13
Przeszłość – Brix Sterling
Słońce stało już niżej, rzucając długie, złote smugi między koronami kwitnących akacji. Brix czuła na ramieniu lekki ucisk stópek Pipi, gdy siadała na drewnianej ławce obok Maise. Jej przyjaciółka, zawsze pełna ruchu, właśnie opowiadała o jakimś filmie, gestykulując tak energicznie, że jej brązowe włosy ciągle wpadały jej w oczy.
— Więc ten facet wchodzi do pokoju, prawda? — Maise uniosła ręce, jakby trzymała niewidzialną broń. — I totalna cisza. Tylko ten zegar tyka. Tyka. Tyka.
Brix uśmiechnęła się, choć jej wzrok dryfował ku fontannie w oddali, gdzie woda łapała światło i rozbryskiwała je na tysiąc drobnych tęcz. Jej palec wskazujący, pomalowany na żółto, błądził po szwie musztardowej koszuli, jakby szukał czegoś, czego nie potrafiła nazwać.
— Brix? — Maise wyciągnęła dłoń i lekko dotknęła jej ramienia. — Ziemia do Brix.
— Jestem tutaj — odpowiedziała szybko, zbyt szybko, i natychmiast pożałowała tej automatycznej reakcji. — Tylko... ten zegar. Chcę wiedzieć, co się stało dalej.
Maise spojrzała na nią dłużej niż było wygodne, jej ciemne oczy, zwykle roziskrzone humorem, na chwilę pociemniały. Potem wzruszyła ramionami i wróciła do opowieści, ale jej gesty stały się mniej ekspresyjne, bardziej powściągliwe.
Brix odetchnęła cicho, czując jak Pipi przesuwa się po jej ramieniu. Papuga zaczęła mruczeć — dziwny, gardłowy dźwięk, który wydawała zwykle, gdy była zainteresowana czymś w otoczeniu. Brix podążyła za jej spojrzeniem.
Nieopodal, przy fontannie, stał starszy mężczyzna.
Nie zwróciłaby na niego uwagi — kolejny przechodzień w beżowym płaszczu, z siwymi włosami starannie zaczesanymi do tyłu — gdyby nie fakt, że patrzył prosto na nią. Nie na papugę. Nie na fontannę. Na nią.
Jego oczy, zbyt jasne jak na ktoś w jego wieku, wydawały się niemal przejrzyste w złotym świetle popołudnia. Nie mrugnął, gdy Brix niechętnie zwróciła na niego uwagę. Nie uśmiechnął się. Po prostu stał, jakby czekał na coś, co miało się wydarzyć.
— Brix? — głos Maise dobiegł ją jak przez wodę. — Wszystko w porządku?
— Tak — odpowiedziała automatycznie, jej własny głos brzmiał dziwnie obco. — Tylko... ten pan.
Maise odwróciła się, by spojrzeć w kierunku, w którym wskazała Brix, ale w tym samym momencie Pipi zareagowała.
Papuga, zwykle tak posłuszna, tak przywiązana do ramienia Brix, nagle wzbiła się w powietrze z gwałtownym trzepotem skrzydeł. Żółte pióra błysnęły w słońcu jak mały płomień. Brix krzyknęła, instynktownie wyciągając rękę, ale Pipi była już poza jej zasięgiem.
Papuga przeleciała nad fontanną, kierując się prosto ku starszemu mężczyźnie.
Brix wstała tak gwałtownie, że prawie przewróciła ławkę. Jej serce waliło w piersi z przerażeniem, które było zarazem dziwnie znajome — to samo uczucie, które towarzyszyło jej za każdym razem, gdy traciła coś ważnego. Pipi była wszystkim, co pozostało z matki. Nie mogła jej stracić.
— Pipi! — krzyknęła, biegnąc ku fontannie.
Mężczyzna nie drgnął, gdy papuga lądowała na jego ramieniu. Stał nieruchomo, jakby to było najbardziej naturalne wydarzenie na świecie. Jego dłoń, o widocznych żyłach i starannie obciętych paznokciach, uniosła się powoli i delikatnie dotknęła żółtego upierzenia Pipi.
Brix dobiegła do fontanny, zdyszana, z włosami przylepionymi do czoła od potu. Chciała sięgnąć po papugę, ale coś w postawie mężczyzny sprawiło, że zamarła w połowie ruchu. To nie była groźba — przeciwnie, emanował od niego spokój tak głęboki, że wydawał się niemal fizycznym polem, oddzielającym go od reszty świata.
— Ona jest... — Brix zaczęła, ale nie wiedziała, jak dokończyć zdanie.
Mężczyzna podniósł wzrok. Z bliska jego oczy były jeszcze bardziej niezwykłe — szare, prawie srebrne, z drobnymi plamkami ciemniejszego koloru rozrzuconymi jak gwiazdy na niebie. Nie wyglądały na oczy kogoś, kto widzi tylko to, co przed nim. Wyglądały na oczy kogoś, kto widzi przez.
— Twoja matka byłaby dumna — powiedział. Jego głos był cichy, zachrypnięty, jakby nie używał go przez długi czas. — Że masz jej papugę.
Brix otworzyła usta, ale żadne słowa nie wyszły. Znał jej matkę? Jak mógł wiedzieć o Pipi? Papuga nie była znana w całym mieście, nie była...
— I jednocześnie — mężczyzna kontynuował, jego palec wciąż gładził pióra Pipi z mechaniczną, prawie hipnotyczną powtarzalnością — twoja babka tak naprawdę cię nie kocha.
Brix drgnęła, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Nie czuła bólu — jeszcze nie — ale coś w jej klatce piersiowej zacisnęło się tak mocno, że na moment zapomniała oddychać.
— Czy jesteś gotowa — mężczyzna pochylił się lekko, jego srebrne oczy błysnęły w słońcu — na to, co odkryjesz za kilkanaście lat?
Brix patrzyła na niego, nie rozumiejąc, czemu jej ciało nie reaguje. Powinna coś powiedzieć. Powinna zapytać, kim jest, skąd wie o jej matce, co miał na myśli mówiąc o babce. Powinna chwycić Pipi i uciec tak daleko, jak tylko mogła.
Zamiast tego stała nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, z palcami nieco rozchylonymi, jakby czekała na coś, czego nie potrafiła nazwać.
Mężczyzna uśmiechnął się. Nie był to uśmiech radości — był to wyraz kogoś, kto właśnie położył ostatni kamień w mozaice, której druga osoba jeszcze nie widzi.
— Za kilkanaście lat — powtórzył cicho, jakby do siebie samego.
Potem wstał. Pipi, zamiast odlecieć, pozostała na jego ramieniu przez ułamek sekundy dłużej niż Brix był w stanie zaakceptować. Mężczyzna uniósł dłoń, pozwalając papudze przejść na jego palec, a potem delikatnie uniósł ją w powietrze.
— Twój dom — powiedział do ptaka, cicho, jakby dzielił z nią sekret.
Pipi wbiła pazurki w jego skórę, zawahała się przez moment, a potem, z nagłym trzepotem skrzydeł, poderwała się w powietrze. Przeleciała nad fontanną, jej żółte pióra błysnęły w słońcu, i wylądowała z powrotem na ramieniu Brix z taką płynnością, jakby nigdy nie odchodziła.
Mężczyzna nie odwrócił się. Po prostu szedł dalej, jego beżowy płaszcz falując lekko na wiosennym wietrze. Brix patrzyła na jego odchodzącą sylwetkę, z jedną ręką uniesioną, palcami zaciskającymi się i rozpływającymi w powietrzu, jakby próbowała złapać coś, co już dawno zniknęło.
— Brix? — głos Maise był inny teraz, zaniepokojony, zbliżony. — Co się stało? Kto to był?
Brix odwróciła się powoli, jej szyja sztywna, jakby skóra zesztywniała w słońcu. Maise stała teraz tuż przy niej, jej zwykle roziskrzone oczy wędrowały między Brix a miejscem, gdzie zniknął mężczyzna.
— Nie wiem — powiedziała Brix, i jej własny głos zabrzmiał obco, dziwnie pusty. — Nikt. Jakiś dziadek.
Maise zmarszczyła czoło, jej palec wskazujący podrapał skron.
— Mówił coś do ciebie. Widziałam, że coś mówił. I... — zawahała się, jej wzrok padł na Pipi, która spokojnie przysiadała na ramieniu Brix, dziób zanurzony w upierzeniu. — Twoja papuga do niego poleciała. To było dziwne.
Brix otworzyła usta, by coś powiedzieć — prawdy, kłamstwa, cokolwiek, co zamknęło ten temat — gdy rozległ się znajomy dźwięk. Stukot obcasów na brukowanej alejce, rytmiczny i pewny, jak bicie metronomu.
Persephone Goddess pojawiła się między drzewami, jej długie, czarne włosy falując na wietrze, sukienka w kolorze burgundu kontrastując z zielenią parku. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc torbę z popularnej lodziarni.
— Zdążyłam! — zawołała, zanim jeszcze do nich doszła. — Miałam wybierać między solonym karmelem a pistacjowym, ale potem pomyślałam: Persephone, jesteś dorosła, weź oba.
Maise zaklaskała, jej wcześniejsze zaniepokojenie rozpuszczając się jak cukier w gorącej herbacie.
— Obie? Persephone, ty to masz życie.
— Mam długi — odpowiedziała Persephone, siadając na ławce obok Brix, nie zauważając lub celowo ignorując napięcie, które wciąż unosiło się w powietrzu. — I dobrego kardiologa.
Brix wyszła na prostą, jej usta same ułożyły się w uśmiech, ten właściwy, rozświetlający, który nosiła jak zbroję. Jej dłonie, z żółtym lakierem odpryskanym na kciuku prawej, zacisnęły się na krawędzi ławki, a potem rozluźniły, jakby nic się nie stało.
— Daj spróbować tego pistacjowego — powiedziała, wyciągając rękę. — Obiecałam Maisy, że nie zjem całego jej porcji, ale to było kłamstwo. Miałam zamiar od początku.
Maise jęknęła teatralnie, ale jej oczy, gdy spotkały się z oczami Brix, pozostały przez ułamek sekundy zbyt intensywne. Potem wszystko wróciło do normy — śmiech, plotki, wzajemne dokuczanie.
Persephone opowiadała o swoim ostatnim projekcie szkolnym, o nauczycielu, który nazywał ją "panią Goddess" z takim przekonaniem, jakby to było jej prawdziwe nazwisko. Maise komentowała każde zdanie, dodając własne, przeważnie absurdalne wersje. Brix śmiała się w odpowiednich momentach, wtrącała swoje uwagi, czuła smak pistacjowego lodu na języku — słodki, orzechowy, lekko słony.
A jednak gdzieś pod spodem, w miejscu, którego nigdy nie pokazywała, jej umysł wciąż słyszał te słowa.
Twoja matka byłaby dumna.
Twoja babka tak naprawdę cię nie kocha.
Czy jesteś gotowa na to, co odkryjesz za kilkanaście lat?
Nie, nie myślała o tym. Absolutnie nie. To był tylko jakiś stary dziwak, jeden z tych ludzi, którzy chodzą po parkach i mówią przypadkowym osobom, że znają ich przyszłość. Nic to nie znaczyło. Nic a nic.
— Brix, słuchasz w ogóle? — Persephone pociągnęła ją za rękaw.
— Oczywiście — odpowiedziała natychmiast, jej uśmiech rozszerzył się o kolejne milimetry. — Mówiłaś o tym, że pan Harrison myśli, że Shakespeare napisał Hamleta w 1995 roku.
— W 1595, ale blisko — Persephone zmarszczyła nos. — I nie o to chodziło. Pytam, czy idziesz z nami w piątek do tego nowego klubu. Maise twierdzi, że ma znajomości przy drzwiach.
Maise uniosła brew z takim dramatyzmem, jakby właśnie ogłaszała pokój światu.
— Moja kuzynka zna ochroniarza, który zna brata właściciela. To prawie jak być na liście VIP-ów.
Brix otworzyła usta, by odpowiedzieć — coś lekkiego, wymijającego, obietnica rozważenia, którą nigdy nie zamierzała dotrzymać — gdy Pipi nagle znów się poruszyła.
Papuga, która od czasu powrotu z ramienia mężczyzny siedziała niezwykle cicho, niemal nieruchomo, teraz wyprostowała się na ramieniu Brix. Jej dziób otworzył się i zamknął kilka razy, jakby próbowała przełknąć powietrze, które nagle stało się zbyt gęste. Żółte pióra na jej karku nastroszyły się, tworząc mały, jaskrawy koronek.
— Pipi? — Brix uniosła rękę, ale papuga już się poruszyła.
Odeszła od niej — nie poleciała, jak poprzednio, ale odeszła, stąpając po ramieniu Brix w kierunku jej szyi, a potem pleców. Jej pazurki wbijały się w tkaninę koszuli z taką siłą, że Brix poczuła je przez materiał. Pipi doszła do krawędzi ławki i tam się zatrzymała, głową obróconą w stronę, gdzie wcześniej stał mężczyzna.
On już nie był.
Brix rozejrzała się szybko, jej wzrok przeskakiwał między drzewami, ławkami, przechodniami. Beżowy płaszcz, siwe włosy, te przenikliwe oczy — nic. Jakby nigdy nie istniał.
— Co ona robi? — zapytała Maise, nachylając się, by spojrzeć na Pipi.
— Nie wiem — przyznała Brix, jej głos brzmiał cicho, niemal niepewnie. — Nigdy jej takiej nie widziałam.
Pipi stała nieruchomo przez dłuższą chwilę, jej małe, czarne oczy wpatrzone w punkt, gdzie mężczyzna zniknął. Potem, powoli, jakby wykonywała coś, czego nauczyła się dawno temu i wielokrotnie powtarzała, odwróciła się. Przeszła z powrotem przez plecy Brix, po ramieniu, i weszła na jej kolano. Tam usiadła, zwijając się w małą, żółtą kulę, z dziobem ukrytym pod skrzydłem.
Brix spojrzała na nią, nie wiedząc, co robić z tą nagłą, głęboką ciszą, która zdawała się otaczać papugę jak niewidzialna bańka.
— Dobra, to było dziwne — powiedziała Maise, jej ton sugerujący, że właśnie postanowiła o tym nie myśleć. — Persephone, mówiłaś coś o tym klubie?
Persephone, która przez całe to zajście siedziała w milczeniu, jej ciemne oczy przesuwające się między Brix a miejscem, gdzie stała papuga, wreszcie się poruszyła. Opuściła wzrok, sięgnęła po swoją torbę z lodami, która zaczynała już przeciekać wilgocią.
— Tak — powiedziała cicho. — Klub. W piątek.
Brix poczuła, jak coś w atmosferze się zmienia, jakby niewidzialna nić napięcia, która przez chwilę splatała wszystkie trzy dziewczyny, nagle została przecięta. Ale nie potrafiła nazwać tego uczucia, więc go zignorowała. Tak jak zignorowała słowa mężczyzny. Tak jak zignorowała dziwne zachowanie Pipi.
— W piątek — powtórzyła, wymuszając entuzjazm w głosie. — Obiecuję, że tym razem nie ucieknę przed wejściem. Chociaż... — zmrużyła oczy, uśmiechając się do Maise — ...jeśli ten ochroniarz będzie wyglądał na groźnego, wszystkie zakłady są unieważnione.
Maise jęknęła, rzucając w nią papierową serwetką.
— Za każdym razem! Za każdym razem znajdziesz wymówkę!
— To nie wymówki, to strategia przetrwania — Brix uniosła brwi z takim dramatyzmem, że nawet Persephone, zwykle powściągliwa, zakryła usta dłonią, tłumiąc śmiech.
Rozmowa płynęła dalej, falując i kręcąc się wokół codziennych spraw — szkoły, plotek, planów na weekend, tego, kto z kim chodzi i kto właśnie zerwał. Brix uczestniczyła w każdej wymianie, rzucając sarkastyczne uwagi, wymyślając przezwiska, śmiejąc się głośniej niż inne, gdy coś było naprawdę zabawne.
A jednak gdzieś pod tą powierzchnią, w miejscu, gdzie słowa mężczyzny wciąż brzęczały jak uwięzione owady, Brix czuła coś innego. Nie strach — strach był zbyt prosty, zbyt rozpoznawalny. To było coś bardziej niepokojącego: poczucie, że świat właśnie się przesunął, że coś, co uważała za stałe, okazało się ruchome.
Ale nie myślała o tym. Absolutnie nie.
— ...więc ona naprawdę to zrobiła? — Persephone nachyliła się do przodu, jej oczy błysnęły zaintrygowaniem.
— W środku kawiarni! — Maise klasnęła w dłonie. — Wzięła ten tort i... plask! Prosto w jego twarz. Cała kawiarnia milknie, a on stoi tam, z kremem w uszach, i nawet nie wie, co powiedzieć.
Brix śmiała się, jej głowa odchylona do tyłu, włosy opadające na barki. Czuła, jak śmiech wstrząsa jej ciałem, jak rozluźnia mięśnie, które nieświadomie napięła. To było dobre. To było prawdziwe. To było wszystko, czego potrzebowała.
A jednak, gdy jej śmiech cichł, jej wzrok niechcący przemknął przez park, szukając beżowego płaszcza, siwych włosów, srebrnych oczu. Nic. Tylko przechodnie, dzieci biegające za piłką, starsza para trzymająca się za ręce.
Brix odwróciła się z powrotem do przyjaciółek, uśmiechając się szerzej niż było konieczne.
— Dobra, opowiadajcie dalej. Kto następny dostanie tortem w twarz? Ja stawiam na panią od chemii.
Maise jęknęła, Persephone zakryła twarz dłoniami, a Brix śmiała się razem z nimi, czując, jak słońce ciepłej wiosny grzeje jej skórę, jak Pipi spokojnie siedzi na jej ramieniu, jak świat wydaje się normalny i bezpieczny.
Była nastolatką, siedzącą w parku z przyjaciółkami, śmiejącą się, plotkującą, cieszącą się słońcem. I to było wszystko. To musiało być wszystko.
— Brix? — Persephone dotknęła jej ręki, jej palce zimne od lodów. — Wszystko dobrze? Znowu odpłynęłaś.
Brix zamrugała, uświadamiając sobie, że minęła jakaś część rozmowy, że jej przyjaciółki patrzyły na nią z mieszanką zatroskania i zaciekawienia.
— Przepraszam — powiedziała, i jej uśmiech tym razem był prawie naturalny. — Pipi mnie swędzi. Wiesz, jak to jest, gdy papuga postanawia, że twój dekolt to idealne miejsce do drzemki.
Maise roześmiała się, Persephone pokręciła głową z udawanym oburzeniem, a Brix dołączyła do ich śmiechu, czując, jak kolejna warstwa normalności nakłada się na poprzednią, jak plaster na ranę, której nikt nie widzi.
Słońce zachodziło powoli, rzucając złote smugi na trawę, ciepło dnia ustępowało chłodnemu wieczorowi. Dziewczyny zebrały swoje rzeczy, Persephone obiecała dowieźć Maise do domu, Brix odmówiła podwózki, twierdząc, że woli przejść się pieszo, że potrzebuje ruchu po całym dniu siedzenia.
Stły na rozstaju dróg, żegnając się uściskami, obietnicami spotkań, standardowymi formułkami "do zobaczenia jutro w szkole". Brix stała i machała, dopóki samochód Persephone nie zniknął za zakrętem, a potem jeszcze chwilę dłużej, z ręką uniesioną w powietrzu, palcami rozchylonymi w geście, który nic nie znaczył.
Pipi poruszyła się na jej ramieniu, wydając cichy, pytający dźwięk.
— Wiem — powiedziała Brix do papugi, jej głos cichy, niemal szeptem w pustym parku. — Też chcę do domu.
Nie zaczęła iść od razu. Stała jeszcze przez długi moment, patrząc w kierunku, gdzie zniknął mężczyzna, jej umysł pusty, odmawiający przyjęcia jakichkolwiek myśli. Wiatr poruszył jej włosy, niosąc zapach kwitnących akacji, i Brix zamknęła oczy, wdychając go głęboko.
Gdy je otworzyła, ruszyła przed siebie, jej kroki szybkie, niemal biegnące, jakby mogła uciec przed czymś, czego jeszcze nie rozumiała. Pipi trzymała się mocno, jej pazurki wbijające się w tkaninę koszuli, a Brix nie zwolniła, dopóki nie zobaczyła światła w oknie domu dziadków, ciepłego i żółtego, obiecującego bezpieczeństwo.
Wbiegła po schodach, otworzyła drzwi, zawołała „Jestem!” z taką radością, że sama w nią uwierzyła przez moment. Dziadek Aiden wyjrzał z kuchni, uśmiechając się, a Brix podeszła do niego, opierając głowę na jego ramieniu, tak jak robiła, gdy była mała.
— Ciężki dzień? — zapytał cicho.
— Nie — odpowiedziała, i jej głos brzmiał prawie naturalnie. — Dobry dzień. Byłam z dziewczynami. Rozmawiałyśmy o głupotach.
Dziadek Aiden pomasował ją po plecach, jego dłoń duża i ciepła, a Brix zamknęła oczy, czując, jak coś w jej klatce piersiowej powoli się rozluźnia.
Była po prostu nastolatką, siedzącą w kuchni z dziadkiem, cieszącą się jego ciepłem, jego obecnością, jego prostą, niezawodną miłością.
To było wszystko. To musiało być wszystko.
Gdy dziadek Aiden odwrócił się, by sprawdzić piekarnik, Brix otworzyła oczy i spojrzała przez okno na ciemniejący ogród. Gdzieś tam, w cieniach między drzewami, mogła przysiąc, że dostrzegła przelotny błysk beżowego płaszcza.
Zamknęła oczy, otworzyła je ponownie. Tylko drzewa. Tylko cienie. Tylko zmierzch, zapadający się nad światem jak kołdra, obiecująca, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko zapomnisz.
Brix uśmiechnęła się do swojego odbicia w szybie — ten właściwy uśmiech, rozświetlający, nie do zdarcia — i zawołała do dziadka, pytając, czy potrzebuje pomocy przy kolacji.
W kuchni pachniało rozmarynem i pieczonymi ziemniakami, a Brix wdychała te zapachy głęboko, pozwalając im wypełnić każdy zakątek swojego umysłu. Nie było tam miejsca na cokolwiek innego. Nie mogło być.
Gdy siedzieli przy stole, dziadek Aiden opowiadał o swoim dniu w warsztacie, o naprawianym starym zegarze, o klientce, która płakała, gdy zobaczyła, że jej babciowy zegar znów działa. Brix słuchała, kiwała głową, zadawała pytania w odpowiednich momentach. Jej śmiech, gdy dziadek naśladował głos klientki, brzmiał autentycznie — bo w tej chwili, w tym konkretnym momencie, naprawdę była szczęśliwa.
Po kolacji pomogła zmywać naczynia, ich dłonie spotykając się przy przekazywaniu talerzy, ciepła woda spływająca po jej skórze jak płynny komfort. Dziadek Aiden zaśpiewał cicho, jak zawsze robił przy zmywaniu, starą piosenkę, którą Brix znała od dziecka. Słowa były w obcym języku, czymś celtyckim, co dziadek wyciągnął z własnego dzieciństwa, i Brix nigdy nie dowiedziała się, co znaczą. Ale melodia była łagodna, kołysząca, kołysanka dla zmęczonych serc.
Gdy wszystko było czyste, Brix powiedziała dobranoc dziadkowi, przytulając go mocniej niż zwykle, wciskając twarz w jego flanelową koszulę, pachnącą dymem tytoniowym i czymś słodkim, co przypominało jej dzieciństwo.
— Wszystko w porządku, mała? — zapytał cicho, jego dłoń głaszcząca jej włosy.
— Tak — szepnęła do jego piersi. — Tylko... tęsknię za mamą.
Cisza, która nastąpiła, była pełna i głęboka, a gdy dziadek odpowiedział, jego głos brzmiał grubo, naruszony.
— Ja też, mała. Ja też.
Brix pozwoliła, by ten moment trwał, by ciepło dziadka otoczyło ją całkowicie, wypełniając każdą szczelinę, każdy ciemny kątek. Potem odsunęła się, uśmiechnęła — ten właściwy uśmiech — i powiedziała jeszcze raz dobranoc.
W swoim pokoju, z Pipi w klatce w kącie, Brix usiadła na łóżku i patrzyła przez okno na nocne niebo. Gwiazdy zaczynały się pojawiać, jedna po drugiej, jak drobne dziurki w czarnym aksamicie.
Nie myślała o mężczyźnie.
Nie myślała o jego słowach.
Nie myślała o tym, że wiedział o jej matce, o Pipi, o babce. Nie myślała o pytaniu, które brzmiało jak obietnica czegoś, czego jeszcze nie rozumiała.
Była po prostu siedemnastolatką, patrzącą na gwiazdy, z papugą śpiącą w kącie pokoju i dziadkami śpiącymi na piętrze. Świat był prosty. Świat był bezpieczny. Świat był tym, czym zawsze był.
Brix położyła się na boku, przyciągając kołdrę pod brodę. Jej oczy powoli się zamykały, ciężkie od zmęczenia, od dnia pełnego słońca i śmiechu i tego dziwnego, krótkiego spotkania, którego już nie pamiętała.
W ciemności, tuż przed snem, Brix usłyszała cichy, gardłowy dźwięk. Pipi, w swojej klatce, poruszyła się, jej pazurki zaskrobały o metal. Potem cisza.
Brix zasnęła, jej twarz rozluźniona, jej oddech równy. Jej ręka, zwisająca z łóżka, lekko się poruszyła, palce zaciskając się i rozpływając, jakby próbowała złapać coś, co już dawno zniknęło.
Za oknem, w cieniu drzewa akacji, coś się poruszyło. Beżowy kolor, błysk srebrnych oczu, cichy oddech, który nie był wiatrem. Potem nic. Tylko noc, gwiazdy, i sen siedemnastolatki, która nie pamiętała, że powinna się bać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz