62
Trzy lata wcześniej – Crilla Riannon
Mieszkanie Crilli Riannon było jak zaciśnięta dłoń — nie tyle małe, co przytłaczająco bliskie, jakby ściany z każdym dniem przesuwały się o milimetr do środka. Powietrze stało w nim ciężkie, przesiąknięte zapachem starego kurzu i wilgoci, której nie sposób było wygonić nawet przy otwartym oknie.
Ściany miały kolor zmęczonej szarości, miejscami przechodzącej w brudną żółć. Farba łuszczyła się cienkimi płatami, odsłaniając wcześniejsze warstwy — jakby ktoś wielokrotnie próbował zamalować historię tego miejsca, lecz nigdy nie doprowadził pracy do końca. W kątach zbierał się cień, gęstszy niż gdzie indziej, jakby światło nie miało tam wstępu.
Podłoga skrzypiała przy każdym kroku — stare, drewniane deski, wyślizgane i nierówne, z widocznymi pęknięciami, w których zalegał drobny brud. W jednym miejscu była przykryta wytartym linoleum, którego wzór dawno stracił swój pierwotny kształt, pozostawiając jedynie rozmazane plamy w odcieniach przygaszonej zieleni.
Meble wyglądały, jakby zostały zebrane przypadkiem — każdy z innej epoki, każdy z inną historią, żadna niepasująca do reszty. Wąska kanapa, obita materiałem, który kiedyś mógł być beżowy, teraz nosił plamy i przetarcia, układające się w niechlujną mapę użytkowania. Stała pod ścianą, lekko zapadnięta z jednej strony, jakby ktoś przez lata siadał zawsze w tym samym miejscu.
Obok niej niski stolik, na którym leżały porozrzucane przedmioty — niedopita szklanka, książka z zagiętym grzbietem, kilka papierów, które zdawały się nie mieć znaczenia, a jednak nikt ich nie sprzątał. Wszystko sprawiało wrażenie tymczasowości, która trwała zbyt długo.
Okno było małe, zasłonięte ciężką zasłoną w kolorze wyblakłego brązu. Materiał był gruby, przykurzony, tłumił światło, które i tak z trudem przedostawało się przez brudną szybę. Parapet uginał się pod ciężarem drobiazgów — stare kubki, pusty słoik, niedziałający zegarek. Nic nie było tam naprawdę potrzebne, a jednak nic nie znikało.
W kuchennym kącie stała lodówka, cicho bucząca, jakby zmęczona własnym istnieniem. Obok niej wąska szafka z odpadającym uchwytem i blat pokryty drobnymi zarysowaniami. Zlew był lekko zapchany, a kran kapał nieregularnie, wybijając monotonny rytm, który rozchodził się po całym mieszkaniu.
To nie było miejsce, które się zamieszkiwało. To było miejsce, w którym się trwało — trochę z przyzwyczajenia, trochę z braku siły, by odejść.
Crilla siedziała przy swoim biurku, plecy wygięte w łuk, ramiona napięte jak struny. Jej dłonie — szorstkie od przesuwania starych papierów, poplamione atramentem — spoczywały nieruchomo na brzegu otwartego notesu. Strona była wypełniona chaotycznymi notatkami, szkicami, słowami połączonymi liniami, jakby próbowała złożyć z nich sensowny obraz.
Jej oczy — te wyjątkowo uważne, wydawałoby się rejestrujące każdy szczegół — powędrowały ku górnej części strony. Tam, zapisane grubymi, przerywanymi liniami, widniało słowo: SEDM.
Crilla wypuściła powietrze przez nos, powoli, kontrolowanie. Jej palec wskazujący dotknął litery jedna po drugiej, jakby sprawdzał, czy nadal tam są. S-E-D-M. Cztery litery, które wracały do niej z różnych miejsc — z notatki w strychu hotelu, z dziwnego incydentu z papugą, z czegoś, co jej dziadek zapisał na marginesie dawnego dokumentu.
Nie była pewna, co to znaczy. Nie była nawet pewna, czy to słowo, skrót, kod, czy przypadkowa sekwencja liter wyrwana z kontekstu. Ale pojawiało się zbyt często, by mogła uznać je za nieistotne.
Crilla zamknęła notes, dźwięk kartek przesuwających się po sobie wypełnił ciszę mieszkania. Odchyliła się na krześle, pozwalając plecom oprzeć się o oparcie. Stary mebel skrzypnął protestująco, ale wytrzymał jej ciężar. Jej wzór opadł na podłogę, na pękniętą deskę, którą znała na pamięć — trzecia od lewej strony biurka, z ciemniejszym wgłębieniem, gdzie kiedyś coś upadło i zostawiło swój ślad.
Kran w kuchni kapał, rytm nieregularny, niemal melodyjny w swojej przewidywalności. Crilla nie zwracała na niego uwagi — był częścią tego miejsca, jak jej własny oddech.
Pomyślała o dziadku. Nie o tym, jak zginął — to obraz znała zbyt dobrze, wersje różniące się tylko szczegółami, które jej umysł wypełniał, gdy próbowała zasnąć. Pomyślała o nim żywym, o jego dłoniach pokrytych plamami atramentu, o sposobie, w jaki mówił do papugi, jakby była jego współpracownikiem, nie zwierzęciem. O tym, jak zapisał jej coś na marginesie gazety — słowo, którego wtedy nie zrozumiała.
Crilla otworzyła notes ponownie, kartki rozłożyły się z cichym szelestem. Jej palec zatrzymał się na stronie ze słowem SEDM. Poniżej, w mniejszym druku, widniała notatka: "Papuga — Sedm? Sedm. Powtórzyła trzy razy. Dziadek odpowiedział: 'Nie teraz, mała.' Wcześniej: S.E.D.M. w notatce z 1951."
To było wszystko. Fragmenty, które jej umysł łączył w coś większego, choć obraz wciąż był niekompletny.
Crilla zamknęła notes po raz trzeci, tym razem zdecydowanie, jakby zamykając za sobą drzwi. Nie była gotowa wracać do hotelu. Nie dzisiaj. Potrzebowała czasu, by myśli ułożyły się w nowy wzór, by dźwięki i obrazy ostatnich dni przestały się nakładać w chaotyczną symfonię.
Podeszła do okna, nie odsłaniając zasłony. Stojąc w półmroku, wsłuchała się w kapanie kranu, w ciche skrzypienie mebli, w własny oddech. To miejsce było jej schronieniem i pułapką zarazem — małym, przytłaczającym światem, który znała na pamięć, w którym każdy przedmiot miał swoją historię, każdy dźwięk był znajomy, a jednak nic nie dawało poczucia bezpieczeństwa.
Crilla Riannon stała nieruchomo, patrząc na wyblakłą zasłonę, i czekała. Na co — nie wiedziała. Ale czekała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz