czwartek, 30 kwietnia 2026

84.


84

Przeszłość – Brix Sterling

Brix obudziła się przed budzikiem, oczy otworzyły się na szarawe światło wczesnego poranka, które przeciskało się przez zasłony w pasy. Leżała przez moment nieruchomo, słuchając cichego oddechu Zi na żerdki. Papuga była zwinięta w kłębek, czerwone pióra przytulone do ciała jak płomień zgaszone na noc.

Wstała cicho, bosymi stopami dotykając drewnianej podłogi. W łazience lustro odbiło jej twarz — włosy w nieładzie, pod oczami delikatne cienie po nieprzespanej nocy. Myła się szybko, ubierała w swoje ulubione żółte spodenki i zieloną koszulkę z nadrukiem papugi. Kolory, które zazwyczaj poprawiały jej nastrój, dziś wydawały się przygaszone.

W kuchni czekał na nią dziadek Aiden, pochylony nad patelnią z jajecznicą. Jego szare włosy, ścięte w ten charakterystyczny sposób, były jeszcze nieuczesane, sterczały w różnych kierunkach. Noszoną od lat szlafrok wiązał mocno w pasie, jakby chciał się w nim schować.

Cholera jasna, wstałaś wcześniej niż kogut — mruknął, nie odwracając się, ale wiedział, że to ona. Zawsze wiedział.

Brix podeszła do stołu. Na blacie stała misa z owocami, z której zawsze rano jabłko zabierała babcia Zoya. Dziś misa stała nietknięta.

Gdzie babcia? — zapytała, choć w gardle zaciskało się coś zimnego.

Aiden odwrócił się wreszcie, trzymając patelnię w jednej ręce. Jego niebieskie oczy, zawsze tak przenikliwe, dziś wydawały się zmęczone, otoczone fioletowymi cieniami.

Śpi jeszcze. Powiedziała, że głowa ją boli. Cholera jasna, ta jej głowa... — urwał, machnął ręką. — Zostawiam jej herbatę na nocnym stoliku. Jak wstanie, to wypije.

Brix skinęła głową, ale coś w środku podpowiadało jej, że to nie jest zwykły ból głowy. Wczoraj wieczorem, gdy wracała z kina z przyjaciółkami, słyszała przez zamknięte drzwi sypialni dziadków suchy, długi kaszel. Kaszel, który nie brzmiał jak zwykłe przeziębienie.

Może powinnaś zostać w domu? — zaproponował Aiden, nakładając jajecznicę na talerz. — Cholera jasna, wyglądasz jak martwa mucha.

Brix pokiwała głową, sięgając po kromkę chleba, którą dziadek podał jej w milczeniu.

Muszę iść. Mam sprawdzian z chemii. A i tak... — urwała, gryząc w suchy chleb. — Babcia by chciała, żebym szła. Wiecie, jak jest. Cóż miałam rzec, dzieci muszą się uczyć.

Naśladowała głos babci, ten charakterystyczny, dominujący ton, który wypełniał każde pomieszczenie. Aiden prychnął, po raz pierwszy tego ranka coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy.

Cholera jasna, brzmisz jak ona — mruknął.

Brix dokończyła śniadanie w pośpiechu, myjąc talerz i stawiając go do suszarki. Przy wejściu do przedpokoju zatrzymała się, słuchając. Z sypialni dziadków dochodził cichy, rytmiczny dźwięk — babcia Zoya chrapała lekko, jak zawsze gdy spała głęboko. Ale pod tym dźwiękiem, niemal niezauważalny, krył się inny — suchy, urywany oddech.

Brix wzięła plecak i wyszła, nie budząc dziadka, który właśnie zmywał patelnię przy zlewie. Przy drzwiach jeszcze raz spojrzała w kierunku sypialni, jakby chcąc coś zapamiętać.

Na klatce schodowej powietrze było chłodne, wczesnoporanne. Brix zaczęła iść w kierunku przystanku autobusowego, ale po kilku krokach się zatrzymała. Wyjęła telefon i napisała do dziadka:

Zostawiam herbatę babci na cieplejszym piecu, jak się obudzi. Do zobaczenia po szkole. Kocham Was.

Przeczytała wiadomość trzy razy, potem dodała jeszcze jedno zdanie:

Zadzwoń do mnie, jakby coś się zmieniło.

Wcisnęła telefon do kieszeni i pobiegła na przystanek, choć autobus miał przyjechać dopiero za dziesięć minut.

W środku, kiedy już usiadła, znalazła Maise i Persephone na tylnych siedzeniach. Maise siedziała przy oknie, twarz odwrócona ku szkłu, blond włosy splątane i związane w luźny węzeł na karku. Persephone czytała coś na telefonie, brązowe włosy idealnie ułożone, jak zawsze.

Hej — Brix usiadła obok Maise, rzucając plecak na kolana.

Maise odwróciła się, jej niebieskie oczy — dzisiaj wyglądały na jeszcze bardziej puste niż zazwyczaj — przesunęły się po twarzy Brix.

Nie spałaś — stwierdziła, nie pytając.

Brix wzruszyła ramionami.

Babcia jest chora. Kaszle. Głowa ją boli.

Słowa wypadły z niej szybko, mechanicznie, jakby relacjonowała pogodę. Persephone odłożyła telefon, jej brązowe oczy skupiły się na Brix z tą intensywnością, którą zawsze wprowadzała w spojrzenie.

Zapalenie płuc? — zapytała, i jej ton był zbyt logiczny, zbyt opanowany.

Brix zacisnęła dłonie na pasku plecaka.

Nie wiem. Dziadek mówi, że to tylko przeziębienie. Ale... — urwała, patrząc przez okno na przesuwające się domy. — Słyszałam jak kaszlała w nocy. To nie brzmiało jak przeziębienie.

Maise przesunęła dłoń, zamarła przez ułamek sekundy, potem położyła ją na ramieniu Brix. Dotyk był lekki, prawie niezauważalny, ale ciepły. Brix poczuła, jak mięśnie pod skórą reagują na ten gest — najpierw napięcie, potem powolne rozluźnienie.

Zadzwonisz do nich? — zapytała Maise, jej głos cichy, pozbawiony wszystkiego, co mogłoby zabrzmieć jak fałszywa nadzieja.

Brix pokiwała głową, wyciągając telefon z kieszeni. Palec zawisł nad nazwą "Dziadek Aiden" — ten stary, zdjęty w pośpiechu numer, który nigdy nie miał zdjęcia profilowego, tylko szare "A".

Zadzwoniła. Sygnał rozlegał się trzy razy, cztery, pięć. Brix liczyła w głowie, każde piknięcie wbijając się w żołądek jak mały haczyk.

Cholera jasna, co jest? — głos Aidena był niski, zaspany, ale pod spodem kryło się coś jeszcze — napięcie, które Brix rozpoznała natychmiast.

Dziadku, jak babcia? — spytała, i jej własny głos brzmiał obco, zbyt wysoko, zbyt szybko.

Cisza. Długa, ciągnąca się cisza, w której Brix słyszała tylko ciche szumy połączenia i własne serce.

Cholera jasna... — Aiden westchnął, i było w tym westchnieniu coś, co sprawiło, że Brix poczuła, jak zimno zaczyna się rozlewać od mostka w dół. — W szpitalu jest. Atak kaszlu w nocy, nie mogła złapać oddechu. Pojechałem na pogotowie, cholera jasna, sami zabrali.

Słowa dotarły do Brix powoli, jak przez wodę.

Zapalenie płuc? — wyszeptała.

Cholera jasna, lekarze tak mówią. Zapalenie płuc, jakby starości mało było. — Głos Aidena zachwiał się na moment, tylko na ułamek sekundy, ale Brix to usłyszała. — Jest stabilna. Śpi. Ale... cholera jasna, Brix, miałaś być w szkole.

Jadę do ciebie — powiedziała Brix, i nie było to prośbą, a potem pogładziła kciukiem swój tatuaż papużki na nadgarstku.

Brix…

Jadę. Dziadku. — W jej głosie pojawiło się coś, czego rzadko używała — twardość, która nie pozwalała na sprzeciw.

Cisza. Potem:

Cholera jasna, dobra. Czekam.

Rozłączyła się i spojrzała na Maise i Persephone. Obie słuchały, oczy szeroko otwarte — Persephone z idealnie neutralną twarzą, którą zakładała w sytuacjach kryzysowych, Maise z dłonią zaciśniętą na własnym nadgarstku.

Babcia w szpitalu — powiedziała Brix, i słowa zabrzmiały dziwnie w jej ustach, jakby należały do kogoś innego. — Zapalenie płuc. Jadę do dziadka.

Idziemy z tobą — powiedziała Persephone, i była to jej natychmiastowa, logiczna reakcja na kryzys — znajdź rozwiązanie, działaj.

Brix pokręciła głową.

Nie. Muszę... muszę być z dziadkiem. Sami. — Spojrzała przez okno, na mijane już domy, ulice, które znała na pamięć. — Zadzwonię do was później. Obiecuję.

Autobus zatrzymał się na następnym przystanku. Brix wstała, chwiejnie, jakby podłoga się kołysała.

Trzymaj się — powiedziała Maise, i jej głos był cichy, ale dotarł do Brix wyraźniej niż wszystko inne.

Brix skinęła głową, nie odwracając się, i zeszła po schodkach na zewnątrz. Powietrze było chłodne, wczesnoporanne, niosące zapach mokrego asfaltu i dymu z komina sąsiedniego domu. Brix zaczęła iść szybkim krokiem, potem przebiegła przez ulicę, ignorując czerwone światło, które i tak nikogo nie ostrzegało o tej porze.

Mieszkaniedziadków był oddalony o dwadzieścia minut pieszo, ale Brix pokonała dystans w piętnaście. Zatrzymała się przed zielonymi drzwiami, łapiąc oddech, czując, jak serce wali jej w żyłach szybciej niż podczas biegu.

Zapukała. Cisza. Zapukała mocniej.

Drzwi otworzył Aiden, w tym samym szlafroku, włosy jeszcze bardziej nieładne niż rano. W ręku trzymał kubek z herbatą, która dawno przestała parować.

Cholera jasna, myślałem, że mówiłaś, że jedziesz — powiedział, ale cofnął się, wpuszczając ją do środka.

Przesiadłam się na wcześniejszy autobus — skłamała Brix, wchodząc do przedpokoju.

Zapach był inny niż zazwyczaj. Brakowało tej mieszanki perfum babci — lawendy z czymś słodkim, waniliowym — i zapachu świeżo upieczonego chleba, który Zoya piekła niemal codziennie. Powietrze było cięższe, zastygłe, jak w domu, z którego ktoś niedawno wyszedł i nie wrócił.

Jak ona? — zapytała Brix, stając w kuchni. Na stole leżał rozłożony gazetowy krzyżówka, długopis położony na pół rozwiązanego hasła. "Tęsknota - sześć liter, na drugim miejscu 'o'".

Śpi — powiedział Aiden, stając przy zlewie, wpatrując się w kubek w dłoniach. — Dzwoniłem do szpitala godzinę temu. Stabilna. Ale... cholera jasna, Brix, ta jej płuca... — urwał, przełykając. — Lekarz mówił coś o obustronnym zaciekach. Nie wiem, do cholery jasnej, co to znaczy, ale brzmi jak gówno.

Brix podeszła do dziadka. Stał nieruchomo, jakby ciało odmawiało współpracy, jakby każdy ruch wymagał zbyt wiele energii. Jej dłonie same się uniosły, objęły go wokół talii, policzek przytuliła do pleców — kości wyczuwalne nawet przez szlafrok, zapach tytoniu i czegoś głębszego, czego nie potrafiła nazwać.

Aiden sztywniał w jej objęciach, jak zawsze — ten mężczyzna, który nigdy nie umiał przyjąć czułości, jakby dotyk palił go bardziej niż słowa. Ale tym razem, po długiej chwili, jego dłoń uniosła się, opadła na jej dłoń, palce zacisnęły się zbyt mocno, jakby balansował na krawędzi czegoś.

Cholera jasna — powiedział cicho, a jego głos zabrzmiał inaczej, młodziej, jakby ktoś inny mówił przez niego. — Sześćdziesiąt dwa lata, Brix. Sześćdziesiąt dwa lata z tą kobietą. I cholera jasna, wciąż nie wiem, jak żyć bez jej głosu, co wypełnia każde pomieszczenie.

Brix nic nie powiedziała. Trzymała go mocniej, czując, jak jego ciało drży — nie płakał, ten mężczyzna nie płakał od dekad, ale drżenie było gorsze, głębsze, jakby coś w środku się rozrywało.

Powinienem ją wcześniej zawieźć — powiedział Aiden, a jego głos stwardniał, powrócił do tego zimnego rytmu. — Cholera jasna, wczoraj wieczorem kaszlała, mówiłem jej, żeby poszła do łóżka, a ona — 'cóż miałam rzec, Aiden, jeszcze muszę dokończyć tę krzyżówkę'. I cholera jasna, zostawiłem ją.

To nie twoja wina — powiedziała Brix, i słowa zabrzmiały pusto, niewystarczająco.

Aiden prychnął, odwracając się do zlewu, myjąc kubek, który był już czysty.

Cholera jasna, wiem. To jej wina. Zawsze jej wina. Ta kobieta nigdy nie słucha, nigdy nie odpoczywa, zawsze musi wypełniać każde pomieszczenie swoim głosem, swoją obecnością, swoją... — urwał, zaciskając dłonie na brzegu zlewu. — Cholera jasna, Brix. Co ja zrobię, jak jej nie będzie?

To pytanie wisiało w powietrzu, ciężkie, niemożliwe do odpowiedzenia. Brix podeszła do dziadka, stając obok niego przy zlewie. W lustrze nad umywalką widziała ich oboje — jego zgarbioną sylwetkę, jej stojącą zbyt prosto, jakby próbowała udźwignąć coś, co ją przerastało.

Wróci — powiedziała, i nie wiedziała, czy to przepowiednia, czy błaganie. — Babcia jest silna. Zawsze była. Pamiętasz, jak przeżyła to zapalenie wyrostka pięć lat temu? Lekarze mówili, że to cud. A ona potem — 'cóż miałam rzec, Aiden, cud to był, że nie musiałam słuchać twojego marudzenia przez tydzień w szpitalu.'

Aiden prychnął, i tym razem to było prawie jak śmiech.

Cholera jasna, pamiętam. Mówiłem jej, żeby przymknęła ten swój głośny łeb, a ona — 'cóż miałam rzec, Aiden, mój łeb jest mniej głośny niż twoje chrapanie.'

Stali przez chwilę w ciszy, dzieląc ten półśmiech, półwspomnienie. Potem Aiden odwrócił się do niej, jego dłonie — te zawsze nieco zbyt długie paznokcie — uniosły się i opadły na jej ramiona.

Cholera jasna, idź do tej szkoły — powiedział, i jego głos był znowu twardy, ale pod twardością coś drżało. — I nie myśl o niczym. Jak będzie coś ważnego, zadzwonię. Cholera jasna, obiecuję.

Brix skinęła głową. Chciała coś powiedzieć, coś ważnego, coś, co zamknęłoby ten moment w słowach, które mogłaby zabrać ze sobą. Ale Aiden już się odwrócił, wracając do zlewu, do mycia tego samego kubka, do rytuału, który go trzymał w ryzach.

Wyszła cicho, zamykając drzwi tak delikatnie, jakby bała się, że głośny dźwięk rozbije coś w środku.

Na przystanku czekała sama, opierając się o słup ogłoszeniowy z plakatami koncertów, które już dawno minęły. Słońce wznosiło się powoli, oświetlając chodnik złotym światłem, które wydawało się niepasujące do dnia, który się zaczynał.

Autobus przyjechał z charakterystycznym sykiem hamulców. Brix wsiadła, pokazując bilet, i przeszła do tyłu, gdzie zawsze siedziały Maise i Persephone.

Znalazła je na tym samym miejscu — Maise przy oknie, twarz odwrócona ku światłu, Persephone z telefonem w dłoniach. Ale kiedy Brix się pojawiła, obie podniosły wzrok z tym samym pytaniem w oczach.

Jak? — zapytała Persephone, i jej logiczny umysł szukał natychmiastowej odpowiedzi, kategoryzacji, planu działania.

Brix opadła na siedzenie obok Maise. Powietrze w autobusie było duszne, przesycone zapachem gumiaków i czyjegoś perfum.

W szpitalu — powiedziała, i słowo zabrzmiało obco, jakby odnosiło się do kogoś, kogo nie znała. — Zapalenie płuc. Dziadek zabrał ją w nocy, kiedy nie mogła złapać oddechu.

Maise przesunęła się bliżej, jej ramię dotykając ramienia Brix. Było to tak lekkie, że mogło być przypadkiem, ale Brix wiedziała, że nie było. Maise nigdy nie robiła niczego przypadkiem.

Zadzwoniłaś? — zapytała cicho.

Do dziadka. Rano. Powiedział, że jest stabilna. — Brix oparła głowę o oparcie siedzenia, czując, jak autobus wibruje pod nią. — Ale słyszałam go, Maise. Ten jego głos. On się boi.

Persephone pochyliła się do przodu, jej twarz pojawiając się w polu widzenia Brix.

Co potrzebujesz? — zapytała bezpośrednio, i to pytanie było tak typowe dla niej — nie "jak się czujesz", nie "czy mogę pomóc", ale konkret, plan, rozwiązanie.

Brix zamknęła oczy.

Nie wiem. Być może... po prostu bądźcie.

Zawsze — powiedziała Maise, i było to jedno słowo, ale wypowiedziane z taką pewnością, że Brix niemal uwierzyła.

Autobus zatrzymał się przy szkole. Brix wstała, czując, jak nogi odmawiają posłuszeństwa, jak całe ciało ciąży ku ziemi, jakby coś je przyciągało w dół.

Hej — Persephone złapała ją za rękaw, jej dotyk krótki, precyzyjny. — Zadzwoń, jakby cokolwiek. Nawet o trzeciej w nocy. Logicznie rzecz biorąc, sen jest i tak iluzją produktywności.

Brix prychnęła, i to było dziwne — ten dźwięk, wyrwany z niej bez zgody, półuśmiech, półwestchnienie.

Dzięki, Perse.

Maise stała nieco z boku, jej blond włosy rozwiewane przez wiatr. Uniosła dłoń — nie fala, nie gest, tylko uniesienie, jakby dotykała czegoś niewidzialnego między nimi. Brix zrozumiała.

Dzień w szkole minął jak przez mgłę. Brix siedziała na lekcjach, otwierała zeszyty, zapisywała, co mówił nauczyciel, ale nic nie docierało. W głowie miała tylko obraz babci — nie tę z dzieciństwa, zawsze energiczną, głośną, wypełniającą każde pomieszczenie swoją obecnością, ale tę z ostatnich tygodni. Zmęczoną. Kaszlącą. Mówiącą "cóż miałam rzec" rzadziej niż zwykle.

Na przerwie sprawdziła telefon. Brak wiadomości od dziadka. To było dobre, prawda? Gdyby było źle, zadzwoniłby.

Ale może nie miał siły?

Może był zajęty?

Może...

Zadzwoniła. Bez dźwięku, bez wibracji, telefon wyświetlił "Dziadek Aiden" i Brix przyłożyła go do ucha, czując, jak serce wali w skronie.

Cholera jasna, co teraz? — głos Aidena był zmęczony, ale pod spodem coś innego — ulga?

Wszystko dobrze?

Cisza. Potem:

Tak. Śpi. Lekarze mówią, że jak przeżyje noc, to będzie lepiej. Cholera jasna, to brzmi jak wyrok, nie?

Brix zamknęła oczy, opierając się o ścianę korytarza.

Przyjadę po szkole.

Nie musisz...

Przyjadę.

Aiden westchnął, i tym razem w tym westchnieniu było coś innego — nie tylko zmęczenie, ale coś, co mogło być wdzięcznością.

Cholera jasna, dobra. Czekam.

Reszta dnia minęła szybciej niż rano. Brix pakowała się po ostatniej lekcji, gdy zadzwonił telefon. Numer nieznany, ale kierunkowy lokalny.

Halo?

Pani Sterling? — żeński głos, profesjonalny, uprzejmy.

Tak.

Tu szpital miejski, oddział pulmonologiczny. Dzwonię w sprawie pani Zoyi Sterling, pani babci...

Serce Brix zamarło, dosłownie, fizycznie — jedno uderzenie, potem pauza, zbyt długa, zbyt głośna w jej uszach.

...chcieliśmy poinformować, że stan pacjentki uległ nagłemu pogorszeniu. Lekarz prowadzący prosi o jak najszybsze przybycie rodziny...

Brix nie słyszała reszty. Telefon wypadł jej z dłoni, uderzył o podłogę z tłumionym brzękiem. Stała nieruchomo, czując, jak świat się kurczy, jak wszystko dźwięki, kolory, zapachy — odchodzą gdzieś w dal, zostawiając ją w pustce.

Ktoś ją dotknął. Ramię, ciepło. Persephone, czytając coś w jej oczach, zanim jeszcze Brix otworzyła usta.

Co się stało? — zapytała, i jej logiczny umysł już szukał rozwiązania, planu, następnego kroku.

Brix otworzyła usta, ale z siebie wydobył się tylko dźwięk — nie słowo, tylko coś pomiędzy łkaniem a wdechem, coś, co nigdy wcześniej nie wyszło z jej gardła.

Babcia — wyszeptała w końcu, i te dwa sylaby były cięższe niż wszystko, co kiedykolwiek powiedziała. — Szpital. Pogorszenie. Muszę... muszę...

Nie dokończyła. Persephone już trzymała jej telefon, sprawdzając, co zdążyła zobaczyć przed upadkiem. Maise pojawiła się znikąd, jej zwykle nieruchoma twarz poruszyła się czymś — nie zmartwieniem, coś głębszego, czego Brix nie potrafiła nazwać.

Jedziemy — powiedziała Persephone, i było to stwierdzenie, nie pytanie.

Nie, ja... — Brix próbowała protestować, ale jej głos zawodził, łamał się na kawałki.

Maise położyła dłoń na jej ramieniu — ten sam gest co rano w autobusie, ale teraz mocniejszy, bardziej zdecydowany.

Jedziemy — powtórzyła, i jej cichy głos nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

Brix spojrzała na nie — Persephone z perfekcyjnie ułożonymi włosami, które nagle wydawały się nie na miejscu, z tym jej logicznym spojrzeniem, które teraz kryło coś innego; Maise z rozwianymi blond włosami, w ciemnych ubraniach, które wydawały się jeszcze ciemniejsze niż zazwyczaj, z dłonią, która nadal spoczywała na ramieniu Brix jak obietnica.

Cholera jasna — wyszeptała, nie wiedząc, czy naśladuje dziadka, czy wzywa jego siłę. — Dobra. Jedziemy.

Wsiadły do pierwszego lepszego taksówki, które Persephone zamówiła z aplikacji z charakterystyczną dla siebie efektywnością. Kierowca, mężczyzna w średnim wieku z zapachiem kawy i papierosów, spojrzał na nie w lusterku, ale coś w ich twarzach — w twarzy Brix, która wpatrywała się w przesuwające się za oknem domy bez ich widzenia — sprawiło, że nie zagaił rozmowy.

Brix trzymała telefon w dłoniach, wciąż wyświetlając ostatnią rozmowę — "Dziadek Aiden", godzina 6:47 rano, trwająca 4 minuty 23 sekundy. Cztery minuty, które wydawały się teraz czymś z innego życia, z czasów, gdy babcia wciąż była w szpitalu, ale stabilna, gdy śpi, gdy jest nadzieja.

Teraz nie było już stabilności.

Brix zamknęła oczy, czując, jak autobus — nie, taksówka — skręca, hamuje, rusza. Persephone mówiła coś do kierowcy, jej głos niski, kontrolowany. Maise siedziała po drugiej stronie Brix, blisko, ale nie dotykając — ten dystans, który zawsze utrzymywała, nawet gdy oferowała wsparcie.

Szpital pojawił się nagle, wielki, szary budynek, który Brix znała z dzieciństwa — z wizyt u dentysty, z zszywania rozciętego łuku po upadku z drzewa, z tego jednego razu, gdy babcia miała zapalenie wyrostka i obiecała Brix loda każdego dnia przez miesiąc, jeśli przestanie płakać.

Teraz płakać nie mogła. Nie tu. Nie jeszcze.

Wysiadła z taksówki, nogi niosąc ją same, chociaż czuła je jak cudze. Persephone zapłaciła, zawsze ta efektywność, zawsze to logiczne działanie w chaosie. Maise szła obok Brix, jej kroki ciche, prawie niesłyszalne na szpitalnym chodniku.

W środku zapach — ten szpitalny, nie do pomylenia z niczym innym, mieszanka dezynfekcji, strachu i czekania. Brix podeszła do recepcji, jej głos wydawał się dochodzić z daleka, kiedy podawała nazwisko babci, swoje dane, relację rodzinną.

Oddział pulmonologiczny, piętro trzecie — powiedziała recepcjonistka, kobieta z ciepłym głosem i zmęczonymi oczami. — Windą na prawo.

W windzie Brix patrzyła na swoje odbicie w lustrzanych drzwiach — dziewczyna w żółtych szortach i zielonej koszulce, z włosami w nieładzie i oczami, które wydawały się zbyt duże dla twarzy. Obok niej Persephone, idealnie ubrana, jak na spotkanie biznesowe, nie na szpitalny korytarz. I Maise, w swoich ciemnych ubraniach, niemal zlewająca się z cieniami w kącie windy.

Drzwi się otworzyły. Korytarz, długi, z białymi ścianami i drzwiami po obu stronach. Zapach jeszcze silniejszy tutaj, chemiczny, medyczny. Brix szła, nie wiedząc, gdzie iść, aż zobaczyła go — dziadka Aidena, siedzącego na plastikowym krześle pod ścianą, zgarbionego, mniejszego niż kiedykolwiek go widziała.

Podniósł wzrok, gdy ją zobaczył. Jego oczy — niebieskie, przenikliwe, zawsze tak pełne tej surowej inteligencji — były czerwone, otoczone ciemnymi cieniami. Nie płakał, ten mężczyzna nigdy nie płakał, ale jego oczy mówiły wszystko, czego słowa nie potrafiły.

Cholera jasna — wyszeptał, i jego głos był grubszy niż zazwyczaj, jakby coś w nim pękło. — Przyszłaś.

Brix padła na kolana przed nim, nie przejmując się plastikową podłogą, bakteriami, niczym. Objęła go, tak mocno jak rano, jeszcze mocniej, czując, jak jego ciało drży — to samo drżenie, ale teraz silniejsze, niekontrolowane.

Jak się czuje? — wyszeptała w jego szlafrok, w ten zapach tytoniu i strachu, który był teraz częścią niego.

Aiden nie odpowiedział od razu. Jego dłonie powoli, niechętnie, uniosły się i opadły na jej plecy. Trzymał ją jak kogoś, kto właśnie tonie, jak ostatni punkt orientacyjny w świecie, który się rozpadł.

Cholera jasna, Brix — powiedział w końcu, a jego głos był cichy, niemal niesłyszalny. — Lekarze mówią, że... że jej płuca. Zapalenie jest zaawansowane. Obustronne. Cholera jasna, nie wiem, co to znaczy, ale brzmi jak... — urwał, jego dłonie zacisnęły się na plecach Brix. — Mówią, że jest słaba. Bardzo słaba. I że... że może być różnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov