czwartek, 30 kwietnia 2026

101.

101

Teraz

Drzwi apartamentu Brix zamknęły się za nią cicho, ale dźwięk ten zabrzmiał w jej uszach jak strzał. Przez moment stała nieruchomo w przedpokoju, patrząc na kolorowe plakaty na ścianach, na wszystko, co jeszcze godzinę temu stanowiło jej bezpieczny, radosny świat. Wszystko to teraz wydawało jej się obce, jakby należało do kogoś innego — do tej Brix, która jeszcze nie wiedziała.

Zi wydała cichy, witanie się świergot, ale Brix nie odpowiedziała. Ruszyła powoli w stronę salonu, a jej nogi wydawały się ciężkie, jakby poruszała się przez wodę. Usiadła na kanapie, wciąż w płaszczu, wciąż w butach. Jej wzrok padł na szklaną półeczkę, gdzie stało zdjęcie w ramce — Zoya z promiennym uśmiechem, z ramieniem wyciągniętym w stronę obiektywu, jakby chciała przyciągnąć oglądającego do siebie. Brix sięgnęła po nie odruchowo, a potem zatrzymała dłoń w pół ruchu.

Ojej — szepnęła, ale słowo to zabrzmiało pusto, bez zwykłej lekkiej intonacji.

Wtedy to przyszło. Nie powoli, nie stopniowo, ale jak fala, która wreszcie przerywa tamę. Brix zgięła się wpół, zdjęcie wypadło jej z drżących palców na miękki dywan, a z jej gardła wydobył się dźwięk, który nie przypominał niczego, co kiedykolwiek z siebie wydawała. To nie był płacz. To był skowyt, dziki i rozdzierający, który wypełnił całe pomieszczenie i odbił się echem od ścian.

Zi zaczęła nerwowo ćwierkać, machać skrzydłami w klatce, ale Brix tego nie słyszała. Jej ręce zacisnęły się na materiale spodni, palce tak mocno wpiły się w tkaninę, że pobielały kostki. Łzy płynęły strumieniami, niepowstrzymane, gorące, zalewając twarz, spływając po szyi, wsiąkając w kołnierz płaszcza. Całe jej ciało trzęsło się, wstrząsane spazmami, które przychodziły falami, każda kolejna silniejsza od poprzedniej.

Jak mogłaś? — wydusiła z siebie między łkaniem, głos załamany, drżący, dotykając mocno kciukiem do tatuażu na nadgarstku. — Jak mogłaś mi nie powiedzieć?

Przed oczami przesuwały jej się obrazy — Zoya, która uczyła ją piec ciasto, śmiejąc się, gdy mąka lądowała wszędzie, tylko nie w misce. Zoya, która przytulała ją mocno, gdy Brix wracała ze szkoły z powycieranymi kolanami i łzami w oczach. Zoya, która zawsze, zawsze, zawsze powtarzała jej, że jest dobra, że jest kochana, że jej serce jest czyste.

Czy to było kłamstwo? Czy każdy uścisk, każde pocieszenie, każde "kocham cię, moja mała Brix" było tylko zasłoną, maską, za którą kryło się to? Morderstwo. Krew na rękach. Ciało ukryte w ciemnym pokoju hotelowym.

Brix chwyciła poduszkę i przycisnęła ją do twarzy, jakby chciała stłumić ten potok emocji, które z niej wyciekały. Ale to nie pomagało. Jej płacz stawał się tylko głośniejszy, bardziej rozpaczliwy, wypełniając całe mieszkanie dźwiękiem bólu, którego nie dało się zignorować. Zi teraz krzyczała razem z nią, jej pióra rozbłysły czerwienią w świetle lamp, ale Brix była gdzieś daleko, pogrążona w otchłani, której nie potrafiła nazwać.

Dlaczego? — szlochała, słowa ledwo zrozumiałe. — Dlaczego mi nie powiedziałaś? Mogłam... mogłam zrozumieć. Mogłam ci pomóc!

Ale czy mogłaby? Czy dwudziestosestolatka, która uciekała w żarty i uśmiechy, która bała się poważnych rozmów, która nie potrafiła znieść ciszy — czy ona naprawdę mogłaby zrozumieć morderstwo? Zbrodnię zaplanowaną z zimną krwią?

Brix podniosła głowę, jej twarz była opuchnięta, oczy zaczerwienione, nos lepił się od wydzielin. Wzięła głęboki, drżący wdech, próbując się uspokoić, ale jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w nieregularnym rytmie, jakby płuca zapomniały, jak należy pracować. Sięgnęła po zdjęcie, które upadło na dywan. Zoya wciąż się uśmiechała, niewzruszona, jakby nic się nie stało.

Babcia — szepnęła Brix, a słowo to smakowało inaczej niż wcześniej. Jak popiół. Jak coś, co powinno być słodkie, a okazało się gorzkie.

Papuga przestała krzyczeć, teraz tylko cicho ćwierkała, przekręcając główkę na bok, obserwując swoją właścicielkę tymi czarnymi, paciorkowatymi oczami. Brix wyciągnęła rękę w stronę klatki, palce jej drżały, a tatuaż na nadgarstku — mała papużka — wydawał się teraz ironiczny, przypomnieniem wszystkiego, co utraciła.

To nie jest fair — powiedziała głośniej, a w jej głosie pojawiła się nuta złości, ostry, obcy ton. — Nie fair! Nie możesz... nie mogłaś mnie zostawić z tym samą!

Rzuciła zdjęciem o ścianę. Ramka rozbiła się z trzaskiem, szkło rozsypało się na podłodę, ale zdjęcie zostało nienaruszone, Zoya wciąż się uśmiechała, niewzruszona, jakby obserwowała wnuczkę z odległości, której Brix nie mogła pokonać.

Wtedy Brix zwinęła się w kłębek na kanapie, przyciągając kolana do klatki piersiowej, chowając twarz w dłoniach. Jej płacz powrócił, ale teraz był inny — nie ten dziki, rozdzierający skowyt, ale cichy, rozpaczliwy szloch, który wyciskał się z niej powoli, jak ostatnie resztki powietrza z balona. Jej ramiona trzęsły się, całe ciało drżało, a w głowie kłębiły się myśli, które nie dawały jej spokoju.

Czy Zoya myślała o niej, kiedy to robiła? Czy w ogóle myślała o przyszłości, o wnuczkach, którzy pewnego dnia dowiedzą się prawdy? Czy w ogóle przyszło jej do głowy, że Brix będzie siedzieć w swoim kolorowym mieszkaniu, patrząc na rozbite szkło i czując, jak jej świat rozpada się na kawałki?

Chciałam tylko... — Brix urwała, nie wiedząc, jak dokończyć. Chciałam tylko, żebyś była taka, jak myślałam. Chciałam tylko, żeby to nie była prawda.

Zi zaczęła nucić melodię, którą Brix nauczyła ją lata temu — prostą, wesołą piosenkę, którą śpiewały razem w słoneczne poranki. Ale teraz, w tym pomieszczeniu wypełnionym bólem, brzmiała to jak wyśmiewczy pogrzebowy marsz, przypomnienie wszystkiego, co zostało stracone.


Maise stała przy oknie, ręce splecione za plecami, palce tak mocno zacisnięte na nadgarstkach, że skóra pod nimi zbielała. Jej wzrok był utkwiony w ciemność za szybą, w punkcie gdzieś daleko, na horyzoncie, gdzie światła miasta rozmywały się w nocne niebo. Nie płakała. Nie krzyczała. Jej twarz była gładka, nieprzenikniona, maska, którą nosiła od lat, która stała się jej drugą skórą.

Ale w środku — w środku trzęsła się cała.

To był ten rodzaj drżenia, który nie przejawia się na zewnątrz, który kryje się głęboko w mięśniach, w kościach, w samym rdzeniu. Maise czuła je w mostku, w brzuchu, w palcach, które zaciskały się za plecami. To było jak wstrząs sejsmiczny, który nie widać na powierzchni, ale który przesuwa fundamentami, rozsadza je od środka.

To tylko informacje — szepnęła do siebie, głos równy, chłodny, bezbarwny. — To nic nie zmienia.

Ale to było kłamstwo i ona o tym wiedziała. To zmieniało wszystko.

Ophelia Delvarez. Jej babcia. Kobieta, która zawsze patrzyła na nią tym swoim spokojnym, oceniającym wzrokiem, która nigdy nie okazywała emocji, która była jak lodowaty pomnik w ludzkiej formie. Maise zawsze myślała, że to tylko charakter — dystans, chłód, wyniosłość. Że Ophelia po prostu była taka, jak była, i nie trzeba tego rozumieć, tylko zaakceptować.

Ale teraz wiedziała, że ten chłód krył coś więcej. Że za tą nieruchomą twarzą, za tymi nieprzeniknionymi oczami, kryła się kobieta, która zabiła człowieka. Która zaplanowała to z zimną krwią, z dwiema innymi kobietami, i która nosiła ten sekret przez dziesięciolecia, aż do samej śmierci.

Maise przymknęła oczy, ale obrazy i tak przychodziły. Ophelia w jej wspomnieniach — siedząca w fotelu przy kominku, dłonie złożone na kolanach, wzrok utkwiony w płomieniach. Ophelia, która nigdy nie mówiła "kocham cię", która nigdy nie przytulała, która traktowała wnuczkę z tym samym dystansem, jaki zachowywała wobec całego świata. Czy to dlatego? Czy ten sekret był jak mur, który zbudowała wokół siebie, żeby nikt nie zobaczył, co naprawdę zrobiła?

To bez znaczenia — powiedziała Maise, a słowa te zabrzmiały pusto w ciszy mieszkania.

Otworzyła oczy i spojrzała na swoje odbicie w szybie. Blada twarz, jasne włosy, niebieskie oczy, które patrzyły na nią z oceną. Wyglądała jak Ophelia. Ten sam kształt twarzy, te same kości policzkowe, ta sama rezerwa w spojrzeniu. Czy ona też będzie taka? Czy też będzie nosić sekrety, które zamienią jej krew w lód?

Maise puściła nadgarstki i splótła dłonie ponownie, mocniej, aż pociemniały jej kostki. Jej oddech był równy, kontrolowany, ale serce waliło jej w piersi jak młot, jakby chciało wydostać się na zewnątrz, uciec od tego, co teraz wiedziało.

Podeszła do regału z książkami, przeciągnęła palcem po grzbietach tomów. Historia. Zawsze historia. Jej specjalność, jej pasja, jej sposób na rozumienie świata. Ale teraz historia stanęła jej przed oczami w zupełnie nowym świetle. Jej własna babcia była częścią historii — historii, którą badała, którą analizowała, którą starała się zrozumieć.

Wyciągnęła stary notatnik z półki, ten, w którym notowała swoje przemyślenia o badaniach genealogicznych. Otworzyła go na stronie, gdzie zapisała notatki o Ophelii — data urodzenia, ślubu, miejsca zamieszkania. Sucha faktografia, nic, co wskazywałoby na to, co kryło się pod powierzchnią.

Kim byłaś naprawdę? — zapytała cicho, patrząc na swoje własne notatki.

Nie było odpowiedzi. Ophelia nie żyła, a jej sekret umarł razem z nią — przynajmniej do teraz. Teraz, kiedy Maise wiedziała, wszystko, co myślała o swojej babce, musiało zostać przemyślane od nowa.

Rzuciła notatnik na biurko. Uderzył o blat z głuchym stuknięciem. Maise podeszła do okna ponownie i stanęła tam, gdzie stała wcześniej, ręce za plecami, wzrok utkwiony w ciemność. Jej ciało wciąż drżało w środku, wstrząsy przechodziły przez nią falami, ale na zewnątrz była nieruchoma jak posąg.

Pomyślała o Brix, która pewnie teraz płakała, wyła, rozpaczała w swoim kolorowym mieszkaniu. Pomyślała o Persephone, która pewnie siedziała przy biurku i próbowała to wszystko zanalizować, zrozumieć, włożyć w logiczne ramy. A ona? Ona stała tu, w ciemności, i czuła, jak lód w jej żyłach zamienia się w coś innego — w pęknięcia, w szczeliny, przez które wyciekało coś, czego nie potrafiła nazwać.

To nie był żal. Nie było to też poczucie winy. To było coś głębszego, bardziej pierwotnego — świadomość, że jej krew nie jest czysta. Że w jej rodzinie, w jej genach, w jej dziedzictwie jest morderstwo. Że kobieta, która dała jej życie, dała jej też ten ciężar, ten cień, który będzie jej towarzyszył do końca dni.

To bez znaczenia — powtórzyła, ale głos jej drgnął, najmniejsza, niemal niezauważalna zmiana, która zdradzała, jak bardzo to było kłamstwo.

Za oknem wiatr poruszył drzewami, ich gałęzie rysowały się na tle nieba jak pęknięcia na szkle. Maise obserwowała je, czując, jak pęknięcia w niej samej powiększają się, rozchodzą, sięgają głębiej, niż kiedykolwiek przypuszczała.


Persephone siedziała przy biurku, dłonie przyciśnięte do skroni, palce masowały pulsujące tętnice. Ból głowy pojawił się niemal natychmiast po powrocie do domu, jakby jej mózg buntował się przeciwko natłokowi myśli, które próbowały się w nim zmieścić. To był ten rodzaj bólu, który rozpoczyna się za oczami i promieniuje na całą czaszkę, który sprawia, że każda myśl jest jak uderzenie młotem, każde światło jak igła wbijająca się w siatkówkę.

Zamknęła oczy, ale to nie pomogło. Myśli i tak przychodziły, jedna po drugiej, logiczne, metodyczne, nieubłagane.

Eleanor Goddess. Jej babcia. Kobieta, która nauczyła ją, że emocje należy kontrolować, że racja jest najważniejsza, że porządek i logika są fundamentami życia. Kobieta, która zawsze wydawała się tak... doskonała. Tak opanowana. Tak niewzruszona.

A teraz Persephone wiedziała, dlaczego.

Sięgnęła po notatnik leżący przed nią na biurku. Strony były zapisane jej równym, precyzyjnym pismem — pytania, hipotezy, wnioski. "Dlaczego?" "Jak?" "Co to oznacza?" "Dlaczego nic nie powiedziała?" Każde pytanie prowadziło do kolejnego, każda odpowiedź rodziła nowe wątpliwości.

To nie ma sensu — szepnęła, a słowa te były jednocześnie stwierdzeniem i pytaniem.

Jej mózg próbował to przetworzyć, próbował znaleźć wzór, logikę, wyjaśnienie. Ale to było niemożliwe. Morderstwo nie mieściło się w żadnym z ram, które Persephone zbudowała dla swojej babci. Eleanor była kobietą zasad, kobietą, która zawsze postępowała właściwie — przynajmniej tak myślała.

Persephone wstała od biurka i podeszła do regału z książkami. Jej wzrok przesuwał się po grzbietach tomów — filozofia, psychologia, socjologia. Książki, które Eleanor jej podarowała przez lata, które miały ją kształcić, czynić lepszą, mądrzejszą. Teraz każda z nich wydawała się ironiczna. Czy Eleanor czytała je, szukając usprawiedliwienia dla tego, co zrobiła? Czy szukała w nich sposobu na zrozumienie własnej zbrodni?

Wyciągnęła jeden tom — "Etyka i moralność w społeczeństwie" — i otworzyła go na stronie tytułowej. Dedykacja Eleanor: "Dla mojej drogiej Persephone, niech zawsze szuka prawdy. Babcia."

Prawda.

Persephone wydała z siebie dźwięk, który był czymś pomiędzy śmiechem a jękiem. Prawda. Eleanor pisała o prawdzie, podczas gdy sama żyła w kłamstwie przez dziesięciolecia. Jak mogła? Jak mogła patrzeć jej w oczy, uczyć ją, doradzać jej, wiedząc, że jej ręce są splamione krwią?

Ból głowy nasilił się, pulsował za jej oczami jak drugie serce. Persephone zamknęła książkę i przycisnęła ją do klatki piersiowej, jakby mogła jej ciepło przynieść ulgę. Ale książka była zimna, jak wszystko inne w tym mieszkaniu, które nagle wydawało się obce.

Usiadła na krawędzi fotela, wciąż trzymając tom w ramionach. Jej wzrok padł na zegar stojący na kominku. Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Czas płynął, nieubłagany, tak jak płynął przez wszystkie te lata, kiedy Eleanor nosiła swój sekret. Ile razy siedziała w tym pokoju, patrząc na ten sam zegar, myśląc o tym, co zrobiła? Ile razy jej wzrok zatrzymywał się na tym samym miejscu, gdzie teraz patrzyła Persephone?

Dlaczego mi nie powiedziałaś? — zapytała cicho, jakby Eleanor mogła ją usłyszeć. — Mogłam... mogłam cię zrozumieć.

Ale czy mogłaby? Czy Persephone, która wszystko analizowała, która wszystko musiała zrozumieć i wytłumaczyć, mogłaby zaakceptować fakt, że jej babcia — jej wzór, jej mentor, jej ideał — była morderczynią?

Otworzyła książkę ponownie, tym razem na przypadkowej stronie. Jej wzrok padł na akapit o moralnym relatywizmie, o tym, że to, co jest złe w jednym kontekście, może być dobre w innym. Czy Eleanor czytała te słowa? Czy szukała w nich pocieszenia? Czy myślała, że zabicie Ethaniela Riannona było moralnie usprawiedliwione?

Persephone wiedziała, co powiedziała Crilla. Że Riannon był potworem, że zasłużył na to, co go spotkało. Ale to nie zmieniało faktu, że jej babcia — wszystkie ich babki — zaplanowały morderstwo. Zimno. Metodycznie. Z premedytacją.

To nie było w samoobronie. To nie był wypadek. To była egzekucja.

Persephone odłożyła książkę na kolana i zamyśliła się. Jej mózg pracował gorączkowo, mimo bólu głowy, który teraz pulsował w każdej komórce jej czaszki. Próbowała połączyć kropki, znaleźć wzór, zrozumieć.

Eleanor, Zoya i Ophelia. Trzy kobiety z różnych środowisk, które połączył sekret. Co je łączyło poza tym? Dlaczego właśnie one? Jak się poznały? Jak zdecydowały, że morderstwo jest jedynym wyjściem?

Pytania mnożyły się, a odpowiedzi nie nadchodziły. Persephone wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz noc była cicha, spokojna, obojętna na dramat, który rozgrywał się w jej wnętrzu. Lampy uliczne rzucały żółtawe światło na chodnik, gdzieś w oddali przejechał samochód, zostawiając za sobą smugę czerwonych świateł.

Persephone przycisnęła czoło do zimnej szyby. Chłód był kojący, lekko łagodził ból głowy. Zamknęła oczy i spróbowała myśleć o czymś innym — o pracy, o psie Van, o spotkaniu w przyszłym tygodniu. Ale jej myśli zawsze wracały do tego samego miejsca. Do Eleanor. Do morderstwa. Do kłamstwa, które zdefiniowało całe jej życie.

Byłam pewna, że cię znają — szepnęła do szyby, do swojego odbicia, do wspomnienia babci. — Byłam pewna, że wiem, kim jesteś.

Ale nie wiedziała. I to było najgorsze — świadomość, że wszystko, co myślała o swojej babci, było oparte na fałszu. Że kobieta, którą podziwiała, szanowała, kochała, była kimś zupełnie innym. Kimś, kto był zdolny do zabicia.

Persephone odsunęła się od okna. Ból głowy teraz był tak silny, że musiała przymknąć oczy, czując, jak jej żołądek ściska się w reakcji na ten nieznośny ucisk. Podeszła do kuchni, nalała sobie szklankę wody, wypiła ją małymi łykami, jakby to mogło cokolwiek zmienić.

Ale nic się nie zmieniało. Prawda była ta sama, niezależnie od tego, ile wody wypiła, ile razy zamknęła oczy, ile razy próbowała to zanalizować. Jej babcia była morderczynią. I nic, co Persephone zrobi, nie mogło tego zmienić.


Brix leżała na kanapie, zwinięta w pozycji embrionalnej, twarz zwrócona ku oparciu. Jej płacz ucichł do cichego, regularnego szlochu, który wstrząsał jej ramionami w równych odstępach czasu, jakby jej ciało działało na autopilocie, nie potrzebując już świadomej kontroli.

Zdjęcie Zoi leżało na podłodze, twarzą do góry, uśmiechając się do sufitu. Brix nie mogła na nie patrzeć. Każdy raz, gdy jej wzrok padał na nie, czuła nową falę bólu, nowy skurcz w klatce piersiowej, jakby ktoś ściskał jej serce w pięści.

Chciałam tylko, żebyś była ze mną szczera — szepnęła, głos ochrypły od płaczu. — Tylko tego chciałam.

Zi przestała ćwierkać, siedziała cicho na swojej żerdzi, głowa schowana pod skrzydłem, jakby nawet ona potrzebowała odciążyć się od tego ciężaru. Mieszkanie było ciche, jeśli nie liczyć cichego szlochu Brix i odległego szumu miasta za oknem.

Brix sięgnęła po telefon, który upadł gdzieś obok niej na poduszkę. Ekran rozbłysnął, pokazując powiadomienia — wiadomości od znajomych, powiadomienia z mediów społecznościowych, wszystko to, co zwykle stanowiło tło jej życia. Teraz wydawało się to tak odległe, tak nieistotne. Jakby należało do innego świata, świata, w którym jej babcia nie była morderczynią.

Otworzyła galerię zdjęć i zaczęła przewijać, patrząc na twarz Zoi w różnych momentach ich wspólnego życia. Zoya na urodzinach Brix, z tortem w rękach, śmiejąca się szeroko. Zoya na spacerze, w kapeluszu chroniącym przed słońcem, z ręką wyciągniętą w stronę obiektywu. Zoya w szpitalu, tuż przed śmiercią, blada i chuda, ale wciąż uśmiechnięta, wciąż patrząca na Brix z miłością.

Czy to była miłość? Czy można kochać i jednocześnie kłamać przez całe życie? Czy można być dobrą babcią i morderczynią w tym samym czasie? Czy można kochać męża tak mocno i być morderczynią?

Brix zamknęła aplikację i rzuciła telefon na drugi koniec kanapy. Nie miała odpowiedzi. Nikt ich nie miał. Zoya zabrała je ze sobą do grobu, zostawiając Brix z samymi pytaniami.

Wstała powoli, nogi jej drżały. Podeszła do klatki Zi i otworzyła drzwiczki. Papuga wyskoczyła natychmiast, wspięła się po jej ramieniu, złożyła głowę na jej szyi, wydając cichy, kojący dźwięk. Brix zamknęła oczy i pozwoliła sobie na ten jeden moment słabości, ten jeden moment, w którym mogła poczuć, że coś w jej życiu wciąż jest stałe, wciąż jest prawdziwe.

Przynajmniej ty mnie nie okłamiesz, prawda? — szepnęła, a Zi odpowiedziała cichym ćwierknięciem, jakby potwierdzając.

Ale nawet to nie przyniosło jej ulgi. Bo Brix wiedziała, że jutro, i pojutrze, i za tydzień, i za miesiąc, prawda o Zoi wciąż będzie tu, wciąż będzie ją prześladować. Że jej kolorowy świat, pełen uśmiechów i żartów, na zawsze zostanie przyćmiony przez ten cień.


Maise wciąż stała przy oknie, choć minęły już godziny. Jej nogi zdrętwiały, plecy jej bolały, ale ona nie ruszała się, jakby zastygła w tej pozycji, jakby jakikolwiek ruch mógł złamać kruchą równowagę, którą utrzymywała.

Jej myśli krążyły w kółko, wracając zawsze do tego samego punktu. Ophelia. Morderstwo. Krew. Kłamstwo.

Pomyślała o wszystkich tych momentach, kiedy jej babcia patrzyła na nią tym swoim chłodnym wzrokiem, kiedy mówiła jej, że emocje są słabością, że przywiązanie jest pułapką, że niezależność jest jedyną rzeczą, która ma znaczenie. Czy to było nauczenie? Czy Ophelia mówiła jej, jak żyć, żeby nie popełnić tego samego błędu, co ona? Żeby nie pozwolić, by emocje doprowadziły ją do zbrodni?

Maise przymknęła oczy. To była możliwe. Może Ophelia nie była zimna z natury — może nauczyła się tego, zmuszona przez okoliczności. Może jej chłód był tarczą, którą nosiła, żeby chronić siebie i innych przed tym, co kryło się w jej przeszłości.

Ale to nie zmieniało faktu, że zabiła.

Maise otworzyła oczy i spojrzała na swoje dłonie. Były blade, smukłe, z długimi palcami — dłonie badaczki, dłonie, które przewracały strony starych ksiąg, które notowały fakty i daty. Czy te dłonie odziedziczyły po Ophelii coś więcej niż tylko kształt? Czy w jej genach było to samo? Czy ona też była zdolna do czegoś takiego?

Nie — szepnęła, a słowo to było jak przysięga. — Nie jestem tobą.

Ale czy była tego pewna? Czy mogła być pewna czegokolwiek po tym, co się dowiedziała?

Maise odwróciła się od okna i podeszła do lustra wiszącego w przedpokoju. Jej odbicie patrzyło na nią z oceną, z tym samym chłodnym wzrokiem, który pamiętała z twarzy Ophelii. Przesunęła palcem po swojej szczęce, po kościach policzkowych, po linii ust. Tak podobna. Tak strasznie podobna.

Kim jesteś? — zapytała swojego odbicia. — Naprawdę?

Odbicie nie odpowiedziało. Tylko patrzyło na nią, niewzruszone, jakby znało odpowiedź, ale nie chciało jej zdradzić.

Maise odeszła od lustra i usiadła na krawędzi fotela w salonie. Jej ciało wciąż drżało w środku, te nieustanne wstrząsy, które nie dawały jej spokoju. Ale na zewnątrz była spokojna, opanowana, taka sama jak zawsze.

Przynajmniej taką chciała być.


Persephone wróciła do biurka, głowa wciąż jej pulsowała, ale teraz ból był odległy, jakby pochodził z innego miejsca, od innej osoby. Jej notatnik był otwarty przed nią, strony zapisane równymi liniami tekstu.

Napisała: "Eleanor Goddess. Zabiła człowieka. Dlaczego?"

Pod spodem dodała: "Crilla mówiła, że to była obrona. Że Riannon był potworem. Czy to usprawiedliwia morderstwo?"

I jeszcze niżej: "Co to oznacza dla mnie? Czy jestem do niej podobna?"

To ostatnie pytanie nie dawało jej spokoju. Persephone zawsze myślała, że jest podobna do Eleanor — ta sama kontrola, ten sam dystans, ta sama potrzeba porządku i logiki. Ale czy to podobieństwo sięgało głębiej? Czy w niej też było to, co pozwoliło Eleanor zabić?

Persephone odłożyła długopis i zamyśliła się. Jej mózg pracował powoli, ociężale, przytłoczony bólem głowy i ciężarem emocji, których nie potrafiła nazwać. Próbowała podejść do tego analitycznie, jak do każdego innego problemu — zebrać fakty, zanalizować je, wyciągnąć wnioski. Ale to nie był problem, który dawało się rozwiązać logiką. To był problem serca, a serce Eleanor — i jej własne — nie poddawało się łatwo analizie.

Wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz noc była ciemna, bezgwiezdna, jakby niebo też było w żałobie. Persephone przycisnęła dłoń do szyby, czując chłód pod palcami.

Babcia — szepnęła. — Dlaczego?

Nie było odpowiedzi. Tylko cisza, tylko mrok, tylko pulsujący ból w jej skroniach, który przypominał jej, że jest żywa, że czuje, że nie jest tak opanowana, jak myślała.

Wtedy jej telefon zawibrował na biurku. Persephone odwróciła się i spojrzała na ekran. Wiadomość od Brix: "Nie mogę spać. Ty?"

Persephone nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na te proste słowa, na ten dowód, że nie była sama w swoim bólu. Że gdzieś tam, w innym mieszkaniu, w innej części miasta, Brix też nie mogła spać. Że Maise pewnie też była wciąż na nogach, wciąż walcząca z tym, co wiedziała.

W końcu napisała: "Ja też nie. Boli mnie głowa."

Odpowiedź przyszła natychmiast: "Ja płaczę od dwóch godzin. Oczy mam jak pięści."

Persephone pozwoliła sobie na krótki, gorzki uśmiech. Przynajmniej Brix była szczera ze swoimi emocjami. Przynajmniej jedna z nich nie próbowała udawać, że wszystko jest w porządku.

Napisała: "Spotkamy się w przyszłym tygodniu, jak planowałyśmy. To wszystko... to wymaga czasu."

Brix nie odpowiedziała od razu. Persephone czekała, patrząc na ekran, na trzy kropki, które pojawiały się i znikały, jakby Brix nie mogła zdecydować, co napisać.

W końcu przyszła odpowiedź: "Tak. Czas. Ale czy to cokolwiek zmieni?"

Persephone nie wiedziała. Nie miała odpowiedzi na to pytanie, tak jak nie miała odpowiedzi na żadne inne, które kłębiły się w jej głowie. Odłożyła telefon i wróciła do okna, patrząc w ciemność, która zdawała się patrzeć na nią w zamian.


W trzech różnych mieszkaniach, w trzech różnych częściach miasta, trzy kobiety zmagały się z tą samą prawdą. Każda na swój sposób — Brix przez łzy, Maise przez milczenie, Persephone przez analizę. Ale wszystkie one były połączone tym samym ciężarem, tym samym cieniem, tą samą świadomością, że ich babki nie były tymi, za które je miały.

Noc ciągnęła się w nieskończoność, a one nie mogły znaleźć spokoju. Bo jak można znaleźć spokój, gdy fundamenty, na których zbudowało się całe życie, nagle się zapadają? Gdy wszystko, co wiedziało się o swojej rodzinie, o swojej krwi, o swoim dziedzictwie, okazuje się kłamstwem?

Brix w końcu zasnęła na kanapie, z Zi na ramieniu i zdjęciem Zoi leżącym na podłodze obok niej. Jej sen był niespokojny, przerywany szlochem, który wydostawał się z jej ust nawet w nieświadomości.

Maise siedziała w fotelu, wciąż w tej samej pozycji, ręce splecione na kolanach, wzrok utkwiony w przestrzeń. Jej ciało przestało drżeć, ale w środku wciąż czuła te wstrząsy, te pęknięcia, które nigdy się nie zagoją.

Persephone leżała w łóżku, oczy otwarte, patrząc w sufit. Ból głowy zelżał, ale nie zniknął całkowicie, jakby był teraz częścią jej istnienia, stałym przypomnieniem tego, co odkryła.

Wszystkie trzy były same. Wszystkie trzy cierpiały. Wszystkie trzy wiedziały, że jutro, gdy wstanie słońce, prawda wciąż będzie tu, czekając na nie.

A gdzieś, w oddali, hotel Quardille stał w swojej ciszy, strzegąc sekretów, które wyrzucił na świat. Pokój 215 był pusty, ciemny, czekał na kolejne rozdziały historii, która jeszcze się nie skończyła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov