2
Brix Sterling obudziła się ze słodkiego drzemania, w którym śniła o tropikalnej plaży i niekończących się koktajlach, gdy czerwona papuga Zi wylądowała jej prosto na twarzy. Pióra ptaka były miękkie i lekko drapiące, a dziób zaczął metodycznie zbierać pojedyncze włosy z czoła dziewczyny, jakby traktował to zadanie z chirurgiczną precyzją.
— Zi! — krzyknęła Brix, chichocząc i próbując odepchnąć ptaka, który traktował całą sytuację jako doskonałą zabawę. — Przestań, to nie jest godzina na fryzjera!
Papuga zaskrzeczała radośnie, wydając serię dźwięków, które brzmiały niemal jak śmiech, i przeszła na oparcie kanapy, gdzie zaczęła preening, jakby nic się nie stało. Jej pióra — czerwone jak żar, z pomarańczowymi refleksami w słońcu — lśniły w promieniach popołudniowego słońca wpadających przez okno.
Brix usiadła, przecierając oczy i rozglądając się po swoim małym mieszkaniu. Promienie słońca wpadły przez kolorowe zasłony — żółte, pomarańczowe, zielone w paski — rzucając na ściany plamy w odcieniach ciepła, które wydawały się tańczyć przy każdym ruchu powietrza. Na parapecie stały doniczki z ziołami — bazylia, mięta, tymianek — które Brix pielęgnowała z niemal mateczną troską. Na ścianie wisiały plakaty z podróży — Machu Picchu, Marrakesz, Wyspy Kanaryjskie — miejsca, które odwiedziła, i miejsca, które wciąż czekały.
To był kolejny zwykły dzień, przynajmniej tak się wydawało, dopóki Brix nie zauważyła fioletowej koperty wyciągniętej spod stosu gazet i katalogów na stoliku kawowym. Zatrzymała wzrok, jakby obawiała się, że koperta może zniknąć, gdy tylko spojrzy na nią zbyt intensywnie. Ale nie zniknęła. Leżała tam, nienaturalnie jasna wśród szarości codzienności, jak kwiat wyrastający z betonu.
— Zi, widziałaś to? — zapytała papugi, która zainteresowała się sytuacją na tyle, by przylecieć na ramię dziewczyny, łapiąc się szponami w kolorowy materiał jej bluzy.
Koperta była wykonana z grubego, fioletowego papieru, przypominającego pergamin. Nie było na niej znaczka pocztowego, ani adresu nadawcy, ani nawet śladu kleju czy taśmy, która mogłaby sugerować, jak się tu znalazła. Jedynie jej imię — Brix Sterling — napisane eleganckim, kaligraficznym pismem, które wyglądało, jakby pochodziło z innej epoki, z czasów, gdy listy były sztuką, a nie koniecznością.
— To jakiś żart? — szepnęła Brix, obracając kopertę w dłoniach, szukając ukrytej kamery, śladu żartu, czegokolwiek, co wyjaśniłoby to nienormalne zdarzenie w jej normalnym, uporządkowanym życiu.
Papuga zaskrzeczała, a potem zaczęła dziobać w kolorowy papier, jakby chciała pomóc w otwarciu, jej dziób stukał rytmicznie o pergamin. Brix uśmiechnęła się nerwowo, ale pozwoliła ptakowi na małą zabawę, zanim sama delikatnie oderwała zaklejenie — właściwie to nie klejenie, ale jakiś czerwony wosk z pieczęcią, która rozpadła się w jej palcach jak coś starożytnego.
Wewnątrz znajdowała się kartka tego samego fioletowego odcienia, gładka i ciężka w dotyku, a na niej — krótki, zagadkowy tekst, napisany tym samym pismem:
"Przyjdź do Hotelu Quardille. 15 sierpnia, godzina 20:00. Przyjdź sama. Nie mów nikomu. Twoja obecność jest niezbędna."
Brix przeczytała wiadomość trzy razy, próbując zrozumieć, co się dzieje. Hotel Quardille — nazwa brzmiała znajomo, jakby usłyszała ją kiedyś w wiadomościach lub od kogoś z rodziny. Ale nie mogła sobie przypomnieć szczegółów, tylko jakieś mgliste wrażenie czegoś złego, czegoś, o czym nie powinno się mówić.
— Zi, to wygląda na... nie wiem, co to wygląda — powiedziała do papugi, która zainteresowała się karteczką na tyle, by spróbować ją zjeść, jej dziób zaciskając się na fioletowym papierze.
Brix szybko odsunęła zaproszenie poza zasięg ptaka, wciąż próbując przetworzyć informacje. Ktoś chciał, żeby przyjechała do starego hotelu, sama, w środku lata, o konkretnej godzinie. Brzmiało to jak początek złego horroru, albo — co bardziej prawdopodobne w jej życiu — jak jakiś dziwny artystyczny projekt, o którym zapomniała.
Ale coś w tym zaproszeniu brzmiało poważnie. Kaligrafia, papier, brak nadawcy, ten nienaturalny sposób dostarczenia — to wszystko sugerowało, że ktoś włożył w to dużo wysiłku, dużo zasobów, dużo... czegoś, czego nie potrafiła nazwać.
— Dobra, Zi — powiedziała Brix, stając zdecydowanie i podnosząc papugę na ramię. — Wygląda na to, że mamy plan na weekend.
Droga do Hotelu Quardille zajęła jej kilka godzin. Brix jechała swoim starym, żółtym volkswagenem, który wydawał dziwne dźwięki przy każdym podjeździe pod górę, jakby protestował przeciwko wysiłkowi, jakby pamiętał czasy, gdy był młodszy i drogi były gładkie. Zi siedziała w klatce na tylnym siedzeniu, czasem zaskrzecząc z nudy, czasem nucąc fragmenty piosenek, które Brix śpiewała podczas jazdy, jej głos brzmiąc nieoczekiwanie melodicznie w zamkniętej przestrzeni.
Gdy tylko skręciła w las, atmosfera zmieniła się nieodwracalnie. Drzewa rosły tu gęsto, ich korony tworzyły niemal nieprzenikniony dach, przez który przebijało się tylko okazjonalne słońce, rzucając na drogę smugi złota w morzu zieleni. Powietrze stało się chłodniejsze, wilgotniejsze, nasycone zapachem igliwia i gnijących liści. Droga stała się wąska i wyboista, a Brix musiała skupić się, by nie wjechać w któryś z licznych wyrw w asfalcie, gdzie beton rozpadł się na kawałki, odsłaniając ziemię sprzed dziesięcioleci.
W końcu, po zakręcie, ukazał się przed nią Hotel Quardille.
Brix zatrzymała samochód, wyłączyła silnik i przez długi moment po prostu patrzyła. Budynek był... imponujący, w swoim upadku. Wielka, piaskowa fasada z klasycznymi detalami, półkolisty łuk nad wejściem, rzędy okien jak puste oczodoły wpatrujące się w las. Przed hotelem rozciągał się zaniedbany dziedziniec, gdzie dzikie trawy gęsto porastały niegdyś starannie utrzymane trawniki, a posągi — postacie w długich szatach, z twarzami zatarłymi przez czas — wyglądały jak strażnicy zapomnianego świata.
— Zi, patrz — szepnęła Brix, wyciągając klatkę z ptakiem na przednie siedzenie. — To wygląda jak z filmu.
Papuga zaskrzeczała ciekawie, przechylając głowę na bok, jej czarne oczka błyszczące inteligencji badały obraz, który rozpościerał się przed nimi. Brix wzięła głęboki oddech, wysiadła z samochodu i otworzyła klatkę, pozwalając Zi wylecieć na jej ramię. Ptak natychmiast rozłożył skrzydła — czerwień i pomarańcz rozbłysły w promieniach słońca — a potem wylądował wygodnie na ramieniu dziewczyny, łapiąc się mocno szponami w materiał jej kolorowej kurtki — żółtej, z zielonymi wstawkami, którą sama uszyła z fragmentów znalezionych na pchlich targach.
— Dobra, idziemy — powiedziała Brix, ruszając w stronę głównego wejścia.
Podłoga skrzypiała pod jej stopami, gdy wchodziła do środka — długie, przeszklone drzwi z mosiężnymi okuciami, które otworzyła z niespodziewanym wysiłkiem, jakby ktoś długo nie przekraczał tego progu. Powietrze w środku było ciężkie, nasycone zapachem stęchlizny, wilgoci i czegoś jeszcze — czegoś, co przypominało dawne czasy, kiedy tu mieszkali ludzie i oddychali tym samym powietrzem, gdy kobiety w długich sukniach schodziły po wielkich schodach, a mężczyźni w garniturach pallili cygara w salonach, które teraz stały puste i milczące.
Brix zatrzymała się w wielkim holu, rozglądając się dookoła. Kryształowy żyrandol wisiał nieruchomo, pokryty grubą warstwą kurzu, który czas złożył w nieregularne wzory, jakby sam próbował stworzyć sztukę z zapomnienia. Marmurowe kolumny wznosiły się ku górze, ich powierzchnie poprzecinane delikatnymi żyłkami, które w świetle przypominały mapy nieznanych krain. Nad parterem biegła łukowata galeria z drewnianą balustradą, z której teraz zdawało się obserwować ich ktoś niewidzialny, ktoś, kto czekał wiekami na to spotkanie.
Wszędzie panował półmrok, przerywany tylko słabym światłem wpadającym przez brudne okna, które teraz, o tej porze dnia, rzucały na podłogę długie, nieregularne prostokąty bladego złota.
— Halo? — zawołała Brix, a jej głos odbił się echem po pustych ścianach, brzmiąc niespodziewanie głośno w tej martwej ciszy, jakby sam budynek odpowiedział na jej przybycie.
Zi zaskrzeczała zaniepokojona, przyciskając się mocniej do szyi dziewczyny, jej szpony zaciskały się z napięciem, które Brix wyczuła na własnej skórze. Brix pogładziła ptaka dłonią, sama czując narastające napięcie. To miejsce było... dziwne. Nie straszne, nie w sensie horroru z niskobudżetowych filmów, ale dziwne w sposób, którego nie potrafiła nazwać. Jakby czas tu płynął inaczej, albo w ogóle się zatrzymał, jakby w tych murach zastygła jakaś chwila sprzed lat, czekając na kogoś, kto ją uwolni.
Zdecydowała się wejść po schodach na pierwsze piętro. Klatka schodowa była szeroka, z kutymi żeliwnymi balustradami, których wzory tworzyły skomplikowane arabeski — wici roślinne, kwiaty, ptaki w locie, wszystko teraz pokryte rdzą i kurzem, ale wciąż piękne w swoim upadku. Światło wpadające przez okna na półpiętrach rzucało na ściany geometryczne wzory cieni, które zmieniały się z każdym ruchem słońca, jakby same były żywe.
Na pierwszym piętrze korytarz rozciągał się w obie strony, ciemny i cichy jak dno oceanu. Brix wyjęła telefon i włączyła latarkę, kierując snop światła na ściany. Zobaczyła drzwi pokojów, niektóre zamknięte, inne lekko uchylone, jakby ktoś niedawno przez nie przechodził, jakby w tym opuszczonym miejscu ktoś wciąż poruszał się z tą samą rutyną, co lata temu.
— Cześć? — zawołała ponownie, czując, jak jej własny głos brzmi obco w tym miejscu, jak głos kogoś innego, kogoś, kto nie do końca wierzy w to, co robi.
Wtedy usłyszała to. Cichy szmer, jakby czyjeś ubranie ocierało się o ścianę, jakby ktoś przesuwał się wzdłuż korytarza, starając się pozostać niewidzialny. Zamarła, przytrzymując Zi mocniej, jej serce zaczęło bić szybciej, uderzenia rozchodzące się w jej ciele jak fale. Ptak zachował dziwną ciszę, jakby sam wyczuwał obecność czegoś nieznanego, jego ciało napięte i nieruchome pod dotykiem jej dłoni.
— Kto tam? — zawołała Brix, próbując nadać głosowi pewność, której wcale nie czuła, jej słowa brzmiące pusto w pustym korytarzu.
Szmer ustał. Zapanowała cisza głębsza niż poprzednio, ciężka i namacalna, jakby sama substancja powietrza zmieniła się, stając się gęstsza, wolniejsza. Brix odwróciła się w stronę, z której przyszedł dźwięk, jej latarka rzuciła snop światła na pusty korytarz. Nic. Tylko drzwi, ściany, kurz tańczący w świetle, jego drobiny wirujące w bezładnych spiralach.
— Dobra, Zi, chyba zaczynam mieć omamy — szepnęła do ptaka, który w odpowiedzi zaskrzeczał cicho, jakby potwierdzając, że coś tam jednak było, że one obie to wyczuły, nawet jeśli nie potrafiły nazwać.
Ruszyła przed siebie, starając się nie myśleć o tym, co mogło wywołać ten dźwięk. Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność, każdy pokój wyglądał tak samo — zamknięte drzwi, zardzewiała klamka, kurz na podłodze wymieszany z drobnymi grudkami, które mogły być kiedyś czymś innym, czymś żywym.
Wtedy, w świetle jej latarki, pojawiła się sylwetka.
Brix zamarła, serce zaczęło bić głośniej, aż wydawało się, że cały korytarz musi słyszeć ten dźwięk, ten rytm przerażenia. Sylwetka stała nieruchomo, zaledwie kilka metrów dalej, zbyt ciemna, by rozpoznać szczegóły, ale zdecydowanie ludzka, zdecydowanie realna, zdecydowanie tutaj.
— Cześć? — wyszeptała Brix, a jej głos zabrzmiał jak czyiś obcy, przestraszony, głos kogoś, kto nie rozpoznaje własnego strachu.
Sylwetka się nie poruszyła. W ciszy, która zapanowała, Brix usłyszała tylko własny oddech — szybki, płytki — i ciche skrzeczenie Zi, która zdawała się wyczuwać napięcie swojej właścicielki, jej ciało napięte jak sprężyna.
I wtedy sylwetka się poruszyła. Nie w stronę Brix, ale w bok, odsłaniając twarz w blasku słabego światła wpadającego przez okno na końcu korytarza — to światło, które wcześniej wydawało się tak słabe, a teraz okazało się wystarczająco mocne, by odsłonić prawdę.
Brix zamrugała. To była... nie, to nie mogła być ona. Przecież Persephone nie powinna tu być. Persephone była w innym mieście, pracowała nad jakimś ważnym projektem, nie odpisywała na wiadomości od tygodni. Brix wysłała jej pięć wiadomości, trzy maile, próbowała dzwonić — bez odpowiedzi, bez żadnego znaku, że Persephone jeszcze żyje w tym samym świecie.
A jednak to była ona. Te same perfekcyjnie ułożone proste włosy, spadające jak kaskada ciemnego jedwabiu na ramiona. Ten sam chłodny, zdystansowany wyraz twarzy, jakby obserwowała świat zza szyby, zawsze o krok, zawsze bezpieczna w swojej separacji. Te same ciemne oczy, które teraz patrzyły na Brix z mieszaniną zaskoczenia i czegoś jeszcze — czegoś, czego Brix nie potrafiła nazwać, czegoś, co przypominało... ulgę? Żal? Przerażenie?
— Perse? — wyszeptała, a jej głos zabrzmiał jak pytanie i oskarżenie jednocześnie, wszystkie te tygodnie ciszy zawarte w jednym słowie.
Persephone nie odpowiedziała od razu. Stała nieruchomo, jakby sama próbowała przetworzyć to, co widzi, jakby również wątpiła w rzeczywistość tego momentu. Jej dłonie, które Brix teraz zauważyła, były zaciśnięte na torebce — skórzanej, eleganckiej, niepasującej do tego miejsca — w sposób, który sugerował napięcie — albo strach, albo gotowość do ucieczki.
— Brix — w końcu powiedziała Persephone, a jej głos był cichy, niemal niewyraźny w martwej ciszy korytarza, jakby bała się, że korytarz ją usłyszy, że sama przestrzeń jest wroga. — Nie powinnaś tu być.
To nie było to, czego Brix się spodziewała. Spodziewała się wyjaśnień, przeprosin za milczenie, może nawet radości z spotkania — ten chłodny ton Persephone zawsze był maską, Brix to wiedziała, widziała ją płakać, widziała ją śmiać się do łez. Ale nie tego chłodnego, prawie oskarżycielskiego tonu, tego odwrócenia, tego wypchnięcia.
— Nie powinnam? — powtórzyła, a w jej głosie zaczęła narastać frustracja, tygodnie zmartwień, które teraz szukały ujścia. — A ty powinnaś? Dlaczego tu jesteś, Perse? I dlaczego nikomu nie powiedziałaś?
Persephone otworzyła usta, jakby zamierzała odpowiedzieć, jej twarz — zwykle tak kontrolowana — na chwilę się rozpadła, pokazując coś pod spodem, coś przerażonego. Ale w tym momencie rozległ się dźwięk — ciche, metaliczne skrzypienie, dochodzące z głębi korytarza, jakby ktoś otwierał drzwi, które nie były otwierane od dekad. Oba spojrzenia skierowały się automatycznie w tamtą stronę, a kiedy Brix ponownie zwróciła uwagę na Persephone, zauważyła, że jej przyjaciółka stała jeszcze bardziej sztywno, z oczami wlepionymi w ciemność, jej oddychanie — zwykle tak ciche — teraz słyszalne, szybkie.
— Perse? — szepnęła Brix, i tym razem to było pytanie o coś więcej niż tylko obecność w tym miejscu — pytanie o to, czego się boją, o to, co wiedzą, o to, dlaczego tu przyszły, mimo że wszystko w nich krzyczało, by uciekały.
Zanim Persephone zdążyła odpowiedzieć, z mroku wyłoniła się kolejna sylwetka. Brix zamarła, przygotowując się na kolejne niezrozumiałe spotkanie, jej ciało napięte jak struna, Zi sztywna na jej ramieniu. Ale kiedy postać weszła w krąg światła — tego samego słabego światła, które odsłoniło Persephone — rozpoznała ją natychmiast, bez cienia wątpliwości.
Maise Delvarez — trzecia z ich nietypowej trójki, eteryczna blondynka o nieuchwytnej urodzie, która zawsze sprawiała wrażenie, jakby była trochę gdzie indziej niż wszyscy inni, jakby widziała świat pod kątem, który pozostawał niewidoczny dla innych. Jej długie, kręcone włosy — zwykle tak starannie pielęgnowane — były teraz nieco zmierzwione, kosmyki wypadające z niewidocznego koka, jakby przeszła przez coś, co wymagało wysiłku, co ją zmieniło. Minimalistyczny, szary płaszcz, który nosiła, wyglądał na lekko zapylony — nie brudny, ale jakby przeszła przez coś więcej niż tylko las, jakby przestrzeń sama zostawiała na niej ślad.
— Maise? — wyszeptała Brix, a jej głos zabrzmiał jak echo w pustym korytarzu, jak głos kogoś, kto budzi się ze snu, tylko by odkryć, że sen trwa nadal.
Maise nie odpowiedziała od razu. Stała nieruchomo, jej niebieskie oczy — zwykle tak trudne do odczytania, puste albo zbyt pełne — przesuwały się powoli z Brix na Persephone i z powrotem. W jej spojrzeniu nie było zaskoczenia, które Brix się spodziewała, tego "o rany, ty też?" które powinno pojawić się w takiej sytuacji. Była tam co najwyżej... akceptacja? Jakby Maise wiedziała, że tu będą, albo jakby — co bardziej niepokojące — niczego innego się nie spodziewała, jakby to spotkanie było nieuniknionym punktem na mapie, którą widziała tylko ona.
— Otrzymałaś zaproszenie — powiedziała Maise, a jej głos był cichy, niemal bezbarwny, jak zawsze, jakby słowa przechodziły przez nią bez zostawiania śladu. To nie było pytanie. To było stwierdzenie faktu, potwierdzenie czegoś, co już wiedziała, co wiedziała od dawna.
Brix spojrzała na Persephone, szukając wsparcia, ale jej przyjaciółka stała z zamkniętą twarzą, wpatrując się w Maise z wyrazem, którego Brix nie potrafiła odczytać — czymś pomiędzy gniewem a rozpaczą, między zrozumieniem a odmową zaakceptowania.
— Wszystkie otrzymałyśmy — powiedziała w końcu Persephone, a jej głos brzmiał zmęczony, jakby to, co miało nastąpić, było nieuniknione, jakby walczyła z czymś, co wiedziało, że wygra. — Fioletowe koperty. Bez nadawcy. Bez wyjaśnienia.
Brix patrzyła to na jedną, to na drugą, czując, jak narasta w niej coś pomiędzy frustracją a lękiem, coś, co przypominało dziecięcy strach przed ciemnością, tym, co może się w niej ukrywać. To nie było tak, jak sobie wyobrażała. Spotkanie przyjaciółek po długiej przerwie powinno być radosne, pełne śmiechu i nadrobienia zaległości, przytulania, wrzasków radości, wspólnego płaczu nad rozczarowaniami. A nie to — to napięcie, te tajemnicze spojrzenia, to poczucie, że wszyscy wiedzą coś, czego ona nie wie, że są częścią czegoś, do czego ona dopiero teraz dołącza.
— Dobra — powiedziała w końcu, próbując nadać głosowi swobodny ton, który jakoś nie chciał jej wyjść, wychodząc zamiast tego jako coś pomiędzy szeptem a krzykiem. — To może ktoś mi wytłumaczy, co tu się, do cholery, dzieje? Dlaczego wszystkie trzy dostałyśmy te dziwne zaproszenia? Dlaczego Perse nie odpisuje na wiadomości od tygodni? I dlaczego — spojrzała na Maise, jej wzrok szukając w tej eterycznej twarzy czegoś, co pozwoliłoby jej zrozumieć — ty wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczyła ducha?
Cisza, która nastąpiła, była głębsza niż poprzednie, głębsza niż jakakolwiek cisza, jaką Brix znała. Była to cisza, która nie była po prostu brakiem dźwięku, ale obecnością czegoś innego — oczekiwania, napięcia, tajemnicy, która sama w sobie miała wagę i ciepło. Persephone odwróciła wzrok, jakby szukała odpowiedzi w cieniach na ścianie, jej sylwetka — zawsze tak prosta, tak zdecydowana — teraz wydawała się zwężona, jakby coś ją skręcało od środka. Maise — Maise po prostu stała, jej niebieskie oczy zdawały się patrzeć przez Brix, jakby widziała coś w innym wymiarze, jakby Brix była tylko przezroczystą warstwą czegoś większego.
— Nie wiem — w końcu powiedziała Persephone, a jej głos brzmiał tak cicho, że Brix ledwo ją usłyszała, ledwo połapała słowa, które rozpadały się w powietrzu jak popiół. — Nie wiem, dlaczego tu jesteśmy. Nie wiem, kto nas wezwał. Ale — spojrzała na Brix, i w jej oczach było coś, czego Brix nigdy tam nie widziała, coś, co przerażało bardziej niż sam hotel, bardziej niż cisza, bardziej niż nieznane — czuję, że musimy tu być. Że to miejsce... czekało na nas.
Brix chciała odpowiedzieć, chciała powiedzieć, że to szaleństwo, że powinny po prostu wyjść, wsiąść w samochody i pojechać do domu, zapominając o tym dziwnym miejscu i tajemniczych zaproszeniach, zapominając o tym, co Persephone właśnie powiedziała, zapominając o tym spojrzeniu w jej oczach. Ale coś w spojrzeniu Persephone — w sposobie, w jaki jej zwykle tak opanowana przyjaciółka teraz stała z dłońmi lekko drżącymi, widocznymi nawet z tej odległości — sprawiło, że słowa utknęły jej w gardle, jakby sama prawda była zbyt ciężka, by ją wypowiedzieć.
— Ja też to czuję — powiedziała nagle Maise, i jej głos był tak cichy, że obie inne kobiety odwróciły się ku niej zaskoczone, jakby zapomniały, że tam jest, że trzecia obecność wypełnia tę przestrzeń. — To miejsce. To... pociąga. Jakby coś tu było, co powinniśmy zobaczyć. Coś, co czekało bardzo długo.
Brix spojrzała to na jedną, to na drugą przyjaciółkę. Czuła, jak narasta w niej coś pomiędzy niepokojem a dziwnym, niemal nieprzyzwoitym podnieceniem, czymś, co przypominało moment przed skokiem z wysokości, przed wyznaniem miłości, przed otwarciem drzwi, za którymi może być wszystko lub nic. To było jak w jednym z tych filmów, które oglądała w dzieciństwie — grupa przyjaciół odkrywa tajemnicze miejsce, gdzie dzieje się coś niewytłumaczalnego, i choć wiedzą, że powinny uciekać, nie potrafią.
Ale to była prawdziwość. I jej przyjaciółki — jej dziwne, nieprzewidywalne, cudowne przyjaciółki — stały teraz w pustym korytarzu opuszczonego hotelu, patrząc na nią z wyrazami, których nie potrafiła odczytać, jakby każda z nich była zamkniętym księgiem, który Brix próbowała czytać w języku, którego nie znała.
— Dobra — powiedziała w końcu, i jej głos zabrzmiał głośniej niż zamierzała, odbijając się echem od ścian, wracając do niej zniekształcony, jakby korytarz próbował naśladować jej słowa. — Jeśli naprawdę wierzycie, że tu powinnyśmy być... to może zacznijmy od tego, żeby się nie bać własnych cieni?
Uśmiechnęła się — ten swój charakterystyczny, rozbrajający uśmiech, który zawsze potrafił rozładować napięcie, którym obdarzała nieznajomych na ulicy, kasjerki w sklepach, dzieci w parku. Ale tym razem, gdy patrzyła na przyjaciółki w mrocznym korytarzu, czuła, że ten uśmiech nie dociera do jej oczu tak, jak powinien, że jest tylko maską, którą nakłada z przyzwyczajenia, podczas gdy wszystko w niej krzyczało, by uciekać, by błagać przyjaciółki o wyjaśnienia, by po prostu przyznać, że boi się bardziej, niż kiedykolwiek się bała.
Persephone westchnęła cicho, jakby zrezygnowała z walki z czymś, czego nie potrafiła nazwać, jakby ten westchnienie było ostatnim wyznaniem, które mogła sobie pozwolić. Maise — Maise po prostu stała, jej niebieskie oczy błądziły po ścianach korytarza, jakby szukały czegoś, czego Brix nie widziała, jakby czytała niewidzialny tekst napisany w języku, którego tylko ona znała.
— Pokój 313 — powiedziała nagle Persephone, a jej głos brzmiał tak, jakby wypowiadała myśl, która narodziła się dopiero w tej chwili, jakby słowa same się ułożyły, bez jej woli. — Musimy znaleźć pokój 313.
Brix i Maise spojrzały na nią pytająco, ich wzrok — jeden pełen nieufności, drugi pusty w tym swoim nieuchwytny sposób — skierowany na Persephone, która nagle wydawała się bardziej obca niż kiedykolwiek, bardziej zamknięta w sobie, bardziej... niebezpieczna?
— Skąd wiesz... — zaczęła Brix, ale Persephone już ruszyła wzdłuż korytarza, jej kroki były zdecydowane, niemal automatyczne, jakby ciało pamiętało drogę, którą umysł zapomniał.
Brix spojrzała na Maise, która wzruszyła ramionami z minimalistycznym gestem, który mógł oznaczać wszystko albo nic — akceptację, rezygnację, zgodę na to, by płynąć z prądem tajemnicy. I ruszyła za Persephone, z Zi skrzeczącą cicho na jej ramieniu, w głąb mrocznego korytarza, który wydawał się ciągnąć w nieskończoność, prowadząc je ku czemuś, czego żadna z nich nie potrafiła sobie wyobrazić, ale co wszystkie trzy — w głębi siebie, w miejscu, gdzie rozum nie sięga — już znały.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz