3
Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność, jak szlak żółtej, wypłowiałej wykładziny, którą czas połaskotał do czerwoności. Brix szła pierwsza, jej kolorowa kurtka — ta z żółcią i zielenią, którą zakładała zawsze, gdy chciała poczuć się widoczna — rzucała na ściany niestabilne plamy światła z jej telefonu. Zi siedziała na jej ramieniu, czerwono-pomarańczowe pióra nabrzmiałe jak u ptaka, który wyczuł burzę, choć za oknami panował bezruch liści.
— Dalej? — Brix odwróciła się do pozostałych, jej głos rozpadł się na echa, jakby korytarz połknął słowa i zwrócił je wzmocnione, zniekształcone.
Persephone szła o krok za nią, jej elegancka sylwetka — te proste brązowe włosy, które nigdy nie wymykały się z ułożenia — wydawała się nie pasować do otoczenia, jakby ktoś wstawił figurkę z porcelany do szafy z butami. Jej dłonie, zawsze złożone w pewny sposób, teraz zaciskały się na skórze torebki, białe kłykcie wystawały jak u kogoś, kto próbuje utrzymać coś w środku — czy to zawartość torebki, czy własne myśli.
— Pokój 313 — powtórzyła Persephone, jakby sama sobie przypominała cel, nie odpowiadając na pytanie Brix.
Maise szła na końcu, jej blond włosy, te kręcone i nieokiełznane, pochłaniały światło zamiast go odbijać. Szła w specyficzny sposób — nie płynnie, jak Persephone, ani energicznie, jak Brix, ale z jakąś opieszałością, jakby każdy krok wymagał negocjacji z własnym ciałem. Jej szara kurtka, minimalistyczna do granic możliwości, sprawiała wrażenie czegoś, co mogłoby wisieć w pustym garderobie — obecne przez swoją nieobecność.
Korytarz skręcił w lewo, a Brix zatrzymała się nagle. Zi sztywniała na jej ramieniu, czerwone pióra na karku wstały na baczność, a ptak wydawał z siebie ciche, przerwane dźwięki — nie krzyk, ale coś między stężeniem a ostrzeżeniem.
— Co jest? — Brix spojrzała na papugę, potem w kierunku, w którym Zi wpatrywała się niezrażona.
Drzwi. Zwykłe drzwi pokoju, numer 215, zamknięte, zwykłe. Ale Zi patrzyła na nie, jakby za nimi stało coś, co tylko ona mogła dostrzec — lub wyczuć. Jej dziób otwierał się i zamykał bez dźwięku, a pomarańczowe oczy — te, które zwykle błyszczały figlarnie — teraz wyglądały na stare, jak u ptaka, który widział zbyt wiele.
— Brix? — głos Persephone rozległ się zbyt głośno w korytarzu, a Brix drgnęła.
— Nic — odpowiedziała za szybko, zbyt lekko, jej uśmiech pojawił się jak naklejka. — Zi po prostu... widzi myszy, pewnie.
Ale nie odrywała wzroku od drzwi. Zi wreszcie odwróciła głowę, ale pióra wciąż drżały, jakby ptak próbował pozbyć się czegoś, co wniknęło pod skórę.
Ruszyli dalej, ale tempo zmieniło się — niechcący, niezauważalnie, ale każda z nich szła teraz bliżej środka korytarza, dalej od drzwi pokojów. Kroki odbijały się echem, ale echo brzmiało inaczej — jakby korytarz był dłuższy, niż wydawał się na początku.
Persephone zatrzymała się nagle, jej ciało sztywne, jakby coś wewnętrznego ją zatrzymało zanim zdążyła sama podjąć decyzję. Przed nimi otwierało się wnętrze holu głównego — nie to, przez które weszły, ale boczne przejście, ukryte za zasłoną kurzu i zapomnienia. Wysokie okna wpuszczały światło zachodzącego słońca, które oświetlało unoszącą się w powietrzu kurz — złote, nieruchome drobiny, jakby czas w tym miejscu naprawdę się zatrzymał.
W centrum holu stało lustro. Nie to, które powinno tam być — nie eleganckie, ozdobne lustro z czasów świetności hotelu — ale coś innego. Wysokie, wąskie, w ciemnej, zniszczonej ramie, jakby ktoś przyniósł je z innego miejsca, z innego czasu, i postawił tu, czekając.
Maise podeszła do niego pierwsza. Jej kroki — te opieszałe, negocjowane — nabrały jakoś innego rytmu, jakby ciało znało drogę, której umysł jeszcze nie odkrył.
Stała przed lustrem. W blasku zachodzącego słońca jej twarz — ta łagodna, niemal dziecięca, z niebieskimi oczami, które potrafiły być puste lub zbyt intensywne — wydawała się inna. Nie dlatego, że światło ją zmieniało. Ale dlatego, że Maise patrzyła na siebie, jakby widziała coś więcej niż tylko odbicie.
Jej palec wskazujący uniósł się powoli, jak podniesiony przez niewidzialną nić. Dotknęła szkła — nie swojego odbicia, ale czegoś poza nim, czegoś, co znajdowało się za lustrem, w przestrzeni, której nie powinno być.
— Maise? — głos Brix brzmiał zbyt głośno, zbyt natarczywie, jak zawsze, gdy czuła, że coś się dzieje, czego nie rozumie.
Maise nie odpowiedziała. Jej palec wciąż dotykał szkła, a niebieskie oczy — te, które mogły być puste — teraz były czymś zupełnie innym. Przepełnione. Rozszerzone. Widzące.
Persephone podeszła bliżej, jej kroki precyzyjne, kontrolowane, jak zawsze. Ale gdy stanęła obok Maise, jej dłonie — te, które zaciskały się na torebce — teraz zwisały bezwładnie, jakby zapomniały swojego zadania.
— Co widzisz? — zapytała Persephone. Jej głos był cichy, ale nie szeptem — raczej tonem kogoś, kto wie, że głośniejsze słowa mogą coś przerwać.
Maise odwróciła głowę powoli, jakby ruch wymagał ogromnego wysiłku. Jej twarz — ta łagodna, dziecięca — wydawała się starsza teraz, jakby lata, których nie przeżyła, nagle na nią spadły.
— Widzę — zaczęła, jej głos brzmiał obco, jak echo w pustym pokoju — że tu byłam.
Zapadła cisza. Nie ta cisza, która panuje, gdy nikt nie mówi — ale ta głębsza, która wypełnia przestrzeń między słowami, gdy słowa stają się zbyt ciężkie, by je wypowiadać.
Brix otworzyła usta, by coś powiedzieć — jej instynkt, ten, który zawsze wypychał słowa, gdy czuła napięcie — ale tym razem nic nie wyszło. Zi, która zwykle reagowała na każdą zmianę nastroju, siedziała nieruchomo, czerwone pióra wygładzone, jakby ptak również czekał.
— Kiedy? — zapytała wreszcie Persephone. Jej głos był stabilny, ten sam ton, który używała w pracy, gdy analizowała dane — ale jej palce zacisnęły się na torebce z taką siłą, że skóra na kostkach zbielała.
Maise odwróciła się z powrotem do lustra. Jej odbicie — to samo, które widziały wszystkie, to samo, które powinno być tylko odbiciem — teraz wydawało się czekać. Nie ruszało się, gdy Maise się ruszała. Albo ruszało się z opóźnieniem, tak subtelnym, że niemożliwym do zmierzenia.
— Nie wiem — odpowiedziała Maise, a jej głos był znowu jej własny, ten zwykły, opieszały, jakby słowa musiały przedostać się przez warstwę bawełny. — Może nigdy. Może zawsze.
Brix podeszła do lustra, jej kroki głośne, niezgrabne w porównaniu do płynności Maise. Stanęła obok przyjaciółki, jej kolorowa kurtka rzucając plamę żółci na ciemną ramę lustra.
— To tylko lustro — powiedziała, i w jej głosie była ta nuta, którą zawsze wkładała, gdy próbowała przekonać samą siebie — za głośno, za pewnie, za szybko. — Stare, zakurzone lustro w opuszczonym hotelu. Nic więcej.
Ale jej oczy — te bursztynowe, zawsze otwarte, zawsze szukające kontaktu — przesunęły się do odbicia Maise. I przez ułamek sekundy, tak krótki, że później mogłaby wmówić sobie, że to zasłona kurzu, zasłona zmęczenia, zasłona czegokolwiek innego — Brix widziała, jak odbicie Maise się uśmiecha.
Ale Maise nie uśmiechała się.
Brix mrugnęła. Odbicie było z powrotem normalne, nieruchome, czekające. Ale drżenie w jej rękach, to, którego nie mogła kontrolować, pozostało.
— Pokój 313 — powtórzyła Persephone, jakby słowa mogły przerwać to, co wisiało w powietrzu. Jej głos był twardy, praktyczny, ten sam ton, który używała, gdy dane nie zgadzały się z prognozami. — Idziemy.
Ruszyły dalej, ale rytm się zmienił. Maise szła teraz za Persephone, nie obok, jakby chciała zachować dystans od lustra, od siebie, od tego, co mogła zobaczyć. Brix szła na końcu, Zi ciężka na jej ramieniu, papuga nieswoja, cicho, bez charakterystycznych dźwięków, które zwykle wypełniały ciszę.
Korytarz rozgałęział się, a Persephone skręciła w prawo, bez wahania, jakby wewnętrzny kompas wskazywał kierunek. Albo jakby ktoś już wcześniej pokazał jej drogę.
— Jak wiesz, którędy? — zapytała Brix, jej głos zabrzmiał głośniej, niż zamierzała, odbijając się od ścian.
Persephone nie zwalniała kroku.
— Numeracja — odpowiedziała, jej głos równy, matematyczny. — Pokoje 300-320 są w tym skrzydle. Logika budynku.
Ale jej ręce, te, które trzymały torebkę, wciąż były zaciśnięte, a ramiona — napięte pod eleganckim materiałem marynarki.
Korytarz stawał się węższy, sufity niższe, jakby budynek zaciskał się wokół nich. Światło z okien, te, które jeszcze nie były zasłonięte blachą lub deskami, stawało się pomarańczowe, złote — zmierzch wdzierał się do środka, nie pytając o pozwolenie.
Zi poruszyła się nagle, czerwone pióra zaszeleściły jak suchy liść. Papuga odwróciła głowę w lewo, w stronę zamkniętych drzwi pokoju 302. Jej dziób otworzył się, zamknął — bez dźwięku, tylko ruch, tylko instynkt.
— Zi? — Brix podniosła rękę, dotknęła piór na karku papugi. Były nabrzmiałe, sztywne, jak u ptaka gotowego do walki. Albo do ucieczki.
Ale Zi nie odrywała wzroku od drzwi. Jej oczy — te ciemne, błyszczące — wydawały się skupione na czymś, co znajdowało się po drugiej stronie drewna, za grubą warstwą farby i zapomnienia.
— To tylko pusty pokój — powiedziała Brix, głośno, za głośno, jej głos rozpadł się na echa, które brzmiały jak śmiech, jakby korytarz się z niej naigrywał.
Ale jej ręka, ta, która głaskała Zi, drżała. I gdy papuga wreszcie odwróciła głowę, w jej oczach Brix widziała coś, czego nie potrafiła nazwać — nie strach, nie to. Świadomość. Jakby Zi wiedziała, że Brix nie widzi, że Brix nie rozumie, i to wiedzenie było cięższe niż jakiekolwiek przerażenie.
Ruszyli dalej, ale atmosfera się zmieniła. Nawet Persephone szła teraz bliżej ściany, jej eleganckie buty stukały cicho, jakby próbowała zminimalizować swój ślad. Maise szła za nią, jej blond włosy, te kręcone, pochłaniały ostatnie promienie światła, sprawiając, że wydawała się nieco mniej realna, nieco bardziej jak odbicie, które mogłoby zniknąć, gdyby ktoś mrugnął.
I wtedy zobaczyły to.
Hol główny — nie ten, przez które weszły, ale jego bok, ukryta część, którą pamięć budynku wciąż strzegła. Wysokie okna, te z łukowatymi podziałami, wpuszczały światło zachodzącego słońca, które oświetlało unoszącą się w powietrzu kurz — złote, nieruchome drobiny, jakby czas w tym miejscu naprawdę się zatrzymał.
W centrum holu stało lustro. Nie to, które powinno tam być — nie eleganckie, ozdobne lustro z czasów świetności hotelu — ale coś innego. Wysokie, wąskie, w ciemnej, zniszczonej ramie, jakby ktoś przyniósł je z innego miejsca, z innego czasu, i postawił tu, czekając.
Maise podeszła do niego pierwsza. Jej kroki — te opieszałe, negocjowane — nabrały jakoś innego rytmu, jakby ciało znało drogę, której umysł jeszcze nie odkrył.
Stała przed lustrem. W blasku zachodzącego słońca jej twarz — ta łagodna, niemal dziecięca, z niebieskimi oczami, które potrafiły być puste lub zbyt intensywne — wydawała się inna. Nie dlatego, że światło ją zmieniało. Ale dlatego, że Maise patrzyła na siebie, jakby widziała coś więcej niż tylko odbicie.
Jej palec wskazujący uniósł się powoli, jak podniesiony przez niewidzialną nić. Dotknęła szkła — nie swojego odbicia, ale czegoś poza nim, czegoś, co znajdowało się za lustrem, w przestrzeni, której nie powinno być.
— Maise? — głos Brix brzmiał zbyt głośno, zbyt natarczywie, jak zawsze, gdy czuła, że coś się dzieje, czego nie rozumie.
Maise nie odpowiedziała. Jej palec wciąż dotykał szkła, a niebieskie oczy — te, które mogły być puste — teraz były czymś zupełnie innym. Przepełnione. Rozszerzone. Widzące.
Persephone podeszła bliżej, jej kroki precyzyjne, kontrolowane, jak zawsze. Ale gdy stanęła obok Maise, jej dłonie — te, które zaciskały się na torebce — teraz zwisały bezwładnie, jakby zapomniały swojego zadania.
— Co widzisz? — zapytała Persephone. Jej głos był cichy, ale nie szeptem — raczej tonem kogoś, kto wie, że głośniejsze słowa mogą coś przerwać.
Maise odwróciła głowę powoli, jakby ruch wymagał ogromnego wysiłku. Jej twarz — ta łagodna, dziecięca — wydawała się starsza teraz, jakby lata, których nie przeżyła, nagle na nią spadły.
— Widzę — zaczęła, jej głos brzmiał obco, jak echo w pustym pokoju — że tu byłam.
Zapadła cisza. Nie ta cisza, która panuje, gdy nikt nie mówi — ale ta głębsza, która wypełnia przestrzeń między słowami, gdy słowa stają się zbyt ciężkie, by je wypowiadać.
Brix otworzyła usta, by coś powiedzieć — jej instynkt, ten, który zawsze wypychał słowa, gdy czuła napięcie — ale tym razem nic nie wyszło. Zi, która zwykle reagowała na każdą zmianę nastroju, siedziała nieruchomo, czerwone pióra wygładzone, jakby ptak również czekał.
— Kiedy? — zapytała wreszcie Persephone. Jej głos był stabilny, ten sam ton, który używała w pracy, gdy analizowała dane — ale jej palce zacisnęły się na torebce z taką siłą, że skóra na kostkach zbielała.
Maise odwróciła się z powrotem do lustra. Jej odbicie — to samo, które widziały wszystkie, to samo, które powinno być tylko odbiciem — teraz wydawało się czekać. Nie ruszało się, gdy Maise się ruszała. Albo ruszało się z opóźnieniem, tak subtelnym, że niemożliwym do zmierzenia.
— Nie wiem — odpowiedziała Maise, a jej głos był znowu jej własny, ten zwykły, opieszały, jakby słowa musiały przedostać się przez warstwę bawełny. — Może nigdy. Może zawsze.
Brix podeszła do lustra, jej kroki głośne, niezgrabne w porównaniu do płynności Maise. Stanęła obok przyjaciółki, jej kolorowa kurtka rzucając plamę żółci na ciemną ramę lustra.
— To tylko lustro — powiedziała, i w jej głosie była ta nuta, którą zawsze wkładała, gdy próbowała przekonać samą siebie — za głośno, za pewnie, za szybko. — Stare, zakurzone lustro w opuszczonym hotelu. Nic więcej.
Ale jej oczy — te bursztynowe, zawsze otwarte, zawsze szukające kontaktu — przesunęły się do odbicia Maise. I przez ułamek sekundy, tak krótki, że później mogłaby wmówić sobie, że to zasłona kurzu, zasłona zmęczenia, zasłona czegokolwiek innego — Brix widziała, jak odbicie Maise się uśmiecha.
Ale Maise nie uśmiechała się.
Brix mrugnęła. Odbicie było z powrotem normalne, nieruchome, czekające. Ale drżenie w jej rękach, to, którego nie mogła kontrolować, pozostało.
— Pokój 313 — powtórzyła Persephone, jakby słowa mogły przerwać to, co wisiało w powietrzu. Jej głos był twardy, praktyczny, ten sam ton, który używała, gdy dane nie zgadzały się z prognozami. — Idziemy.
Ruszyły dalej, ale rytm się zmienił. Maise szła teraz za Persephone, nie obok, jakby chciała zachować dystans od lustra, od siebie, od tego, co mogła zobaczyć. Brix szła na końcu, Zi ciężka na jej ramieniu, papuga nieswoja, cicho, bez charakterystycznych dźwięków, które zwykle wypełniały ciszę.
Korytarz rozgałęział się, a Persephone skręciła w prawo, bez wahania, jakby wewnętrzny kompas wskazywał kierunek. Albo jakby ktoś już wcześniej pokazał jej drogę.
— Jak wiesz, którędy? — zapytała Brix, jej głos zabrzmiał głośniej, niż zamierzała, odbijając się od ścian.
Persephone nie zwalniała kroku.
— Numeracja — odpowiedziała, jej głos równy, matematyczny. — Pokoje 300-320 są w tym skrzydle. Logika budynku.
Ale jej ręce, te, które trzymały torebkę, wciąż były zaciśnięte, a ramiona — napięte pod eleganckim materiałem marynarki.
Korytarz stawał się węższy, sufity niższe, jakby budynek zaciskał się wokół nich. Światło z okien, te, które jeszcze nie były zasłonięte blachą lub deskami, stawało się pomarańczowe, złote — zmierzch wdzierał się do środka, nie pytając o pozwolenie.
Zi poruszyła się nagle, czerwone pióra zaszeleściły jak suchy liść. Papuga odwróciła głowę w lewo, w stronę zamkniętych drzwi pokoju 302. Jej dziób otworzył się, zamknął — bez dźwięku, tylko ruch, tylko instynkt.
— Zi? — Brix podniosła rękę, dotknęła piór na karku papugi. Były nabrzmiałe, sztywne, jak u ptaka gotowego do walki. Albo do ucieczki.
Ale Zi nie odrywała wzroku od drzwi. Jej oczy — te ciemne, błyszczące — wydawały się skupione na czymś, co znajdowało się po drugiej stronie drewna, za grubą warstwą farby i zapomnienia.
— To tylko pusty pokój — powiedziała Brix, głośno, za głośno, jej głos rozpadł się na echa, które brzmiały jak śmiech, jakby korytarz się z niej naigrywał.
Ale jej ręka, ta, która głaskała Zi, drżała. I gdy papuga wreszcie odwróciła głowę, w jej oczach Brix widziała coś, czego nie potrafiła nazwać — nie strach, nie to. Świadomość. Jakby Zi wiedziała, że Brix nie widzi, że Brix nie rozumie, i to wiedzenie było cięższe niż jakiekolwiek przerażenie.
Ruszyli dalej, ale atmosfera się zmieniła. Nawet Persephone szła teraz bliżej ściany, jej eleganckie buty stukały cicho, jakby próbowała zminimalizować swój ślad. Maise szła za nią, jej blond włosy, te kręcone, pochłaniały ostatnie promienie światła, sprawiając, że wydawała się nieco mniej realna, nieco bardziej jak odbicie, które mogłoby zniknąć, gdyby ktoś mrugnął.
I wtedy zobaczyły to.
Hol główny — nie ten, przez które weszły, ale jego bok, ukryta część, którą pamięć budynku wciąż strzegła. Wysokie okna, te z łukowatymi podziałami, wpuszczały światło złote, pomarańczowe, czerwone — zachód słońca malował wnętrze jakiegoś dawnego kościoła, gdzie kurz był kadzidłem, a cienie — wiernymi.
W centrum, jakby czekając, stało lustro.
Brix zatrzymała się, Zi zesztywniała na jej ramieniu. Nie to lustro, które widziała wcześniej — nie to w korytarzu. To było inne. Wyższe, węższe, w ramie, która wyglądała na wykonaną z czegoś, co kiedyś było drewnem, a teraz było tylko teksturą, wspomnieniem materiału.
Ale to, co w nim było — to, co Brix widziała — nie było jej odbiciem.
W lustrze stała ona sama, Zi na ramieniu, Persephone i Maise za nią — ale światło było inne. Ciemniejsze. I Zi w lustrze — ta druga Zi, odbiciowa Zi — nie siedziała. Latała, czerwone pióra rozłożone, dziób otwarty w krzyku, który nie docierał do tej strony lustra.
Brix mrugnęła. Odbicie było z powrotem normalne. Zi siedziała, spokojna, czerwone pióra gładkie.
— Brix? — głos Persephone, zbyt bliski, zbyt realny.
— Nic — powiedziała Brix, za szybko, za głośno. — Patrzę się na to głupie lustro.
Ale jej ręka, ta, która głaskała Zi, drżała. I gdy odwróciła się, by spojrzeć na przyjaciółki, zobaczyła, że Maise już tam jest.
Maise stała przed lustrem. Nie widziały, jak podeszła — czy podeszła w ogóle, czy po prostu tam była, czekając. Jej blond włosy, te kręcone, pochłaniały światło zachodu, sprawiając, że wydawała się częścią tego pomarańczowego blasku, jakby była własnoręcznie wycięta z tego samego materiału, co promienie słoneczne.
Wpatrywała się w swoje odbicie. Jej twarz — ta łagodna, niemal dziecięca — była teraz nieruchoma, jak maska. Ale jej oczy — te niebieskie, które mogły być puste lub zbyt intensywne — były teraz czymś trzecim. Czymś, czego Brix nie potrafiła nazwać.
Maise uniosła rękę. Powoli, jak pod wodą, jak we śnie. Jej palec wskazujący wyciągnął się ku szkłu — nie ku własnemu odbiciu, ale ku czemuś za nim, ku przestrzeni, która nie powinna istnieć.
Palec dotknął lustra.
Dźwięk — czy to był dźwięk? — wypełnił hol. Nie echo, nie odbicie. Coś innego. Coś, co Brix poczuła w kościach, zanim jej uszy to zarejestrowały. Zi sztywniała na jej ramieniu, czerwone pióra wstały na baczność, a papuga wydawała z siebie ciche, przerwane dźwięki — ostrzeżenie, które Brix już rozumiała.
Maise nie odrywała palca od lustra. Jej oczy — te niebieskie — były teraz zamglone, jakby patrzyła na coś, czego nie było w tym pomieszczeniu, czego może nie było w tym czasie.
— Maise — Persephone podeszła bliżej, jej kroki precyzyjne, kontrolowane, ale Brix widziała, że jej dłonie — te, które zawsze trzymały torebkę — teraz wisiały bezwładnie, jakby zapomniały swojego zadania. — Maise, puść.
Maise nie reagowała. Jej palec wciąż dotykał lustra, a jej twarz — ta łagodna, dziecięca — była teraz nieruchoma, jak maska woskowa.
— Widzę — powiedziała wreszcie, jej głos brzmiał obco, jak echo w pustym pokoju — że tu byłam.
Te same słowa. Te same, które Brix słyszała wcześniej, gdy patrzyła w lustro, gdy widziała tamtą drugą Zi, latającą, krzyczącą. Czy to było to samo lustro? Czy były dwa? Czy wszystkie lustra w tym hotelu były tym samym lustrem?
Brix otworzyła usta, by zadać którekolwiek z tych pytań, ale jej głos nie wyszedł. Zi poruszyła się na jej ramieniu, czerwone pióra szepcząc o czymś, czego Brix nie mogła usłyszeć.
Maise wreszcie odwróciła się od lustra. Jej palec oderwał się od szkła z dźwiękiem, który mógł być przylgnięciem, a mógł być bólem — Brix nie potrafiła rozróżnić. Maise spojrzała na nie, na Brix, na Persephone, i jej oczy — te niebieskie, które mogły być puste — były teraz przepełnione czymś, czego Brix nie potrafiła nazwać.
— Idziemy? — zapytała Maise, jej głos z powrotem zwykły, ten opieszały, jakby nic się nie stało.
Ale jej ręka — ta, która dotykała lustra — wciąż była uniesiona, palce rozłożone, jakby coś wciąż trzymała, lub jakby coś wciąż ją trzymało.
Persephone była pierwsza, która się ruszyła. Jej kroki — precyzyjne, kontrolowane — odbijały się od posadzki holu, jakby liczyła każdy, jakby liczby mogły przywrócić porządek. Przeszła obok lustra, nie patrząc na nie, jej wzrok skierowany na korytarz, który otwierał się po drugiej stronie holu.
— Pokój 313 — powiedziała, jej głos twardy, matematyczny. — Na trzecim piętrze. Windy nie ma. Schodami.
Brix spojrzała na Maise, która wciąż stała przed lustrem, jej ręka wciąż uniesiona. Potem na Persephone, która już znikała w cieniu korytarza, jej sylwetka — elegancka, kontrolowana — stawała się częścią ciemności.
— Maise — powiedziała Brix, jej głos miękki, prawie błagalny, ten ton, który używała, gdy czuła, że coś się wymyka, że śmiech nie wystarczy. — Chodź. Proszę.
Maise odwróciła głowę. Jej oczy — te niebieskie — spotkały się z oczami Brix, i przez ułamek sekundy Brix widziała coś, czego nie potrafiła nazwać. Nie strach. Nie smutek. Coś głębszego, coś, co przypominało jej własne lęki — ten strach przed samotnością, przed byciem niewidzialną, przed tym, że jej radość to tylko maska.
Potem Maise się uśmiechnęła. Nie ten uśmiech, który Brix widywała wcześniej — nie ten chłodny, odległy — ale coś innego. Coś, co wyglądało prawie na smutek.
— Idę — powiedziała Maise, jej głos cichy, ten opieszały ton. — Tylko... daj mi chwilę.
Spojrzała z powrotem na lustro. Jej odbicie patrzyło na nią, nieruchome, czekające. Ale teraz, gdy Brix patrzyła, wydawało jej się, że widzi coś innego — że odbicie Maise nie patrzyło na Maise, ale na nią. Na Brix. Z tym samym uśmiechem, tym samym smutkiem.
Brix odwróciła się szybko, zbyt szybko, jej kolorowa kurtka zaszeleściła w ciszy jak okrzyk. Zi poruszyła się na jej ramieniu, czerwone pióra szepcząc o czymś, czego Brix nie mogła usłyszeć.
— Chodźmy — powiedziała, jej głos zbyt głośny, zbyt sztucznie lekki. — Persephone nas zostawi.
Maise odwróciła się od lustra. Jej twarz — ta łagodna, dziecięca — była teraz niewzruszona, zamknięta, jakby wszystko, co widziała, wszystko, co czuła, zostało schowane głęboko, gdzie nikt nie mógł dotrzeć.
— Tak — powiedziała, jej głos cichy, ten opieszały ton. — Chodźmy.
Wyszły z holu, kroki odbijając się od posadzki, echa mieszając się z kurzem i zmierzchem. Za nimi, w ciemnością wypełniającej się hol, lustro stało nieruchome, czekające.
Jego odbicie patrzyło na puste miejsce, gdzie stały.
I uśmiechało się.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz