda, zgarbiona sylwetka wydawała się jeszcze bardziej pochylona niż zwykle, a przenikliwe niebieskie oczy miały w sobie coś, co rzadko się w nich pojawiało — niepewność. Siedział na niewygodnym szpitalnym krześle, trzymając dłoń Zoyi w swoich rękach, głaszcząc jej skórę delikatnie, prawie niedostrzegalnie.
— Cholera jasna, wreszcie jesteś — mruknął, nie odrywając wzroku od żony. Jego głos był chrapliwy, a słowa, zazwyczaj tak ostre, teraz brzmiały miękko. — Myślałem, że... do cholery jasnej, nieważne. Jesteś.
Brix podeszła do niego i położyła dłoń na jego ramieniu. Nie musiała nic mówić. Dziadek Aiden rzadko okazywał emocje, ale w tym geście, w sposobie, w jaki trzymał rękę Zoyi, było wszystko, co potrzebowała wiedzieć.
Maise stanęła nieco z boku, obserwując scenę z tym swoim specyficznym dystansem. Jej blada twarz o rysach w kształcie serca pozostała nieruchoma, ale oczy śledziły każdy ruch, każdy szczegół. Usiadła na drugim krześle przy ścianie, skrzyżowała ręce na piersi i zamilkła.
Brix przysunęła sobie krzesło i usiadła po drugiej stronie łóżka. Babć Zoya leżała nieruchomo, jej oddech był płytki i równomierny. Srebrzyste włosy, zazwyczaj upięte w elegancki kok, teraz rozsypały się na poduszce, kilka kosmyków opadało na czoło. Jej krzywy nos i okrągłe policzki, które zawsze nadawały jej wygląd chomika, wydawały się bardziej wyraźne w słabym świetle lampki nocnej. Była blada, ale spokojna.
— Jak ona? — zapytała Brix szeptem, choć znała odpowiedź.
Dziadek Aiden wzruszył ramionami, nie puszczając jej dłoni.
— Spała cały dzień. Cholera jasna, lekarze mówią, że... że to kwestia czasu. — Urwał, przełknął ślinę. — Ale ona jest silna. Zawsze była, do cholery jasnej, najsilniejsza z nas wszystkich.
Rozmowa toczyła się powoli, szeptem, jakby bali się obudzić śpiącą kobietę. Dziadek Aiden opowiadał o rzeczach błahych — o tym, co jadł na śniadanie, o tym, że zapomniał wyłączyć radio w domu, o tym, że sąsiad z dołu znowu narzekał na hałasy. Maise słuchała w milczeniu, od czasu do czasu kiwając głową. Brix próbowała się uśmiechać, dodawać otuchy, ale jej uśmiech był słaby, nie sięgał oczu.
Mijały minuty. Pół godziny przeciągnęło się w nieskończoność, wypełnione cichą rozmową i ciężką atmosferą. Dziadek Aiden, zazwyczaj tak małomówny i ponury, teraz próbował wypełnić ciszę słowami. Może bał się, że jeśli przestanie mówić, to coś w nim pęknie. Może po raz pierwszy w życiu nie wiedział, jak poradzić sobie z emocjami, które w nim kipiały.
— Pamiętasz, jak wasza babcia upiekła ten tort na twoje osiemnaste urodziny? — zapytał nagle, patrząc na Brix. W jego oczach było coś, co mogło być błyskiem nostalgii. — Cholera jasna, prawie spaliła kuchnię. Ale ten tort... do cholery jasnej, był pyszny.
Brix pokiwała głową, uśmiechając się lekko na wspomnienie.
— Pamiętam. Krzywiła się tak strasznie, kiedy ozdabiała go kremem. Mówiła, że to robota dla artystów, nie dla niej.
Dziadek Aiden parsknął krótkim, suchym śmiechem.
— Zawsze miała, cholera jasna, wysokie wymagania. Od samej siebie najbardziej.
Maise siedziała nieruchomo, obserwując ich oboje. Jej własne wspomnienia o babci Ophelii były jeszcze świeże, ale nie dzieliła się nimi. Wolała słuchać, być obecną, nie przeszkadzać. To była chwla dla Brix i jej dziadka.
I wtedy Zoya otworzyła oczy.
Stało się to powoli, jakby jej powieki musiały pokonać wielki opór. Najpierw pojawiła się szpara, potem szerzej, aż w końcu jej orzechowe spojrzenie mogło wędrować po pokoju. Wyglądała na zmęczoną, jej ruchy były powolne, ale w jej oczach było coś, co przypominało ciepło.
Pierwszą osobą, na którą spojrzała, był jej mąż.
Dziadek Aiden zesztywniał, jego dłoń mocniej ścisnęła jej palce. Przez moment na jego twarzy pojawiło się coś, co mogło być ulgą — lub przerażeniem. Potem jednak jego rysy złagodziały, a z jego ust wydobyły się słowa, które u niego były najbliższe czułości:
— Cholera jasna, obudziłaś się, skarbie! Jak ja się bałem, do jasnej cholery, o ciebie!
Jego głos drżał, a przekleństwa, które zazwyczaj brzmiały ostro, teraz miały w sobie coś łagodnego, prawie czułego. To był jego sposób okazywania miłości — przez szorstkość, przez słowa, które u innych brzmiałyby obraźliwie, ale w jego ustach stawały się wyznaniem.
Zoya uśmiechnęła się słabo. Jej zaokrąglone policzki uniosły się lekko, a krzywy nos wydawał się mniej surowy w tym blasku. Spróbowała coś powiedzieć, ale z początku z jej ust wydobył się tylko cichy szept. Przełknęła ślinę, spróbowała ponownie.
— Aiden... — wyszeptała, a jej głos, zazwyczaj tak głośny i wypełniający każdą przestrzeń, teraz był ledwie słyszalny. — Mój Aiden...
Dziadek Aiden pochylił się nad nią, przybliżając ucho do jej ust. Jego chude ramiona drżały lekko.
— Jestem, cholera jasna, jestem tu. Zawsze będę.
Zoya zamknęła oczy na moment, jakby zbierała siły. Potem otworzyła je ponownie i spojrzała na Brix.
Brix wstrzymała oddech. Jej bursztynowe oczy wypełniły się łzami, które próbowała powstrzymać. Pochyliła się, biorąc babcię za drugą dłoń.
— Babcia... — szepnęła, jej głos załamał się. — Jestem tu. Jestem z tobą.
Zoya przyglądała jej się przez długą chwilę. W jej spojrzeniu było tyle miłości, ile Brix mogła pomieścić w swoim sercu. Uśmiech starszej kobiety pogłębił się, sięgając oczu.
— Och, cóż miałam rzec, kochana Brixie, jesteście przy mnie. — Jej głos był słaby, ale wciąż miał w sobie tamtą charakterystyczną nutę, która sprawiała, że każde jej słowo brzmiało jak ważne wyznanie. — Moja mała... moja mała Brix...
Brix pochyliła głowę, przyciskając dłoń babci do policzka. Łzy spłynęły po jej twarzy, kapiąc na kołdrę. Nie próbowała już ich ukrywać.
— Kocham cię, babcio — wyszeptała przez łzy. — Tak bardzo cię kocham.
Zoya pokiwała głową, jakby to wiedziała od zawsze. Jej wzrok wędrował dalej, przechodząc od Brix do kogoś, kto siedział w cieniu, przy ścianie.
Maise.
Maise siedziała nieruchomo, jej blada twarz była niemal biała w przygasającym świetle. Jej niebieskie oczy spotkały się ze spojrzeniem Zoyi. Przez moment nic się nie działo. Maise nie poruszyła się, nie powiedziała słowa. Po prostu siedziała i patrzyła.
Zoya przyglądała jej się uważnie. Jej orzechowe oczy, wcześniej tak pełne ciepła i miłości, teraz miały w sobie coś innego. Coś, co Brix nie potrafiła zidentyfikować. Było to jak cień przemykający przez twarz babci, jak nagła zmiana w atmosferze pokoju.
I wtedy Zoya wygięła się w łuk.
Rozpoczęło się od nagłego sztywnienia jej ciała. Jej plecy oderwały się od materaca, wyginając się w nienaturalny sposób. Jej dłonie, które jeszcze przed chwilą spoczywały ciepło w uścisku męża i wnuczki, teraz poruszały się gwałtownie, szukając czegoś, czego nie mogły znaleźć.
— Zoya! — krzyknął dziadek Aiden, zerwając się z krzesła. — Cholera jasna, co się dzieje?!
Zoya nie odpowiedziała. Jej ręce pomknęły ku gardłu, palce zacisnęły się na szyi, jakby próbowała zerwać niewidzialną pętlę. Jej usta otworzyły się, ale zamiast słów wydobył się z nich tylko charkot. Dławiła się. Nie mogła oddychać.
— Babcia! — Brix zerwała się na równe nogi, przewracając krzesło z hukiem. — Babcia, co jest?! Babcia!
Maise również wstała, ale jej ruchy były powolne, niemal hipnotyczne. Stała przy ścianie, obserwując scenę szeroko otwartymi oczami. Jej twarz, zazwyczaj tak trudna do odczytania, teraz zdradzała coś, co mogło być przerażeniem — lub zrozumieniem.
Zoya walczyła. Jej ciało rzucało się na łóżku, plecy wyginały się w łuk, ręce drapały gardło, zostawiając czerwone ślady na bladej skórze. Jej oczy, wcześniej tak pełne miłości, teraz były szeroko otwarte, utkwione w jednym punkcie — w Maise.
Dziadek Aiden próbował ją przytrzymać, jego chude ręce owijały się wokół niej, próbując powstrzymać konwulsje. Jego twarz była biała jak ściana, a z jego ust wydobywały się słowa, które mieszały się w niezrozumiały bełkot:
— Zoya, cholera jasna, Zoya, oddychaj, do cholery jasnej, oddychaj!
Brix rzuciła się do drzwi, krzycząc o pomoc:
— Pielęgniarka! Lekarz! Ktoś! Pomóżcie!
Jej głos niósł się korytarzem, odbijając od białych ścian echem. Ktoś krzyknął w odpowiedzi, słychać było biegnące kroki. Ale to wszystko wydawało się odległe, jakby działo się w innym świecie, w innym czasie.
Zoya wciąż walczyła. Minęły dwie minuty, które wydawały się godzinami. Jej ruchy stawały się coraz słabsze, wyginanie pleców powoli ustępowało drgawkom. Jej oczy, wciąż utkwione w Maise, powoli traciły blask.
Maise nie poruszyła się. Stała w tym samym miejscu, obserwując. Jej dłonie, splecione za plecami, drżały teraz wyraźnie, choć jej twarz pozostawała kamienna.
Trzy minuty. Cztery.
Drzwi rozwarły się gwałtownie i do pokoju wpadł lekarz z pielęgniarką. Brix została odsunięta na bok, dziadek Aiden został popchnięty, gdy medycy rzucili się do łóżka. Rozległy się krótkie, ostre komendy, dźwięk przesuwanego metalu, szuranie tkanin.
Ale było za późno.
Zoya Sterling przestała się ruszać. Jej ręce opadły bezwładnie na kołdrę, jej plecy wreszcie dotknęły materaca. Jej oczy, te orzechowe oczy, które przed chwilą patrzyły z taką miłością na męża i wnuczkę, teraz były puste i nieruchome — wciąż jednak skierowane na Maise.
Maszyna przy łóżku, która monitorowała jej serce, wydała jeden długi, przeciągły dźwięk. Linia na ekranie wygładziła się w prostą.
— Cholera jasna... — szepnął dziadek Aiden, padając na kolana przy łóżku. Jego chude palce sięgnęły po bezwładną dłoń żony. — Nie... do cholery jasnej... nie...
Brix stała jak skamieniała, jej ręce zwisały bezwładnie, a łzy spływały po policzkach, choć sama nie wiedziała, kiedy zaczęła płakać. Patrzyła na babcię — na to, co zostało z babci — i nie mogła pojąć, co się stało. Przed chwilą rozmawiała z nią. Przed chwilą babcia uśmiechała się i mówiła, że ją kocha.
Przed chwilą patrzyła na Maise.
Maise wciąż stała przy ścianie. Jej blada twarz była biała jak porcelana, a jej niebieskie oczy były utkwione w ciele Zoyi. Nie płakała. Nie ruszała się. Po prostu stała i patrzyła, a jej dłonie za plecami wciąż drżały.
Lekarz odwrócił się powoli, zdejmując stetoskop. Jego twarz była poważna, zmęczona.
— Przykro mi — powiedział cicho, choć jego słowa brzmiały jak z innej rzeczywistości. — Zrobiłem wszystko, co mogłem.
Dziadek Aiden nie odpowiedział. Klęczał przy łóżku, trzymając dłoń żony w swoich rękach, i szeptał coś pod nosem — być może modlitwę, być może przekleństwa, być może po prostu jej imię, raz po raz, jak zaklęcie, które mogło przywrócić ją do życia.
Brix podeszła do niego powoli, opadając na kolana obok niego. Jej ręka znalazła ramię dziadka, a jego głowa opadła na jej ramię. Oboje płakali, cicho, bez słów.
Maise nie podeszła. pozostała tam, gdzie stała, jakby jej stopy przykleiły się do podłogi. Jej wzrok wciąż spoczywał na Zoyi — lub na miejscu, gdzie przed chwilą były oczy Zoyi.
W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko szlochami Brix i cichym mamrotaniem dziadka Aidena. Za oknem słońce wreszcie zaszło całkowicie, zostawiając pokój w półmroku, rozświetlonym tylko bladym światłem lampki nocnej.
I w tej ciszy, w tej pustce, Brix poczuła coś więcej niż żałobę. Poczuła lęk.
Bo po raz trzeci w ciągu jednego dnia starsza kobieta umarła w obecności dwóch z trzech przyjaciółek. Po raz trzeci tuż przed śmiercią umierająca patrzyła na jedną z nich, z czymś w oczach, co nie było miłością.
Eleanor patrzyła na Brix i podczas ataku serca umarła z przerażeniem.
Ophelia, cała drżąca patrzyła na Persephone i umarła z trwogą w oczach.
A teraz Zoya patrzyła na Maise — i umarła dławiąc się, walcząc o oddech, jakby widziała coś, czego nie mogła znieść.
Brix uniosła głowę, patrząc na przyjaciółkę przez łzy. Maise stała wciąż w cieniu, jej blada twarz była nieruchoma, ale jej dłonie za plecami drżały mocniej niż kiedykolwiek.
I w tym momencie Brix zrozumiała, że coś jest bardzo nie tak. Że te śmierci nie były przypadkiem. Że te spojrzenia, te reakcje, te ostatnie chwile — wszystko to układało się we wzór, którego nie potrafiła jeszcze odczytać, ale który wypełniał ją chłodem przechodzącym aż do kości.
Dziadek Aiden podniósł głowę, jego niebieskie oczy były czerwone od płaczu, ale wciąż miały w sobie tamtą przenikliwość, która czyniła go tak trudnym do oszukania.
— Cholera jasna — szepnął, patrząc na żonę, a potem na wnuczkę, a potem na Maise stojącą w cieniu. — Co się... do cholery jasnej... co się dzieje?
Brix nie miała odpowiedzi. Mogła tylko patrzeć na ciało babci, na drżące dłonie Maise, i czuć, jak świat, który znała, rozpada się w kawałki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz