102
Teraz
Światło poranka wpadało przez okna jak nieproszony gość, odsłaniając to, co nocą ukrywała ciemność. Brix siedziała na skraju łóżka, wpatrując się w swoje dłonie. Przez głowę przebiegały jej obrazy, które wolałaby zapomnieć – twarz babci Zoyi, ten ostatni moment, gdy ich spojrzenia się spotkały. Dziesięć lat temu. Cztery października. Dzień, który teraz nabierał nowego, przerażającego znaczenia.
Wstała powoli, mechanicznie wykonywała poranne rytuały. Szczotkowała włosy, przykładając przy tym zbyt dużą siłę, jakby chciała wymazać myśli ruchem ręki. W lustrze odbijała się kobieta o znanych rysach, ale obcych oczach. Ciemne kręgi pod powiekami zdradzały bezsenną noc. Nałożyła podkład dwa tony jaśniejszy niż zwykle, próbując ukryć to, co widać było gołym okiem.
W pracy będzie musiała grać tę samą rolę, którą odgrywała od lat. Promienna, pełna energii, gotowa rozśmieszyć każdego, kto tylko zapragnie jej uwagi. Tyle że dzisiaj każdy uśmiech będzie kłamstwem, a każdy śmiech – ucieczką.
Wyszła z mieszkania dwadzieścia minut później niż zwykle, zapominając o drugim śniadaniu, które zwykle pakowała do papierowej torby. Jej papuga Zi obserwowała ją z gałęzi w klatce, pochylając czerwoną główkę na bok, jakby wyczuwała, że coś jest nie tak. Brix machnęła jej ręką na pożegnanie, nie odzywając się słowem.
Droga do studia artystycznego wydawała się dłuższa niż kiedykolwiek. Przeszła obok kawiarni, w której zwykle kupowała latte z wanilią, ale dzisiaj nawet zapach kawy nie zdołał jej skusić. Jej myśli krążyły wokół jednego – cztery października. Data wypalona w pamięci jak piętno. Dzień urodzin Ethaniela Riannon. Dzień śmierci trzech kobiet.
Crilla opowiedziała im o tym z dziwną spokojną, niemal obojętną precyzją. Jakby cytowała dane z encyklopedii. Jej dziadek urodził się tego dnia. Tego samego dnia, dekadę temu, trzy staruszki zmarły w przerażeniu, patrząc na swoje wnuczki.
Brix skręciła w wąską uliczkę prowadzącą do kamienicy, w której mieściło się studio. Drzwi były otwarte, co oznaczało, że Marta – jej współpracownica – już dotarła. Wewnątrz unosił się zapach oleju lnianego i rozpuszczalnika, zwykle kojący, dzisiaj jednak przyprawiający o mdłości.
– Cześć, Brixi! – głos Marty dobiegł z głębi pomieszczenia. – Masz już pomysł na ten portret dla rodziny Horowitz? Termin mija w piątek.
Brix podeszła do swojego stanowiska. Na sztaludzie czekało płótno z ledwo zarysowanym szkicem starszej pary. Powinna była skończyć go dwa dni temu, ale odkrycie w hotelu wywróciło jej świat do góry nogami.
– Pracuję nad tym – odparła, sięgając po pędzel numer cztery.
Jej dłoń drżała, gdy zanurzała włosie w farbie. Utrzymała oddech, próbując opanować drżenie. Zoya też malowała. Brix pamiętała, jak siedziały razem w jej małym mieszkaniu, dzieląc farby i marzenia. Babcia zawsze powtarzała jej, że sztuka jest sposobem na wyrażanie tego, czego słowa nie potrafią nazwać. Teraz Brix rozumiała, dlaczego. Zoya miała na sumieniu śmierć człowieka. Jak można żyć z taką wiedzą i zachować uśmiech?
Pędzel dotknął płótna, zostawiając niepewną kreskę. Brix patrzyła na nią, jakby widziała ją po raz pierwszy. Zwykle jej ruchy były pewne, płynne, niemal taneczne. Dzisiaj każda linia była walką.
– Wszystko w porządku? – Marta stanęła obok, wycierając ręce o brudny fartuch. – Wyglądasz... no wiesz.
Brix wymusiła uśmiech. Dołeczki w policzkach pojawiły się odruchowo, jak maska nakładana tysiące razy.
– Tylko boli mnie głowa. Zmiana pogody, wiesz jak to jest.
Marta przyjrzała jej się uważnie, ale nie naciskała. Wiedziała, że Brix nie lubi rozmawiać o problemach. Że woli żartować niż przyznawać się do słabości.
– Jeśli potrzebujesz przerwy, dam radę sama.
– Nie, nie – Brix machnęła ręką, rozchlapyując trochę żółtej farby na podłogę. – Potrzebuję tylko kawy.
Odstawiła pędzel i podeszła do okna. Na zewnątrz miasto tętniło życiem. Ludzie biegali w różnych kierunkach, pogrążeni w swoich sprawach, nieświadomi, że gdzieś w innym miejscu trzy kobiety próbują ogarnąć myślami morderstwo sprzed siedemdziesięciu lat.
Brix wyjęła telefon. Ekran świecił pustym ekranem. Żadnych wiadomości od Persephone ani Maise. Wiedziała, że one też dzisiaj pracują. Że też próbują przetrwać dzień, udając, że nic się nie stało.
Cztery października. Ta data nie dawała jej spokoju. Przypomniała sobie ten dzień sprzed dekady z bolesną wyrazistością. Była w szpitalu, razem z Maise. Zoya była ciężko chora. Ich spojrzenia, babki i Maise, się spotkały. I w tej samej chwili Zoya zesztywniała, jej oczy rozszerzyły się w niemym krzyku, dłoń powędrowała do klatki piersiowej.
Do dziś Brix pamiętała ten wyraz twarzy. Nie spokój. Nie ulgę. Przerażenie. Czyste, absolutne przerażenie, jakby zobaczyła coś, czego nie powinna była widzieć. Kogoś, kogo nie powinna była spotkać.
Czy to Ethaniel zemścił się po latach? Czy jego duch czekał siedemdziesiąt lat, by odebrać zemstę mordercom? A może Zoya zobaczyła w twarzy wnuczki kogoś innego? Wspólniczkę zbrodni, której twarz zatarła się w pamięci, ale wróciła w ostatniej chwili życia?
Brix nie znała odpowiedzi. I to niepewność była najgorsza.
Maise siedziała przy swoim stanowisku w archiwum miejskim, otoczona stosem dokumentów z XIX wieku. Jej palce przesuwały się po pożółkłych kartkach, notując numery katalogowe i daty w czarnym notatniku. Praca była mechaniczna, uspokajająca w swojej powtarzalności. Właśnie tego potrzebowała.
Jednak myśli nie chciały jej opuścić. Wracają jak bumerang do tego, co odkryły. Do słów Crilli, do zdjęć w hotelowym pokoju, do twarzy babci Ophelii.
Ophelia Delvarez. Kobieta, która wychowała Maise na dystans i samodzielność. Która nauczyła ją, że emocje są słabością, a zaufanie – luksusem, na który nie można sobie pozwolić. Teraz Maise rozumiała dlaczego. Ophelia nosiła w sobie sekret tak ciężki, że musiała zbudować wokół siebie mur. Czy ten chłód był jej naturą, czy obroną? Czy w chwili śmierci, patrząc na wnuczkę, zobaczyła coś, co przypomniało jej o zbrodni?
Maise sięgnęła po kolejny dokument – akt ślubu z 1887 roku. Nazwisko panny młodej było nieczytelne, zatarte przez czas. Użyła miękkiej gumki, by ostrożnie oczyścić papier. Pod jej dotykiem kartka wydawała się krucha, gotowa rozpaść się w pył. Jak prawda o jej babci.
– Maise? – głos koleżanki z pracy, Lidii, przerwał jej zadumę. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy możesz sprawdzić te akty z 1902? Mam problem z odczytaniem jednego nazwiska.
Maise podniosła wzrok. Lidia stała w drzwiach, trzymając teczkę z dokumentami. Jej twarz była zaniepokojona, co było nietypowe – zwykle sprawy w archiwum nie budziły silnych emocji.
– Pokaż – Maise wyciągnęła rękę, starając się, by jej głos brzmiał neutralnie.
Przez lata nauczyła się ukrywać to, co czuje. Dziś jednak jej maska wydawała się cieńsza niż zwykle. Dłonie, które zwykle były pewne i stabilne, drżały ledwo zauważalnie. Ukryła je pod biurkiem, splatając palce.
Lidia położyła przed nią dokument. Maise pochyliła się nad kartką, analizując kaligrafię. Nazwisko było zapisane ozdobnym, ale niestarannym pismem, typowym dla urzędników przełomu wieków.
– To Jackson – powiedziała po chwili. – Zapisali Jack, ale to błąd pisarza. Częste w tamtych czasach.
– Dzięki – Lidia westchnęła z ulgą. – Rodzina pyta o przodków, nie chciałam ich wprowadzić w błąd.
Maise skinęła głową, wracając do swojej pracy. Jednak Lidia nie odchodziła. Stała przy biurku, jakby chciała coś dodać.
– Wszystko w porządku? – zapytała w końcu. – Wyglądasz na zmęczoną.
Maise uniosła wzrok. W oczach Lidii widziała troskę, a może tylko ciekawość. Trudno było ocenić. Ludzie rzadko interesowali się Maise szczerze. Zwykle pytali z uprzejmości, nie oczekując prawdziwej odpowiedzi.
– W porządku – odparła krótko.
Lidia pokiwała głową, choć jej spojrzenie sugerowało, że nie wierzy w te słowa. Ale znała Maise wystarczająco długo, by wiedzieć, że dopytywanie nie ma sensu.
– Jeśli czegoś potrzebujesz...
– Nie potrzebuję.
Słowa zabrzmiały ostrzej, niż Maise zamierzała. Lidia mrugnęła, jakby dostała policzek, i szybko się wycofała, murmural coś pod nosem o pracy.
Maise została sama. Jej wzrok powędrował do okna – wysokiego, z widokiem na parking i rzędami drzew za nim. Liście zaczynały żółknąć, zapowiadając nadejście jesieni. Cztery października. Data, która zmieniła wszystko.
Przypomniała sobie ten dzień sprzed lat. Babcia sparaliżowana po udarze, leżała od dwóch miesięcy, a pani Lilienfeld się nią opiekowała. Kiedy Maise z Persephone weszły do pokoju, Ophelia uniosła wzrok. Ich oczy się spotkały. I wtedy stało się coś, czego Maise nigdy nie zapomni.
Ophelia zaczęła drżeć. Całe jej ciało, zwykle opanowane i kontrolowane, trzęsło się jak w febrze. Jej usta otworzyły się, jakby chciała coś powiedzieć, ale z gardła wydobył się tylko charknięty dźwięk. Potem opadła na oparcie fotelu, a jej oczy pociemniały, zatrzymując się na twarzy przyjaciółki wnuczki.
Wtedy Maise myślała, że babcia umiera z przyczyn naturalnych. Teraz wiedziała, że to nie było takie proste. Ophelia nie umarła na serce. Umarła ze strachu. A konkretnie – ze strachu przed czymś, co zobaczyła w twarzy Persephone.
Maise sięgnęła do torebki, wyjmując telefon. Sprawdziła wiadomości. Żadnych nowości od przyjaciółek. Wiedziała, że one też przetrawiają odkrycie. Że też próbują zrozumieć, co się stało dekadę temu.
Czy to duch Ethaniela Riannon przywołał do siebie swoje morderczynie? Czy może babki, widząc twarze wnuczek, przypomniały sobie twarze kobiet, które pomogły im zabić? Maise nie wierzyła w duchy, w zjawy, w sprawiedliwość zza grobu. Ale nie potrafiła znaleźć logicznego wyjaśnienia. A to ją przerażało najbardziej.
Odłożyła telefon i wróciła do dokumentów. Litery na pożółkłym papierze rozmywały się przed jej oczami. Przymknęła powieki, biorąc głęboki oddech. Musiała zachować kontrolę. Musiała przetrwać ten dzień.
Persephone siedziała przed monitorem komputera, analizując zestawienie danych sprzedażowych dla klienta z branży farmaceutycznej. Cyfry na ekranie układały się w logiczne wzory, które zwykle dawały jej poczucie kontroli. Dzisiaj jednak każda kolumna wydawała się fragmentem większej zagadki, której nie potrafiła rozwiązać.
Jej biurko było idealnie uporządkowane – długopisy ustawione równo w stojaku, dokumenty ułożone w stosy według priorytetu, kubek z kawą postawiony dokładnie na środku podkładki. Ta precyzja była jej tarczą, sposobem na utrzymanie porządku w świecie, który ciągle dążył do chaosu.
Ale odkrycie prawdy o Eleanor zachwiało tym porządkiem.
Persephone wyprostowała się na krześle, sięgając po kubek z kawą. Napój był już zimny, ale wypiła go bez mrugnięcia okiem. Gorzki smak uderzył w kubki smakowe, przypominając jej o rzeczywistości, od której chciała uciec.
Eleanor Goddess. Jej babcia. Kobieta, która była wzorem elegancji i opanowania. Która nauczyła Persephone, że emocje należy kontrolować, a słabości ukrywać. Teraz Persephone rozumiała, dlaczego Eleanor tak bardzo ceniła kontrolę. Miała na sumieniu śmierć człowieka. Musiała żyć z tą wiedzą przez dekady, ukrywając ją nawet przed najbliższymi.
Czy Eleanor bała się, że prawda wyjdzie na jaw? Czy może bała się, że jej wnuczka odziedziczy po niej zdolność do czynienia zła?
– Persephone? – głos szefowej, pani White, wyrwał ją z zamyślenia. – Masz chwilę?
Persephone uniosła wzrok. Szefowa stała w drzwiach gabinetu, trzymając w ręku teczkę z dokumentami. Jej twarz była neutralna, ale Persephone wyczytała w jej oczach coś, co mogło być troską. Albo tylko profesjonalną uprzejmością.
– Oczywiście – odparła, wstając z krzesła.
Ruszyła za szefową korytarzem, mijając biurka kolegów z pracy. Klikanie klawiatur, szmer rozmów, dzwonki telefonów – wszystko to tworzyło tło, w którym Persephone zwykle czuła się bezpiecznie. Dzisiaj jednak każdy dźwięk wydawał się zbyt głośny, każdy ruch zbyt gwałtowny.
Gabinet szefowej był mały, ale uporządkowany z chirurgiczną precyzją. Regały z dokumentami, biurko bez śladu bałaganu, na ścianie dyplom ustawiony idealnie prosto. Persephone usiadła na wskazanym krześle, czekając na to, co usłyszy.
– Chciałam zapytać, jak ci idzie projekt dla Novartis – pani White usiadła naprzeciwko, otwierając teczkę. – Klient pytał o postępy.
– Mam gotową analizę wstępną – Persephone odparła automatycznie. – Przesłałam ją wczoraj wieczorem.
– Widzę – szefowa przejrzała dokumenty, kiwając głową. – Dobra robota. Jak zwykle.
Persephone skinęła głową, czekając na ciąg dalszy. Wiedziała, że to nie był powód wezwania.
– Czy wszystko w porządku? – pani White uniosła wzrok znad papierów. – Wyglądasz na... zmęczoną.
Persephone poczuła, jak jej mięśnie napinają się w obronnym odruchu. Pytanie było proste, uprzejme, normalne w relacji pracowniczej. Jednak dzisiaj brzmiało jak wyzwanie.
– Mam trochę dużo na głowie – odparła, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Projekt, sprawy rodzinne.
– Rozumiem – szefowa pokiwała głową. – Jeśli potrzebujesz dnia wolnego...
– Nie, dziękuję. Poradzę sobie.
Słowa zabrzmiały pewnie, ale Persephone czuła, jak pod powierzchnią tej pewności pulsuje chaos. Nie mogła wziąć dnia wolnego. Nie mogła zostać sama ze swoimi myślami. Przynajmniej w pracy miała coś, co odwracało uwagę.
White przyjrzała jej się przez chwilę, jakby oceniając, czy naciskać. W końcu skinęła głową i zamknęła teczkę.
– Dobra. Daj znać, jeśli cokolwiek się zmieni.
Persephone wróciła do swojego biurka. Usiadła przed monitorem, wpatrując się w cyfry, które teraz nic jej nie mówiły. Sięgnęła do szuflady i wyjęła małą ramkę ze zdjęciem. Na fotografii trzy kobiety – Eleanor, Persephone i jej ojciec Matthew – stały na tle starego dębu w parku. Eleanor miała na sobie elegancką sukienkę w kolorze granatu, włosy upięte w idealny kok, twarz pozbawioną jakichkolwiek emocji. Persephone, wtedy nastolatka, stała obok, próbując naśladować postawę babci. Tylko Matthew uśmiechał się szeroko, nieświadomy, że jego matka nosi w sobie mroczny sekret.
Cztery października. Persephone pamiętała ten dzień z bolesną precyzją. Była w domu opieki dla seniorów, odwiedzając babkę z Brix i dziadkiem Everettem. Najpierw Eleanor wszystkich poznała, wylały się łzy szczęścia, pojawił się przebłysk świadomości i rozbrzmiał śmiech. Dziadek Everett był taki wesoły! Potem Eleanor spojrzała na Brix. Ich spojrzenia się spotkały. I wtedy – to stało się w ułamku sekundy – Eleanor zaczęła łapać powietrze, jej dłonie zacisnęły się przy klatce piersiowej, a oczy rozszerzyły w niemym przerażeniu. Upadła, zanim Persephone zdążyła zrobić krok.
Do dziś Persephone pamiętała ten ostatni wyraz twarzy babci, która spoglądała prosto na Brix. Nie spokój. Nie ulgę. Strach. Czysty, skamieniały strach, jakby Eleanor zobaczyła coś, czego nie powinna była widzieć. Kogoś, kogo nie powinna była spotkać.
Czy to Ethaniel Riannon przywołał ją do siebie? Czy jego duch czekał dekady na zemstę? A może Eleanor, patrząc na twarz wnuczki, zobaczyła kogoś innego? Kobietę, która pomogła jej w morderstwie, której twarz zatarła się w pamięci, ale wróciła w ostatniej chwili życia?
Persephone odłożyła zdjęcie i wróciła do pracy. Cyfry na ekranie wciąż nie miały sensu, ale przynajmniej były bezpieczne. Przewidywalne. W przeciwieństwie do prawdy o jej babci.
Po południu trzy przyjaciółki spotkały się w małej kawiarni przy ulicy Lipowej, niedaleko centrum miasta. Miejsce było ciche, dyskretne, z oddalonymi stolikami, które zapewniały prywatność. Brix przybyła pierwsza, zamawiając herbatę z cytryną, której nie dotknęła. Maise usiadła obok chwilę później, zamawiając czarną kawę bez cukru. Persephone dołączyła do nich ostatnia, siadając naprzeciwko, z notatnikiem w dłoni.
Żadna z nich nie musiała pytać, jak minął dzień. Oczy każdej z nich mówiły wystarczająco dużo.
– Nie mogłam się skupić – Brix przerwała ciszę pierwsza, bawiąc się łyżeczką. – Każdy pacjent w studio pytał, czy jestem chora. Marta też to zauważyła.
– Lidia też – Maise dodała cicho, unikając kontaktu wzrokowego. – O mało nie wybuchłam na nią.
Persephone skinęła głową, notując coś w swoim notatniku.
– Szefowa wzywała mnie do gabinetu. Pytała, czy wszystko w porządku.
– Co jej powiedziałaś? – Brix uniosła wzrok.
– Że mam dużo na głowie. Że poradzę sobie.
– To kłamstwo – Maise stwierdziła płaskim tonem.
– Wiem.
Cisza zapadła nad stolikiem. Kelnerka przyniosła zamówienia, ale nikt nie sięgnął po napoje. Brix wpatrywała się w swoją herbatę, jakby w liściach mogła znaleźć odpowiedzi. Maise siedziała sztywno, dłonie splecione na kolanach. Persephone rysowała coś w notatniku – schemat, diagram, próbę uporządkowania chaosu.
– Musimy porozmawiać o tym, co Crilla nam powiedziała – Persephone podjęła w końcu. – O dacie.
– Cztery października – Brix szepnęła. – Urodziny Ethaniela.
– I dzień śmierci naszych babć – Maise dodała. – Wszystkich trzech.
– W tym samym roku. W tym samym dniu – Persephone kontynuowała. – To nie może być przypadek.
– Więc co to było? – Brix uniosła głos, przyciągając spojrzenia innych klientów. Ściszyła ton. – Duch? Zemsta zza grobu?
– Nie wierzę w duchy – Maise powiedziała stanowczo.
– Ja też – Persephone przytaknęła. – Ale musimy rozważyć wszystkie możliwości.
– Logicznie rzecz biorąc – Persephone zaczęła, używając swojego ulubionego zwrotu – mamy dwie hipotezy. Pierwsza: duch Ethaniela Riannon zemścił się na swoich morderczyniach po siedemdziesięciu latach. Druga: nasze babki, widząc nasze twarze w chwili śmierci, przypomniały sobie twarze wspólniczek zbrodni.
– To znaczy, że... – Brix urwała, jakby nie śmiała dokończyć myśl.
– Że nasze twarze przypominają im twarze kobiet, które pomogły im zabić Ethaniela – Maise dokończyła za nią.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była gęsta jak mgła. Każda z nich przetwarzała tę myśl, próbując zmierzyć się z jej konsekwencjami.
– Ale to nie ma sensu – Brix zaprotestowała. – Nasze babki były w różnym wieku, pochodziły z różnych środowisk. Jak mogły mieć wspólne wspólniczki?
– Crilla powiedziała nam, że Ethaniel krzywdził kobiety – Persephone przypomniała. – Że nasze babki działały z innych powodów, ale wspólnie. Może były inne kobiety, które im pomogły. Kobiety, których my przypominamy.
– A potem te kobiety zniknęły z ich życia – Maise dodała. – Ale ich twarze zostały w pamięci. I wróciły w ostatniej chwili.
– Kiedy zobaczyły nas – Brix szepnęła.
Znowu cisza. Brix sięgnęła po herbatę, ale jej dłonie drżały tak bardzo, że prawie upuściła filiżankę. Maise obserwowała ją kątem oka, ale nic nie powiedziała.
– One nas zawiodły – Brix powiedziała w końcu, głos jej się załamał. – Nigdy nam nie powiedziały prawdy. Pozwoliły nam żyć w kłamstwie.
– Chroniły nas – Maise odparła chłodno. – Albo chroniły siebie.
– Czy to ważne? – Brix uniosła wzrok, a w jej oczach błyszczały łzy. – Kłamały nam przez całe życie. Uśmiechały się, przytulały, opowiadały bajki... a wszystko to było maską.
– Może nie całe – Persephone wtrąciła ostrożnie. – Może nas kochały, mimo wszystko.
– Jak można kochać kogoś i kłamać mu przez dekady? – Brix zapytała, a łzy spłynęły po jej policzkach.
Maise milczała. Jej twarz była nieruchoma, ale dłonie zacisnęły się pod stolikiem. Persephone notowała coś w swoim notatniku, choć nie patrzyła na papier.
– Co zrobimy? – Brix zapytała, ocierając łzy. – Powiemy naszym rodzinom?
– Nie – Maise odparła natychmiast. – To nie nasz sekret do zdradzenia.
– Ale to nasze dziedzictwo – Brix zaprotestowała. – Nasza tożsamość. Jak możemy żyć z tą wiedzą i udawać, że nic się nie stało?
– Tak jak one żyły – Maise powiedziała cicho.
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie od oskarżenia. Brix spojrzała na Maise, szukając w jej oczach czegoś – zrozumienia, współczucia, czegokolwiek. Ale wzrok Maise był pusty, odległy, jakby patrzyła na coś, czego inni nie widzieli.
– Nie jestem jak one – Brix szepnęła. – Nie będę żyć w kłamstwie.
– Nie masz wyboru – Persephone wtrąciła. – Jeśli powiesz swojej rodzinie, zniszczysz pamięć o Zoyi. Zniszczysz wszystko, co o niej wiedzieli.
– Ale to nie jest sprawiedliwe – Brix zapłakała. – One powinny wiedzieć.
– Sprawiedliwość nie istnieje – Maise powiedziała płaskim tonem. – Istnieją tylko konsekwencje.
Brix schowała twarz w dłoniach. Jej ramiona trzęsły się od cichego płaczu. Maise siedziała obok, sztywna i nieruchoma, jakby w ogóle nie zauważała cierpienia przyjaciółki. Persephone patrzyła na nie obie, w jej oczach widać było walkę między logiką a emocjami.
– Musimy dowiedzieć się więcej – Persephone podjęła w końcu. – Zanim zdecydujemy, co zrobić.
– Co jeszcze jest do dowiedzenia? – Brix uniosła głowę, ocierając oczy. – Nasze babki zabiły człowieka. Zmarły w ten sam dzień, patrząc na nas. Co więcej może być?
– Może były inne kobiety – Persephone powiedziała powoli. – Inne wspólniczki. Może one też zmarły w ten sposób.
– Albo żyją – Maise dodała. – I może wiedzą więcej niż my.
– Crilla – Brix szepnęła. – Ona może wiedzieć więcej.
– Ale czy nam powie? – Persephone zapytała retorycznie.
Cisza wróciła nad stolik. Kelnerka podeszła, pytając, czy potrzebują czegoś jeszcze. Wszystkie trzy pokręciły głowami. Kiedy odeszła, Brix sięgnęła po torebkę.
– Muszę iść – powiedziała cicho. – Nie czuję się dobrze.
– Zadzwonię później – Persephone obiecała.
Brix skinęła głową i wyszła z kawiarni, nie oglądając się za siebie. Maise i Persephone zostały same, patrząc na puste krzesło po przyjaciółce.
– Ona tego nie zniesie – Maise stwierdziła.
– Nikt z nas tego nie zniesie – Persephone odparła.
Maise milczała przez chwilę, wpatrując się w swoje dłonie. Kiedy uniosła wzrok, jej oczy były nienaturalnie jasne.
– Moja babcia patrzyła na mnie, gdy umierała – powiedziała cicho. – Patrzyła i drżała. Jakby zobaczyła we mnie potwora.
– Nie jesteś potworem – Persephone zaprzeczyła stanowczo.
– Skąd wiesz? – Maise zapytała. – Jak możesz być pewna, że nie odziedziczyłam po niej zdolności do... tego?
Persephone nie miała odpowiedzi. I to milczenie było gorsze niż jakiekolwiek słowa.
Brix wyszła z kawiarni, kierując się w stronę studia artystycznego. Miała nadzieję, że świeże powietrze pomoże jej ochłonąć, ale myśli wirowały w jej głowie jak szalone. Zoya. Morderczyni. Kobieta, która ją wychowała, kochała i kłamała jej przez całe życie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz