czwartek, 30 kwietnia 2026

105.

105

Teraz

Brix wypowiedziała to słowo – "Okay" – i w tym momencie cisza cmentarza wydawała się mniej przytłaczająca. Persephone skinęła głową, jakby potwierdzając nie tylko słowa, ale coś znacznie głębszego, coś, co nie wymagało dalszego wyjaśniania. Przez krótką chwilę wszystkie trzy stały przy bramie, wciąż będąc w cieniu żelaznych ornamentów i wiekowych dębów, które strzegły tego miejsca jak niemi świadkowie.

Maise nie odezwała się. Jej spojrzenie, zazwyczaj ostre i nieruchome, teraz wydawało się utkwione gdzieś w nieokreślonej przestrzeni między nagrobkami a niebem. Porcelanowa cera w szarym świetle jesiennego zmierzchu wyglądała niemal przezroczysta, jakby sama była częścią tego miejsca – cieniem między cieniami. Dłonie miała splecione za plecami, i choć z zewnątrz wydawała się opanowana, Persephone zauważyła delikatne drżenie palców Maise, ukryte w fałdach ciemnego płaszcza.

Chodźmy – powiedziała Persephone, a jej głos brzmiał spokojnie, niemal neutralnie, choć w jej słowach była pewność, która nie znosiła sprzeciwu.

Brix pokiwała głową, ocierając kciukiem ostatnie ślady łez z policzka. Jej kolorowy płaszcz, wcześniej jaskrawy w kontraście z cmentarną szarością, teraz wydawał się przygaszony, jakby i on pochłonął ciężar tego popołudnia. Włosy, zazwyczaj pełne ruchu, opadały jej na ramiona w niemal nieruchomych falach.

Jest jeszcze jedno miejsce – odezwała się Maise, a jej cichy, chłodny głos sprawił, że obie przyjaciółki zwróciły na nią uwagę. To były pierwsze słowa, które wypowiedziała od dłuższego czasu. – Grób Delvarezów.

Persephone spojrzała na nią uważnie, analizując ton, w którym nie było nic poza stwierdzeniem faktu. Żadnej emocji. Żadnego wahania. Jakby mówiła o liście zakupów lub o pogodzie.

Jeśli chcesz – odpowiedziała Brix, a w jej głosie było coś, co mogło być troską, choć starała się to ukryć za swoją zwykłą lekkością. – Tylko... czy jesteś pewna?

Maise nie odpowiedziała. Zamiast tego ruszyła w głąb cmentarza, a jej kroki były równe, mierzone, jakby znała drogę na pamięć i nie potrzebowała światła, by nią podążać. Persephone i Brix wymieniły krótkie spojrzenia, po czym podążyły za nią.

Alejki między nagrobkami były wąskie i kręte, wyłożone stareńką kostką, na której gromadziły się kałuże po jesiennych deszczach. Szare niebo ciążyło nad nimi, a wiatr poruszał gałęziami drzew, zrzucając na ziemię kolejne zżółkłe liście. Szum miasta był tu słyszalny tylko jako odległy, stłumiony pomruk, jakby to miejsce istniało poza czasem i przestrzenią.

Maise szła przodem, nie zwalniając, nie rozglądając się. Minęły groby rodzin o nazwiskach, które nic im nie mówiły, minęły zniszczone przez czas pomniki i świeże kopce ziemi, gdzie jeszcze nie zdążyło wyrosnąć trawa. W końcu zatrzymała się przed nagrobkiem z szarego marmuru, który choć prosty w formie, wydawał się emanować chłodem.

Persephone stanęła obok, czytając wyryte litery. "Ophelia Delvarez" – data urodzenia, data śmierci. Obok, na tym samym kamieniu, inne imię: "Dominic Delvarez". Dziadek Maise. Persephone szybkiem obliczeniem w myślach potwierdziła to, co już wiedziała z wcześniejszych rozmów – zmarł, gdy Maise miała pięć lat.

Brix stanęła po drugiej stronie nagrobku, a jej spojrzenie przesuwało się między marmurową powierzchnią a twarzą Maise. Czekała na coś – na reakcję, na słowo, na jakikolwiek znak, że jej przyjaciółka przeżywa ten moment. Ale Maise stała nieruchomo, wpatrując się w napisy beznamiętnym wzrokiem.

Cisza trwała. Wiatr poruszał jasnymi, kręconymi włosami Maise, ale ona nie podnosiła ręki, by je poprawić. Jej niebieskie oczy były puste, jakby patrzyła na coś, czego nie było, albo jakby kamień przed nią był tylko przedmiotem bez znaczenia.

Persephone obserwowała ją z analitycznym dystansem, który był jej naturalnym stanem. Zauważyła, że Maise stała w nienaturalnie sztywnej pozycji – ramiona ściągnięte, plemy proste, jakby się spodziewała uderzenia. Jej dłonie, wciąż ukryte za plecami, drżały – ledwo zauważalnie, ale jednak. I coś jeszcze: Maise co kilka sekund zmieniała ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jakby coś ją nurtowało, jakby ból, którego nie chciała okazać, w końcu domagał się uwagi.

Blizna. Persephone przypomniała sobie o oparzeniu z dzieciństwa Maise, o szerokiej bliźnie na prawej nodze. Wiedziała, że Maise rzadko o niej mówiła, że była jedną z tych rzeczy, które skrywała pod ciemnymi ubraniami i dystansem. Czy teraz pulsowała bólem? Czy to dlatego Maise tak nienaturalnie stała?

Brix nie potrafiła zachować milczenia tak długo jak Persephone. Jej natura wymagała ruchu, słów, działania.

Nie przyniosłaś kwiatów – powiedziała cicho, nie jako oskarżenie, ale jako obserwację. Jej głos był łagodniejszy niż zwykle, pozbawiony swojej zwykłej energii.

Maise nie odwróciła wzroku od nagrobka.

Nie – odpowiedziała po prostu.

Ani znicza – dodała Brix, choć wiedziała, że to nie jest konieczne. Maise wiedziała, czego nie przyniosła.

Nie.

Znowu cisza. Brix spojrzała na Persephone, szukając wsparcia, ale ta tylko lekko skinęła głową, jakby mówiąc: daj jej czas. Ale Brix nie potrafiła. Ona potrzebowała słów, by wypełnić pustkę, by zrozumieć, co działo się wewnątrz jej przyjaciółki.

Maise... – zaczęła, ale urwała, nie wiedząc, jak kontynuować.

Maise w końcu poruszyła się. Bardzo powoli, jakby każdy ruch kosztował ją wysiłek, przeniosła wzrok z nagrobka na Brix. Jej spojrzenie było zimne, ale w głębi niebieskich oczu Brix dostrzegła coś – cień, który mógł być bólem, ale mógł być też czymś zupełnie innym.

Co? – zapytała Maise, a jej głos był płaski, pozbawiony jakiejkolwiek intonacji.

Ja... – Brix splótła palce, szukając odpowiednich słów. – Po prostu... to twoja babcia. Myślałam, że...

Że co? – przerwała jej Maise, a w jej głosie pojawiła się nuta czegoś, co mogło być gniewem, choć wciąż było to zbyt głęboko ukryte, by mieć pewność. – Że będę płakać? Że uklęknę? Że powiem, jak bardzo ją kochałam?

Brix zamrugała, zaskoczona ostrzeją reakcją.

Nie, ja... nie to chciałam powiedzieć...

Maise odwróciła się z powrotem do nagrobka. Jej dłonie za plecami zacisnęły się mocniej, a drżenie stało się wyraźniejsze.

Nie kochałam jej – powiedziała cicho, ale w jej głosie była pewność, która sprawiała, że słowa brzmiały jak wyrok. – Ona nie była osobą, którą można było kochać.

Persephone weszła do rozmowy, jej głos był spokojny i mierzony:

Maise, odkryłyśmy, że twoja babcia nosiła ciężki sekret. Że ona, Zoya i Eleanor zrobiły coś, co...

Wiem, co zrobiły – ucięła Maise, a w jej słowach było coś, co sprawiło, że Persephone umilkła. – Przestały istnieć trzy morderczynie. I to powinno być końcem historii.

Ale to nie jest koniec – powiedziała Brix, a w jej głosie była ta sama determinacja, którą miała, gdy walczyła o swoje uczucia wobec Zoyi. – One były naszymi babkami. To znaczy coś. To musi znaczyć coś.

Maise milczała przez długi moment. Wiatr poruszał jej włosami, a ona stała nieruchomo jak posąg, jedyna żywa osoba na cmentarzu, która wydawała się bardziej martwa niż kamienie wokół niej.

Ophelia Delvarez – powiedziała w końcu, a jej głos był tak cichy, że Brix i Persephone musiały się nachylić, by ją usłyszeć. – Moja babcia. Kobieta, która wychowywała mnie po śmierci moich rodziców. Kobieta, która nigdy nie uśmiechnęła się do mnie. Nigdy. Ani razu.

Brix poczuła ścisk w gardle. Znała historię Maise – wiedziała, że straciła rodziców młodo, że dorastała z babką, która była chłodna i zdystansowana. Ale słyszeć to teraz, stojąc przed grobem tej kobiety, było czymś zupełnie innym.

Kiedy miałam siedem lat – kontynuowała Maise, a jej głos wciąż był płaski, jakby recytowała fakty z podręcznika – spadłam z roweru. Rozbiłam kolano. Krew była wszędzie. Płakałam. Bolało. A ona... ona po prostu stała nade mną i patrzyła. Jakbym była... jakbym była czymś, co jej nie dotyczyło.

Persephone słuchała w skupieniu. Analizowała słowa Maise, próbując zrozumieć coś, co wykraczało poza logikę – emocje, które nie miały sensu, a jednak istniały.

Raz zapytałam ją, czy mnie kocha – powiedziała Maise, a w jej głosie pojawiło się coś, co mogło być drwiną, ale mogło być też czymś znacznie boleśniejszym. – Miałam dziesięć lat. Byłam... byłam dzieckiem. Dzieci zadają takie pytania. Wiesz, co odpowiedziała?

Brix pokręciła głową, nie ufając swojemu głosowi.

Powiedziała: "Miłość jest dla słabych". I wyszła z pokoju. Tylko tyle. Żadnego wyjaśnienia. Żadnego... niczego.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była inna niż wszystkie poprzednie. Nie była pusta – była pełna niewypowiedzianych rzeczy, pełna lat, które Maise spędziła z tą wiedzą, pełna bólu, który nigdy nie znalazł ujścia.

Maise w końcu spojrzała na nagrobek, a jej oczy były wciąż puste, ale jej dłonie za plecami drżały mocniej niż wcześniej. Blizna na nodze pulsowała bólem – czuła to wyraźnie, jakby ktoś przykładał jej do skóry rozgrzane żelazo. To było irytujące, to było nieprzyjemne, ale przede wszystkim było to przypomnienie – o czym, nie chciała sobie powiedzieć.

Więc nie – powiedziała, a jej głos był cichy, ale twardy. – Nie przyniosłam kwiatów. Nie przyniosłam zniczy. Nie dlatego, że jej nienawidzę. Nienawiść wymaga... czegoś. Emocji. A ja nie czuję nic.

Brix wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć ramienia Maise, ale zatrzymała się w połowie.

To nieprawda – powiedziała cicho. – Wiesz, że to nieprawda.

Maise odwróciła się gwałtownie, a w jej oczach pojawił się błysk, który mógł być gniewem.

Nie mów mi, co czuję – ostrzegła, a jej głos był ostrzejszy niż zwykle. – Nie znasz mnie. Nikt mnie nie zna.

Maise... – zaczęła Persephone, ale Maise uniosła rękę, uciszając ją.

Skończyłyśmy? – zapytała, a w jej głosie nie było pytania – było tylko stwierdzenie. – Widziałam grób. Przeczytałam imię. To wszystko, co miałam do zrobienia.

Ruszyła w stronę wyjścia z cmentarza, nie czekając na odpowiedź. Brix i Persephone wymieniły spojrzenia – w oczach Brix było zmartwienie, w oczach Persephone analityczna uwaga – po czym podążyły za nią.

Szły w milczeniu przez alejki cmentarne. Maise szła przodem, szybko, jakby chciała jak najszybciej opuścić to miejsce. Brix szła obok Persephone, a jej kolorowy płaszcz kołysał się w rytm jej kroków. Włosy, które wcześniej były w nieładzie, teraz próbowała poprawić, zaplatając kosmyk za ucho – nerwowy gest, który zdradzał jej wewnętrzny niepokój.

Ona kłamie – szepnęła Brix do Persephone, gdy Maise była wystarczająco daleko, by nie usłyszeć. – Wiem, że kłamie.

Persephone skinęła głową, ale jej spojrzenie było nieruchome.

Ludzie radzą sobie z bólem na różne sposoby – odpowiedziała równie cicho. – Maise wybrała najtrudniejszy z nich.

Udawanie, że nic nie czuje?

Udawanie przed samą sobą.

Brix spojrzała na plecy Maise, które znikały już za zakrętem alejki. Ciemne ubranie stapiało się z cieniami cmentarza, jakby Maise była częścią tego miejsca – jakby należała do świata zmarłych bardziej niż do świata żywych.

To musi być straszne – powiedziała Brix, a w jej głosie nie było już lekkiego tonu, który zazwyczaj stosowała. – Żyć w ten sposób.

Persephone nie odpowiedziała, ale jej milczący skinienie głową było wystarczającą odpowiedzią.

Wyszły z cmentarza przez główną bramę. Żelazne ozdoby wydawały się teraz mniej przytłaczające, a szum miasta dobiegał do nich wyraźniej – samochody, głosy, odległy klakson. Były z powrotem w świecie żywych, choć każda z nich niosła ze sobą coś z tego, co zostawiły w środku.

Maise zatrzymała się na chodniku przed bramą. Stała nieruchomo, wpatrując się w ulicę, jakby widziała ją po raz pierwszy. Jej dłonie, wciąż ukryte za plecami, powoli opadły, a drżenie ustało – albo przynajmniej stało się tak delikatne, że nie było już widoczne.

Przepraszam – powiedziała, nie odwracając się do przyjaciółek. Jej głos był cichy, ale w tych słowach było coś, co sprawiło, że Brix i Persephone zatrzymały się.

Brix podeszła bliżej, ale zachowała dystans, który Maise mogła zaakceptować.

Za co? – zapytała łagodnie.

Za... – Maise urwała, jakby szukała odpowiednich słów, co nie było w jej stylu. Zazwyczaj mówiła krótko, zwięźle, bez wahania. Teraz jednak wydawała się zagubiona. – Nie powinnam była... tak reagować.

Reagować jak? – zapytała Persephone, a jej głos był neutralny, nieoceniający.

Maise milczała przez chwilę. Wiatr poruszał jej jasnymi włosami, a ona stała z opuszczonymi ramionami – co było nietypowe dla kogoś, kto zazwyczaj trzymał się prosto, jakby zawsze był gotowy do walki.

Nie wiem – odpowiedziała w końcu, a w jej głosie było coś, co mogło być frustracją. – Nie wiem, co czuję. Nie wiem, co powinnam czuć. To... to jest jak pustka. Jakbym stała nad grobem kogoś obcego.

Brix chciała coś powiedzieć, ale Persephone położyła jej dłoń na ramieniu, uciszając ją.

To też jest reakcja – powiedziała Persephone do Maise. – Nie musisz czuć niczego konkretnego. Nie musisz płakać. Nie musisz być jak my.

Maise odwróciła się w końcu do nich. Jej oczy były wciąż zimne, ale drżenie dłoni powróciło – tym razem wyraźniej.

Czy wy... – zaczęła, ale urwała. – Czy wy mnie oceniacie? Za to, że nie czuję tego, co wy?

Brix natychmiast pokręciła głową.

Nie, oczywiście, że nie. Maise, my jesteśmy twoimi przyjaciółkami. Nie musisz udawać przed nami.

Ja nie udaję – odparła Maise szybko, prawie obraźliwie. – To jest to, co czuję. Albo... czego nie czuję.

Persephone skinęła głową ze zrozumieniem, które było bardziej intelektualne niż emocjonalne.

Więc to jest w porządku – powiedziała spokojnie. – Nie musisz niczego wymuszać. Ani przed nami, ani przed samą sobą.

Maise patrzyła na nią przez długi moment, jakby analizowała jej słowa, szukając w nich fałszu lub ukrytych znaczeń. W końcu skinęła głową – raz, krótko – i odwróciła się w stronę centrum miasta.

Chodźmy – powiedziała. – Nie ma sensu tu stać.

Ruszyły w stronę centrum. Szły powoli, nie spiesząc się, jakby żadna z nich nie miała dokąd iść. Miasto wokół nich powoli budziło się do wieczornego życia – latarnie zaczęły się zapalać, witryny sklepów świeciły ciepłym światłem, a ludzie mijali ich, pogrążeni we własnych sprawach.

Były apatyczne, choć każda z nich przeżywała to na swój sposób. Brix patrzyła na witryny, ale nie widziała ich zawartości. Persephone analizowała mijane budynki, ale jej myśli były gdzie indziej. Maise szła przodem, wpatrując się w chodnik, jakby każda płytka była zagadką, którą musiała rozwiązać.

To wszystko jest takie... dziwne – powiedziała w końcu Brix, przerywając milczenie. Jej głos był cichszy niż zwykle, pozbawiony swojej naturalnej wesołości. – Miałam babcę, którą kochałam. Ty miałaś babcię, której nienawidziłaś. Persephone miała babcię, która... – urwała, szukając odpowiedniego słowa.

Która ceniła kontrolę ponad wszystko – dokończyła Persephone, a w jej głosie nie było osądu, tylko stwierdzenie faktu. – I która zmarła w przerażeniu.

I wszystkie trzy były morderczyniami – dodała Maise, a w jej głosie było coś, co mogło być gorzkim śmiechem, choć na jej twarzy nie było uśmiechu. – Co za rodzina.

Nasza rodzina – poprawiła Brix cicho. – To my jesteśmy spadkobierczyniami tego... tego wszystkiego.

Spadkobierczynie morderczyń – powtórzyła Maise, a w jej głosie było coś, co sprawiło, że Brix spojrzała na nią z niepokojem. – Brzmi jak tytuł taniego kryminału.

Nie jest tanim kryminałem – odpowiedziała Persephone analitycznie. – To jest nasze życie. I musimy z nim żyć.

Jak? – zapytała Brix, a w jej głosie była desperacja, której zazwyczaj nie okazywała. – Jak mamy żyć z wiedzą, że nasze babki zamordowały człowieka? Że nosiły ten sekret przez dekady? Że... że zmarły w ten sam dzień, dwadzieścia lat później?

Maise wzruszyła ramionami, ale ten gest był inny niż jej zwykłe, obojętne reakcje. Tym razem w tym ruchu było coś, co sugerowało, że ona też zadaje sobie to pytanie.

Żyjemy – odpowiedziała po prostu. – Wstajemy rano. Jemy śniadanie. Idziemy do pracy. Wracamy do domu. Kładziemy się spać. I następnego dnia robimy to samo.

To brzmi tak... – Brix szukała słowa – ...tak mechanicznie.

Bo jest mechaniczne – odparła Maise. – Życie nie przestaje działać tylko dlatego, że odkryliśmy coś strasznego o ludziach, którzy już nie żyją.

Persephone skinęła głową, choć jej spojrzenie było bardziej zamyślone.

Ma rację – powiedziała do Brix. – Rozpamiętywanie przeszłości nic nie zmieni. Babki nie żyją. Właściciel Quadrille nie żyje. To, co zrobili, należy do historii. My jesteśmy tu, teraz. I musimy iść naprzód.

Brix westchnęła, ale w tym westchnieniu było coś ulgi.

Naprzód – powtórzyła, jakby smakowała to słowo. – W stronę... czego?

Teraźniejszości – odpowiedziała Maise, a w jej głosie było coś, co mogło być determinacją. – Tylko teraźniejszość ma znaczenie. Reszta to tylko... historia.

Szły dalej w milczeniu. Miasto wokół nich tętniło życiem, które nie miało nic wspólnego z ich wewnętrznym światem. Ludzie śpieszyli do domów, samochody mijały ich z szumem, a latarnie rzucały na chodnik plamy światła, które mieszały się z cieniami wieczoru.

W końcu dotarły do skraju cmentarza, gdzie żelazne ogrodzenie ustępowało miejsca miejskim budynkom. Były już prawie wolne – prawie gotowe zostawić za sobą wszystko, co tam znalazły.

I wtedy to się stało.

Przy bramie wyjściowej, tam gdzie cienie cmentarza mieszały się z miejskim światłem, stała dziewczynka.

Była mała, może dziesięć lub jedenaście lat. Miała na sobie białą sukienkę, która w szarzejącym świetle wydawała się lśnić własnym blaskiem. Jej długie, proste, jasne włosy opadały na ramiona w idealnych liniach, a okrągła, dziecięca twarz była skierowana w stronę trzech kobiet.

Brix zatrzymała się pierwsza. Jej oczy rozszerzyły się nieco, a ręka automatycznie sięgnęła do włosów – nerwowy gest, który zawsze pojawiał się, gdy coś ją niepokoiło.

Ojej – szepnęła, choć nie było w tym jej zwykłego, lekkiego tonu. – Skąd...

Persephone również się zatrzymała, a jej analityczny umysł natychmiast zaczął przetwarzać obraz: dziewczynka, biała sukienka, cmentarz o zmierzchu. Elementy nie pasowały do siebie w sposób, który sugerował coś więcej niż przypadek.

Maise stała nieruchomo, wpatrując się w dziewczynkę beznamiętnym wzrokiem. Ale jej dłonie, które właśnie przestały drżeć, znów zaczęły się trząść.

Dziewczynka się uśmiechnęła. Delikatny uśmiech, który nie docierał do jej dużych, ciemnych oczu. Uniosła rękę – powoli, z gracją, która wydawała się niemal nienaturalna u dziecka – i pomachała im na pożegnanie.

I wtedy znikła.

Nie odeszła. Nie pobiegła. Nie schowała się za żadnym budynkiem czy drzewem. Po prostu przestała tam być, jakby światło latarni, które padało na jej białą sukienkę, wchłonęło ją w siebie.

Brix zamarła z otwartymi ustami. Persephone zacisnęła wargi, a w jej oczach pojawiło się coś, co rzadko można było tam zobaczyć – niepewność. Maise stała wciąż nieruchomo, ale jej twarz, zazwyczaj pozbawiona wyrazu, na ułamek sekundy coś zdradziła – coś, co mogło być strachem.

Co... – Brix próbowała wydobyć z siebie słowa, ale jej głos odmówił posłuszeństwa. – Co to było?

Persephone milczała przez długi moment. Jej analityczny umysł pracował, próbując znaleźć logiczne wyjaśnienie dla tego, co właśnie widziały. Ale logika wydawała się nieadekwatna.

Nie wiem – odpowiedziała w końcu, a w jej głosie było coś, co Brix i Maise słyszały bardzo rzadko – przyznanie się do niewiedzy.

Maise nie odezwała się. Wciąż wpatrywała się w miejsce, gdzie przed chwilą stała dziewczynka, a jej dłonie drżały mocniej niż kiedykolwiek wcześniej tego popołudnia. Blizna na nodze pulsowała bólem, który teraz był niemal nie do zniesienia.

Dziewczynka – szepnęła Brix, a w jej głosie była mieszanka strachu i niedowierzania. – W białej sukience. Ona... ona tam była. Widziałyście ją, prawda? Nie tylko ja?

Widziałyśmy – potwierdziła Persephone, a jej głos był spokojniejszy niż stan jej myśli. – Wszystkie trzy.

Więc co to było? Zjawa? Duch? Halucynacja?

Persephone pokręciła głową.

Nie mamy wystarczających danych, by to określić.

Dane? – Brix niemal się zaśmiała, ale w tym śmiechu była histeria. – Perse, właśnie widziałyśmy dziewczynkę, która zniknęła w powietrzu, a ty mówisz o danych?

Persephone spojrzała na nią, a w jej oczach było coś, co mogło być współczuciem.

Staram się zrozumieć to, co się stało – odpowiedziała spokojnie. – To jedyny sposób, w jaki potrafię radzić sobie z... nieoczekiwanymi sytuacjami.

Maise w końcu się poruszyła. Odwróciła się w stronę przyjaciółek, a na jej twarzy znowu był ten chłodny, pozbawiony wyrazu maska. Ale jej oczy – jej niebieskie oczy, które zazwyczaj były puste lub zbyt intensywne – teraz kryły coś, czego Brix i Persephone nie potrafiły rozpoznać.

To nic nie znaczy – powiedziała, a jej głos był cichy, ale pewny. – Cokolwiek to było, nic nie znaczy.

Ale... – zaczęła Brix.

Nic nie znaczy – powtórzyła Maise, a w jej głosie było coś, co sprawiło, że Brix umilkła. – To nie ma nic wspólnego z nami. Z naszymi babkami. Z tym, co odkryłyśmy.

Persephone przyjrzała jej się uważnie.

Skąd wiesz? – zapytała.

Maise nie odpowiedziała od razu. Jej dłonie wreszcie przestały drżeć, ale teraz były zaciśnięte w pięści tak mocno, że kostki jej pobielały.

Nie wiem – przyznała w końcu. – Ale nie zamierzam pozwolić, by jakaś... zjawa... determinowała moje życie. Ani przeszłość, ani... cokolwiek innego.

Ruszyła w stronę centrum, szybszym krokiem niż wcześniej. Brix i Persephone wymieniły spojrzenia – w oczach Brix był niepokój, w oczach Persephone coś, co wyglądało na zaczynające się zrozumienie.

Chodźmy – powiedziała Persephone, ruszając za Maise. – Nie ma sensu tu stać.

Brix pokiwała głową, choć wciąż patrzyła na miejsce, gdzie przed chwilą stała dziewczynka. Biała sukienka. Jasne włosy. Uśmiech, który nie docierał do oczu.

Kim była? – szepnęła do siebie, nie oczekując odpowiedzi.

I ruszyła za przyjaciółkami, zostawiając za sobą cmentarz, groby, i tajemnicę, która właśnie się pogłębiła.

Szły przez miasto w stronę centrum. Wieczór wokół nich stawał się coraz ciemniejszy, a latarnie świeciły coraz jaśniej. Ludzie mijali ich, nieświadomi niczego – nieświadomi tego, co odkryły, nieświadomi dziewczynki w białej sukience, nieświadomi ciężaru, który każda z nich niosła.

Brix szła między Maise a Persephone, a jej kolorowy płaszcz wydawał się teraz mniej jaskrawy. Włosy, które zazwyczaj były w ciągłym ruchu, teraz opadały na ramiona w niemal nieruchomych falach. Z czasem, gdy szły, jej naturalna energia powoli wracała – nie w pełni, nie w tym samym wymiarze co wcześniej, ale wystarczająco, by w jej oczach znów pojawił się ten ciepły, otwarty błysk.

Wiecie co? – powiedziała, przerywając milczenie. – Jestem głodna. Głodna i zmęczona i... i potrzebuję czegoś ciepłego do picia.

Persephone spojrzała na nią, a w kącikach jej ust pojawił się cień uśmiechu.

Kawa? – zapytała, choć znała odpowiedź.

Kawa – potwierdziła Brix z ulgą. – Duża, mocna, gorąca kawa. I może coś słodkiego. Bardzo słodkiego.

Maise nie skomentowała, ale też nie zaprotestowała, co w jej przypadku było równoznaczne z przyzwoleniem.

Skierowały się do kawiarni na rogu najbliższej ulicy. Światło w środku było ciepłe i zapraszające, a zapach świeżo mielonej kawy unosił się w powietrzu. Brix pchnęła drzwi i weszła pierwsza, a dzwonek nad wejściem wydał miły, dźwięczny odgłos.

W środku było ciepło i bezpiecznie. Drewniane stoły, miękkie krzesła, kolorowe poduszki – wszystko to tworzyło atmosferę, która była dokładnym przeciwieństwem tego, co zostawiły na cmentarzu.

Brix usiadła przy stole przy oknie, skąd widziała ulicę. Persephone zajęła miejsce naprzeciwko niej, a Maise usiadła obok, ale tak, że nie dotykała żadnej z nich – zachowując swój dystans, który był jej naturalnym stanem.

Kelnerka podeszła do nich, uśmiechając się przyjaźnie. Brix zamówiła kawę z mlekiem i duży kawałek czekoladowego ciasta. Persephone poprosiła o czarną kawę bez cukru. Maise, po chwili wahania, zamówiła herbatę ziołową – co zaskoczyło przyjaciółki, które spodziewały się, że nie zamówi niczego.

Kiedy kelnerka odeszła, zapadła cisza. Ale tym razem nie była to cisza pełna napięcia – była to cisza wyczerpania, cisza po tym, jak przeżyło się zbyt wiele w zbyt krótkim czasie.

Dzisiaj... – zaczęła Brix, ale urwała, jakby nie wiedziała, jak kontynuować.

Dzisiaj pochowałyśmy nasze babki – dokończyła za nią Persephone, a w jej głosie była ta sama precyzja co zawsze, ale też coś łagodniejszego. – Przynajmniej symbolicznie.

I odkryłyśmy, że były morderczyniami – dodała Maise, a w jej głosie nie było emocji, ale też nie było tej lodowatej obojętności, która charakteryzowała ją na cmentarzu.

I widziałyśmy... coś – Brix nie potrafiła wymówić słowa "duch" ani "zjawa", jakby nadanie temu nazwy sprawiłoby to bardziej realnym.

Persephone skinęła głową.

Widziałyśmy coś – przyznała. – Ale to nie musi nic znaczyć. Nie teraz. Nie dzisiaj.

Nie dzisiaj – powtórzyła Brix z ulgą. – Dzisiaj... dzisiaj po prostu jesteśmy. Jemy ciasto. Pijemy kawę. I żyjemy.

Maise milczała, ale jej dłonie, które wcześniej drżały, teraz spoczywały na stole w spokoju. Blizna na nodze wciąż pulsowała, ale ból był teraz odległy, niemal nieistotny.

Żyły. To było wszystko, co miały znaczenie w tym momencie. Żyły, i miały siebie nawzajem, i miały teraźniejszość, która – choć naznaczona przez przeszłość – wciąż była ich własna.

Kelnerka przyniosła ich zamówienie. Brix wzięła kawałek ciasta i ugryzła go z wyraźną ulgą. Persephone sączyła swoją czarną kawę z namaszczeniem. Maise trzymała filiżankę z herbatą w dłoniach, czerpiąc ciepło, które rozchodziło się po jej zziębniętych palcach.

Za oknem miasto żyło swoim życiem. Ludzie szli ulicą, samochody mijały, latarnie świeciły. A w kawiarni, przy małym stoliku przy oknie, trzy kobiety siedziały razem – każda z nich inna, każda z nich naznaczona przez to, co odkryła, ale wszystkie razem.

To był dopiero początek. Wiedziały to. Były jeszcze pytania bez odpowiedzi, tajemnice bez rozwiązań, zjawy bez wyjaśnień. Ale na ten moment, na tę godzinę, na tę minutę – były po prostu przyjaciółkami, które piją kawę po trudnym dniu.

I to wystarczało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov