środa, 29 kwietnia 2026

53.

53


Trzy lata wcześniej – Crilla Riannon

Stała przy barze, palce zaciśnięte na krawędzi blatu tak mocno, że kostki bielały. Dalia siedziała obok, laptop otwarty na kolanach, ekran oświetlający jej twarz blade, niezdrowe światło. Rudowłosa kobieta nerwowo przesuwała palcem po touchpadzie, przewijając kolejne strony dokumentów.

To... to nie ma sensu — wymamrotała Dalia, okulary zsuwające się po nosie. — Wszystkie wzorce wskazywały na powiązanie. Algorytm był pewny w osiemdziesięciu siedmiu procentach.

Crilla nie odpowiedziała. Patrzyła przez okno kawiarni, na ulicę gdzie ludzie przechodzili nieświadomi niczego, zatopieni w swoich codziennych sprawach. Popołudniowe słońce rzucało długie cienie, złote pasy światła przecinały wnętrze Red Cat, mieszając się z zapachem palonego mleka i starego drewna.

Crillo? — Dalia dotknęła jej ręki, ostrożnie, jakby bała się reakcji. — Słuchasz mnie?

Crilla odwróciła głowę. Jej oczy, zwykle spokojne i obserwujące, teraz miały coś twardego w sobie, jakby za powiekami zaczęła krystalizować się lodowata determinacja.

Powtórz — rzuciła krótko.

Dalia przełknęła ślinę, palce zaciskając się na brzegu laptopa.

Meredith Riannon, druga babka Crilli, matka Tamisy... nie miała żadnych powiązań z hotelem Quadrille. Żadnych. Ani finansowych, ani osobistych, ani nawet przypadkowych. — Dalia przerwała, kaszląc nerwowo. — Mój algorytm... pomylił się. Wzorce, które wydawały się tak oczywiste, były zbieżnością losową. Przypadkiem.

Cisza, która nastąpiła, była gęsta i nieprzyjemna, jakby ktoś nagle wypompował powietrze z pomieszczenia. Crilla stała nieruchomo, tylko jej palce, wciąż zaciskające się i rozluźniające na blacie baru, zdradzały, że wewnątrz dzieje się coś istotnego.

Potem, nagle, Crilla się roześmiała.

Dźwięk był suchy, gorzki, pozbawiony radości. Jakby ktoś starł kurz ze starego, zapomnianego mechanizmu i uruchomił go na nowo, nie dbając o to, że skrzypi i protestuje.

Oczywiście — powiedziała Crilla, jej głos niski i równy, z tym charakterystycznym, lekko ochrypłym brzmieniem. — To nie takie skomplikowane, prawda? Wystarczy spróbować. A potem zobaczyć, że wszystko, czego się szukało, rozmywa się jak cień w południowym słońcu.

Dalia otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Crilla już się odwracała. Zsunęła się z hokera z płynną, niezwykle kontrolowaną gracją, jakby każdy ruch był wyreżyserowany z wyprzedzeniem.

Crilla, poczekaj — zawołała Dalia, pakując pośpiesznie laptop do torby. — Możemy to naprawić. Jest inna droga, inne wzorce do przeanalizowania. Mój algorytm...

Ale słowa zamarły jej na ustach, gdy Crilla już przekraczała próg kawiarni, dzwoneczek przy drzwiach wydając cichy, prawie żałosny dźwięk. Światło popołudniowego słońca pochłonęło ją na ułamek sekundy, jakby ktoś zasłonił obiektyw aparatu, a potem zniknęła, topiąc się w ruchliwej ulicy.

Dalia została sama przy barze, z laptopem wciąż niedomkniętym w torbie, zapach palonego mleka wypełniając jej nozdrza jak nieprzyjemne wspomnienie.

Na zewnątrz, w złotym świetle zmierzchającego dnia, Crilla szła ulicą z krokiem, który był szybszy niż zwykle, ale wciąż kontrolowany. Jej buty, te same, lekko zużyte, uderzały o chodnik w rytm, który był niemal medytacyjny — stuk, stuk, stuk — jak zegar odmierzający czas do czegoś nieuniknionego.

Nie patrzyła za siebie. Nie musiała. Czuła to w karku, to znajome łaskotanie, które towarzyszyło jej od tygodni — wrażenie, że ktoś ją obserwuje, mierzy każdy krok, każdy oddech.

Ale teraz, w gniewie płynącym z rozczarowania, to uczucie było głuche, przytłumione. Jakby ktoś zakrył uszy dłonią, a potem zaczął krzyczeć w drugą.

Skręciła w boczną uliczkę, cień budynków pochłaniając ją nagle, jakby wciągnięto ją przez niewidzialne drzwi. Powietrze tu było chłodniejsze, pachnące wilgocią i starym murem. Jej krok zwolnił, echo odbijając się od ścian z cegły.

Wtedy usłyszała go.

Crilla.

Głos był cichy, niemal nieobecny, jakby ktoś wypowiedział jej imię przez sen. Ale ona rozpoznałaby ten dźwięk wszędzie — ten lekki, niemal melodyjny akcent, tę równowagę między ciepłem a dystansem.

Obróciła się powoli, ramiona napięte, gotowe do reakcji.

Xones stał w cieniu, oparty plecami o ścianę, jakby czekał od wieków. Jego sylwetka była smukła, prawie eteryczna, ubrana w ciemny płaszcz, który wydawał się pochłaniać światło zamiast go odbijać. Włosy, czarne i nieokiełznane, opadały mu na czoło, częściowo zasłaniając oczy — ale Crilla wiedziała, że patrzy na nią. Zawsze patrzył.

Spokojnie — powiedział Xones, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Nie chcę niczego. Tylko... widziałem, że wychodzisz. Szybko. Za szybko.

Crilla nie odpuszczała napięcia w ramionach. Jej oczy przeskanowały uliczkę, szukając — czego? Cienia, który się poruszył? Dźwięku kroków, które nie pasowały do ich własnych?

Nie powinieneś tu być — powiedziała cicho, jej głos twardszy niż zwykle. — Nie teraz.

Xones przechylił głowę, jakby analizował jej słowa, rozkładając je na czynniki pierwsze. Potem uśmiechnął się — lekko, smutno.

Wiem. Ale ty też nie powinnaś być sama.

Zanim Crilla mogła odpowiedzieć, usłyszała to — cichy, niemal niezauważalny szurak buta o chodnik, zbyt blisko, zbyt celowy. Jej ciało zareagowało zanim umysł zdążył przetworzyć informację — obrót, krok w bok, ręka automatycznie sięgająca po coś, czego nie miała przy sobie.

Xones też to usłyszał. Jego oczy — ciemne, zwykle tak nieprzeniknione — rozszerzyły się na ułamek sekundy, a potem jego twarz się zmieniła. Cicho, niemal niezauważalnie, warknął — nie słowo, tylko dźwięk, surowy i gotowy.

Z cienia wyszedł Justin.

Jego sylwetka wypełniła wąską uliczkę jak zły sen materializujący się z dymu. Był większy, niż Crilla pamiętała — czy to wrażenie sprawiało jego naprężone ramiona, drżące włókna mięśni pod skórą? Jego twarz, zawsze posępna, teraz była rozpalona nienaturalnym rumieńcem, oczy — te same, które kiedyś patrzyły na nią z czymś, co myliła z miłością — błyszczały szaleństwem czystym i niepohamowanym.

Widziałem — wydyszał Justin, jego głos urywany, jakby każde słowo wymagało zbyt wiele powietrza. — Widziałem, jak na niego patrzysz.

Jego palec wskazujący wycelował w Xonesa, drżąc z natężenia emocji. Justin zrobił krok do przodu, a potem kolejny, jego ciało zwalniając przestrzeń między nim a Xonesem jak woda wypełniająca pęknięcie.

Justin — powiedziała Crilla, jej głos twardy, ostry jak zamarznięta glina. — To nie jest to, co myślisz. Xones to...

ZAMKNIJ SIĘ! — krzyknął Justin, jego głos odbijając się od ścian uliczki jak uderzenie metalu o metal. — Nie chcę słyszeć jego imienia z twoich ust!

Jego twarz zniekształciła się w grymasie, w którym ból, gniew i coś jeszcze — coś głębszego, brudniejszego — splatały się w jedno. On też to widział, ten moment w kawiarni, gdy Xones podszedł do Crilli, gdy jej usta drgnęły w niemal niezauważalnym uśmiechu. Justin widział to wszystko, każdy szczegół wypalony w jego umyśle jak żelazem na drewnie.

Ty... — wyszeptał, zwracając się teraz bezpośrednio do Xonesa, jego głos opadając do niemal szeptu, który był groźniejszy niż krzyk. — Myślisz, że możesz po prostu... pojawić się? Myślisz, że ona jest twoja?

Xones nie odpowiedział. Stał nieruchomo, jego ciało w pozycji, która wydawała się zrelaksowana, ale Crilla rozpoznała ten rodzaj napięcia — wilka, który nie potrzebuje się szczycić, aby wiedzieć, że może zabić.

Ona nigdy nie była twoja — powiedział Xones w końcu, jego głos cichy, niemal melodyjny, z tym samym lekkim akcentem, który Crilla zawsze kojarzyła z dalekimi miejscami, z których nigdy nie wracał. — I nigdy nie będzie.

Justin zareagował, zanim ktokolwiek zdążył zareagować na jego reakcję. Jego ciało ruszyło naprzód, mięśnie pracując pod skórą jak liny naciągane do granic wytrzymałości. Ramiona szerokie, pięści zaciśnięte, twarz zniekształcona w grymasie, w którym nie było już nic ludzkiego — tylko czysta, niepohamowana żądza zniszczenia tego, co stanęło między nim a tym, czego pragnął.

Xones sięgnął go, ale Justin był szybszy — lub może Xones celowo nie unikał uderzenia. Pięść Justina trafiła w jego szczękę z dźwiękiem, który Crilla poczuła w swoich kościach, nie tylko usłyszała. Xones się zachwiał, jego głowa odwróciła się w bok, a z ust prysnęła krew, czerwona i jaskrawa w popołudniowym świetle.

Xones! — krzyknęła Crilla, jej głos łamiąc się w połowie, co było dla niej tak niezwykłe, że na chwilę sama się tym zaskoczyła.

Ale Xones już się otrząsał. Jego dłoń dotknęła ust, palce zostawiając czerwone smugi na skórze, gdy sprawdzał uszkodzenia. Jego oczy, gdy podniósł wzrok na Justina, były inne teraz — nie było w nich już tej melancholijnej rezerwy, tylko coś ostrego, gotowego.

Dobrze — powiedział Xones, jego głos nieco zachrypnięty od uderzenia. — Więc tak chcesz grać.

Justin nie czekał na więcej. Rzucił się naprzód z taką siłą, że jego buty zeskrobały asfalt, a ciało Xonesa zostało pchnięte w tył. Obaj mężczyźni zderzyli się z murem, ramiona splecione, twarze zaledwie centymetry od siebie, oddechy mieszające się w gorącej, gęstej parze.

Crilla ruszyła do nich, jej drobna sylwetka przecinająca się między cieniami budynków. Jej ręce, zawsze tak spokojne, teraz sięgały w powietrze, próbując znaleźć punkt zaczepienia, coś, co mogłaby złapać, aby rozdzielić to szaleństwo.

Justin! — krzyczała, jej głos twardszy niż kiedykolwiek, ostry jak stłuczone szkło. — Xones! Przestańcie!

Ale jej słowa ginęły w zgiełku walki. Justin, większy i cięższy, używał swojej masy do przygniatana Xonesa do muru. Jego pięści opadały w dół, szukając twarzy, szyi, klatki piersiowej — cokolwiek, co mogłoby zniszczyć, złamać, pokonać.

Xones, chudszy i lżejszy, ale szybszy, unikał ciosów z gracją, która wydawała się niemal nadludzka — lub może po prostu wytrenowana przez lata, o których Crilla nigdy się nie dowiedziała. Jego ciało skręcało się i wyginiało, przeciskając się między uderzeniami, a jego własne pięści znajdowały cele z precyzją chirurga — nerw w szyi, nerw pod pachą, splot słoneczny.

Wystarczy — syknęła Crilla, jej ciało wreszcie znajdując otwór w chaosie.

Wsunęła się między nich, jej drobna sylwetka nagle stając się ścianą, barierą, czymś, czego nie można było zignorować. Jej ręce wystąpiły naprzód, dłonie otwarte, palce rozłożone w geście, który nie był ani agresywny, ani błagalny — po prostu stanowczy, ostateczny.

Dosyć — powiedziała, jej głos cichy, ale niosący się echem między murami, jakby sama ulica się zatrzymała, by słuchać. — Natychmiast.

Justin drgnął, jego pięść zawisła w powietrzu, zaledwie centymetry od twarzy Crilli. Jego oczy, szalone i rozszerzone, próbowały skupić się na niej, na jej twarzy, na jej oczach, które patrzyły na niego bez strachu, bez miłości, bez niczego — tylko zimna, twarda ocena.

Crilla — wyszeptał, jego głos łamiąc się w połowie, zmieniając się w coś, co brzmiało jak płacz dziecka. — Crilla, proszę. Ja tylko... ja tylko chciałem...

Chciałeś — przerwała mu, jej ton równy jak linijka. — Tak. Widziałam, co chciałeś. I widzę, kim jesteś.

Jej słowa wisiały w powietrzu, ciężkie jak ołów. Justin drgnął, jakby zosta uderzony, jego ciało się cofając, ramiona opadające. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, z bólem, z czymś, co przypominało zwierzę ranne w pułapce.

Nie — powiedział, potrząsając głową. — Nie, nie, nie. To nie tak. To on — wskazał na Xonesa, palec drżący jak liść na wietrze. — To on cię okłamał. On cię zmanipulował. Ja cię kocham, Crilla. Ja naprawdę cię kocham!

Jego głos wzniósł się w histeryczny pisk, odbijając się od murów. Crilla nie drgnęła, jej twarz pozostała nieruchoma jak maska. Tylko jej oczy — te zbyt uważne, wszystko rejestrujące oczy — przesunęły się na chwilę w stronę Xonesa.

Xones stał teraz kilka kroków dalej, opierając się plecami o mur. Jego twarz była zaczerwieniona, usta spuchnięte, z jednego kącika płynęła cienka strużka krwi, którą próbował zetrzeć grzbietem dłoni. Jego oddech był ciężki, ale regularny, a w oczach — tych samych, które zwykle nosiły wyraz melancholijnej rezygnacji — teraz płonęło coś twardego i gotowego.

Crilla — powiedział cicho, jego głos zachrypnięty od uderzenia. — Możesz iść. Ja sobie poradzę.

Crilla spojrzała na niego, jej brwi unoszące się niemal niezauważalnie. To było coś w jego głosie — nie bohaterstwo, nie desperacja, tylko prosta, brutalna akceptacja. Jakby wiedział, że to, co się dzieje, było nieuniknione od momentu, gdy się pojawił.

Nie — powiedziała Crilla, jej głos twardszy niż wcześniej. — To nie jest twoja walka.

Crilla, proszę — wtrącił się Justin, jego głos łamiący się. — Posłuchaj mnie. Tylko nas dwójka. Tylko ja i ty. Możemy zacząć od nowa. Możemy...

Zamknij się — przerwała mu Crilla, nie odwracając się do niego. — Mówiłam ci już, że zamknij się.

Jej słowa były jak cios, prosty i bezpośredni. Justin drgnął, jakby fizycznie otrzymał uderzenie, jego ciało się cofając. W jego oczach — tych podkrążonych, zawsze nieco wilgotnych — coś pękło. Rozpacz, która tam mieszkała, zamieniła się w coś innego, coś ciemniejszego.

Więc tak — powiedział Justin, jego głos cichy, niemal spokojny. Ta nagła zmiana była bardziej przerażająca niż jego wcześniejsze histeryczne wybuchy. — Więc to już koniec. Naprawdę.

Nie czekał na odpowiedź. Nie było potrzeby. Jego ciało już się ruszało, mięśnie napinając się w koordynacji, która była zaskakująco płynna jak na kogoś w jego stanie. Ale Crilla widziała to — widziała, jak jego oczy przesunęły się na Xonesa, jak jego szczęka zacisnęła się z nową determinacją.

Nie chciał już jej przekonywać. Chciał zniszczyć to, co stało między nimi.

Xones też to zobaczył. Jego ciało się napięło, ramiona unosząc się w pozycji obronnej, ale było już za późno. Justin był na niego, ciężar jego ciała uderzając w Xonesa z siłą, która odrzuciła obu mężczyzn w tył, w stronę mokrego muru.

Crilla krzyknęła — coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiła, przynajmniej nie w obecności innych. Jej głos rozbił się o ściany, echo niosąc je dalej, w głąb uliczki. Ale walka już trwała, ciała splecione w brutalnym tańcu, gdzie nie było miejsca na słowa.

Justin wykorzystywał swoją masę, rzucając Xonesem o mur raz po raz, każde uderzenie wywołując cichy, stłumiony jęk. Ale Xones był szybszy — wyslizgiwał się z uścisków, jego dłonie znajdując cele z precyzją, która była zarówno efektywna, jak i brutalna. Kolano w brzuch, łokieć w żebra, pięść w gardło — każdy cios wycelowany tam, gdzie ból był największy.

Crilla stała w centrum tego chaosu, jej ciało poruszające się instynktownie, próbując znaleźć otwór, moment, w którym mogłaby wejść między nich. Ale byli zbyt szybcy, zbyt zajęci niszczeniem siebie nawzajem, by zauważyć jej obecność.

PRZESTAŃCIE! — krzyknęła ponownie, jej głos łamiąc się, ochrypły od wysiłku.

Ale to nie jej słowa zatrzymały walkę. To był dźwięk — suchy, tępy odgłos, jaki wydaje ciało uderzające o coś twardego, po którym następuje cisza. Cisza głębsza niż wcześniej, cisza, która wydaje się pulsować w uszach.

Xones leżał na ziemi, jego ciało zwinięte w pozycji płodu, ręce ochraniające głowę. Justin stał nad nim, klatka piersiowa unosząca się i opadającą w szybkim, nieregularnym rytmie. Jego twarz była zakrwawiona — z własnych ust, z nosa, może z Xonesa — ale w jego oczach nie było już gniewu. Było tam coś gorszego — satysfakcja, uczucie spełnienia, jakby w końcu zrobił to, co od dawna planował.

Crilla padła na kolana obok Xonesa, jej ręce rozprostowujące jego ciało z delikatnością, która kontrastowała z brutalnością chwili. Jego twarz była posiniaczona, wargi spuchnięte i rozerwane, z których wciąż sączyła się krew. Gdy otworzył oczy — powoli, z trudem — Crilla zobaczyła w nich coś, czego nie spodziewała się zobaczyć: spokój.

Nic mi nie jest — wyszeptał Xones, jego głos zachrypnięty, ledwie słyszalny. — Naprawdę.

Ale Crilla nie słuchała. Jej ręce przesuwały się po jego ciele, sprawdzając uszkodzenia, jej oczy skanujące każdy centymetr, każde zaczerwienienie, każde zgrubienie. To było coś, co robiła — obserwowała, rejestrowała, analizowała — ale teraz było w tym coś więcej, coś, czego nie potrafiła nazwać.

Wstań — powiedziała do Xonesa, jej głos cichy, ale nie do odrzucenia. — Powoli. Sprawdzę, czy nic nie jest złamane.

Xones posłuchał, jego ciało poruszając się z szacowną powolnością starszego mężczyzny, chociaż wiedziała, że ma może trzydzieści lat. Crilla podtrzymała go, jej ręka na jego przedramieniu, ciepło jego skóry przenikające przez materiał jej palców.

To wtedy usłyszała to — cichy, stłumiony dźwięk, jakby ktoś próbował powstrzymać łkanie. Obróciła się powoli, jej ciało sztywniejąc, gdy jej oczy odnalazły źródło dźwięku.

Justin stał tam, gdzie go zostawiła, jego ciało nagle wydające się mniejsze, mniej groźne. Jego twarz — ta sama, która chwilę temu wyrażała taką satysfakcję — teraz była roztopiona w bólu, w czymś, co przypominało płacz dziecka, które właśnie zrozumiało, że świat nie jest jego przyjacielem.

Jego oko — prawe — było już zamknięte, powieka opuchnięta i fioletowa, zgrubiała do rozmiarów, które sprawiały, że wyglądało to niemal komicznie, gdyby nie okoliczności. Z ust wciąż sączyła się krew, czerwona i gęsta, a gdy otworzył usta, by coś powiedzieć, Crilla zobaczyła to — ząb, górny prawy, którego brakowało, czarna dziura w jego uśmiechu, który kiedyś uważał za swój atut.

Crilla... — wyszeptał, jego głos bezkształtny, rozpływający się w powietrzu. — Crilla, ja... ja tylko...

Zamknij się — powiedziała Crilla, jej głos taki sam jak wcześniej, twardy i ostry, ale teraz było w nim coś więcej — coś, co brzmiało jak zmęczenie, jak głębokie, stare zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z fizycznym wysiłkiem.

Justin drgnął, jakby dostał cios, jego ciało się cofając. Jego dobre oko — lewe — szeroko otwarte, wypełnione łzami, które nie chciały spaść, tylko gromadzić się na dolnych powiekach, tworząc błyszczącą warstwę.

Nie — powiedział, potrząsając głową, krew i ślina mieszając się na jego wargach. — Nie, nie, nie. Ty mnie nie rozumiesz. Ty nigdy mnie nie rozumiałaś. Ja cię kocham. Kocham cię bardziej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek będzie kochał. Bez ciebie jestem niczym. Jestem pusty. Jestem...

Jesteś toksyczny — przerwała mu Crilla, jej głos cichy, ale każde słowo wyraźne jak uderzenie młotka. — Jesteś niebezpieczny. I jesteś sam, bo sam to sobie zorganizowałeś.

Justin otworzył usta, by odpowiedzieć, ale tylko dźwięk, coś pomiędzy jękiem a warknięciem, wydobył się z jego gardła. Jego ciało zaczęło drżeć, najpierw ręce, potem ramiona, a potem cała masa, jakby coś wewnątrz niego walczyło, aby się wydostać.

Crilla obserwowała go, jej oczy bezlitosne, rejestrujące każdy szczegół — drżenie, krew, brakujący ząb, łzy, które w końcu zaczęły spływać po jego policzkach, zostawiając błyszczące ślady w brudzie i krwi.

Idź — powiedziała w końcu, jej głos zmęczony, ale nieugniony. — Zniknij. I tym razem naprawdę zniknij. Bo jeśli cię jeszcze raz zobaczę... jeśli jeszcze raz postawisz stopę w mojej przestrzeni...

Nie dokończyła. Nie musiała. Justin spojrzał na nią, jego dobre oko szeroko otwarte, wypełnione czymś, co mogło być rozpaczą, lub może nienawiścią, lub może po prostu pustką — tą samą pustką, którą zawsze nosił w sobie, tylko teraz była widoczna na wierzchu.

Nie — wyszeptał, potrząsając głową. — Nie, nie, nie. To nie może być koniec. Nie po wszystkim. Nie po tym, co dla ciebie zrobiłem. Co jeszcze muszę zrobić? Co jeszcze muszę udowodnić?

Crilla nie odpowiedziała. Już się odwracała, jej ciało poruszające się z tą samą kontrolowaną gracją co zawsze, jakby cała scena, cała ta brutalna konfrontacja, była tylko przeszkodą do ominięcia na drodze do czegoś ważniejszego.

Crilla! — krzyknął Justin za nią, jego głos łamiąc się, zmieniający się w coś, co brzmiało jak skowyt rannego zwierzęcia. — CRILLA!

Ale ona już nie słuchała. Jej dłonie dotknęły ramienia Xonesa, lekkie, ale stanowcze, prowadząc go z dala od muru, z dala od Justina, z dala od tego miejsca, gdzie przeszłość próbowała pochłonąć teraźniejszość.

Xones poszedł z nią, jego ciało chwiejne, ale jego krok stawał się pewniejszy z każdym krokiem. Jego ręka powędrowała do ust, zbierając krew, którą następnie otarł o spodnie, zostawiając ciemnoczerwoną plamę na materiale.

Nie musiałaś — powiedział cicho, jego głos zachrypnięty, ale stabilny. — Mogłem sobie poradzić.

Crilla nie spojrzała na niego. Jej oczy skanowały ulicę przed nimi, szukając — czego? Niebezpieczeństwa, które już minęło, czy tego, które dopiero nadejdzie?

Wiem — odpowiedziała w końcu. — Ale nie powinieneś musieć.

Xones przechylił głowę, jakby analizowała jej słowa, ich wagę, ich implikacje. Potem, powoli, niemal niezauważalnie, uśmiechnął się — nie ten szeroki, triumfalny uśmiech, tylko lekki unoszek kącika ust, który zmienił całą jego twarz.

Crilla Riannon — powiedział cicho, jakby wypowiadając zaklęcie. — Ty naprawdę jesteś jak opisano.

Nie znam żadnych opisów — odparła, wreszcie na niego spoglądając. — I nie ufam tym, którzy mnie opisują.

Xones roześmiał się — krótko, cicho, z bólem, który był słyszalny w każdym oddechu. Jego ręka powędrowała do twarzy, dotykając miejsca, gdzie uderzył go Justin, palce badając opuchliznę z ciekawością naukowca, a nie ofiary.

Masz rację — powiedział. — Zawsze miałaś rację. To jedna z rzeczy, które mnie do ciebie przyciągnęły.

Crilla nie odpowiedziała. Jej wzrok powędrował za nią, w stronę kawiarni, której już nie widzieli, ukrytej za zakrętem ulicy. W jej umyśle, zawsze tak aktywnym, zawsze rejestrującym, analizującym, tworzył się nowy obraz — Justin, pozostawiony sam sobie w uliczce, z podbitym okiem i złamanym zębem, z łzami na twarzy i pustką w oczach.

I Dalia, która mogła wychodzić z kawiarni właśnie teraz, z laptopem pod pachą, nieświadoma tego, co zastałaby w bocznej uliczce.

Muszę wrócić — powiedziała Crilla nagle, jej głos zmieniający ton, stając się bardziej decyzyjny. — Dalia nie wie...

Crilla — Xones dotknął jej ramienia, jego palce ciepłe i suchie mimo wszystko. — Poczekaj. On... — wskazał kierunek, z którego przyszli — ...może jeszcze tam być. Może nie być sam.

Crilla spojrzała na niego, jej oczy badające jego twarz, szukając — czego? Kłamstwa? Prawdy? Czegoś pomiędzy?

Wiesz coś — stwierdziła, nie pytając. — Wiesz coś o nim. O Justinie.

Xones odwrócił wzrok, jego szczęka zaciskając się niemal niezauważalnie. Gdy ponownie spojrzał na nią, w jego oczach było coś, co Crilla rozpoznała — to samo zmęczenie, tę sama świadomość ciężaru, które nosiła w sobie od lat.

Wiem, że jest niebezpieczny — powiedział w końcu. — I wiem, że nie odpuści. Nie teraz, gdy... — urwał, wzrok powędrowawszy gdzieś w dal.

Gdy co? — nacisnęła Crilla.

Xones westchnął, jego ręka powędrowawszy do ust, gdzie dotknął rany, jakby szukając bólu, który był bardziej znośny niż to, co miał powiedzieć.

Gdy zobaczył cię ze mną — powiedział cicho. — To... to zmieniło coś w nim. Widziałem to w jego oczach. To nie była już tylko zazdrość. To było... — szukał słowa — ...rozstrzygnięcie. Jakby podjął decyzję, której nie można było cofnąć.

Cisza, która nastąpiła, była ciężka, wypełniona niewypowiedzianymi słowami i groźbami. Crilla stała nieruchomo, jej umysł pracujący z prędkością, która była niemal fizycznie bolesna. Analizowała, przetwarzała, łączyła fakty w wzorce, które tworzyły obraz — obraz, którego nie chciała widzieć, ale który był zbyt wyraźny, by go zignorować.

Justin nie odpuści. Xones miał rację. To, co się stało w tej uliczce, nie było końcem. Było początkiem czegoś gorszego.

Musimy iść — powiedziała nagle, jej głos zmieniony, twardszy, bardziej decyzyjny. — Teraz.

Xones spojrzał na nią, pytanie w jego oczach. Ale nie zadał go. Zamiast tego skinął głową, jego ciało już się poruszając, gotowe do podążenia za nią, dokądkolwiek prowadziła.

Ale zanim zdążyli zrobić krok, usłyszeli to — dźwięk, który zamroził ich oboje w miejscu. Dźwięk, który był jednocześnie zbyt cichy i zbyt głośny, zbyt bliski i zbyt daleki.

Dźwięk ładowania się pistoletu.

Crilla obróciła się powoli, jej ciało sztywne, każdy mięsień napięty do granicy możliwości. Jej oczy — te zbyt uważne, wszystko rejestrujące oczy — przesunęły się wzdłuż uliczki, szukając źródła dźwięku.

I znalazły go.

Justin stał w wejściu do uliczki, jego sylwetka zarysowana przeciwko światłu ulicy za nim. Jego twarz była w cieniu, ale Crilla widziała to — wyprostowane ramię, dłoń zaciśnięta wokół czegoś ciemnego i metalicznego, lufę wycelowaną w ich kierunku.

Crilla — powiedział Justin, jego głos zmieniony, pozbawiony wcześniejszej histeryczności, zimny i równy jak stal. — Powiedziałem ci. Powiedziałem ci, że jesteś moja. Że zawsze będziesz moja.

Zrobił krok do przodu, światło ulicy oświetlając jego twarz — podbite oko, złamany ząb, krew wyschnięta na ustach. I uśmiech. Uśmiech, który nie miał nic wspólnego z radością, tylko z determinacją, z rozstrzygnięciem, z końcem.

Więc jeśli nie możesz być moja — powiedział Justin, jego palec zaciskający się na spuście zadrżał. — to nie będziesz niczyja.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov