5
Cisza w korytarzu miała wagę, jakby ktoś nasypał w nią piach. Cztery kobiety stały nieruchomo, a jedna z nich — ta, której nie znały — obserwowała je z takim spokojem, że wydawało się, jakby liczyła ich oddechy.
Brix przesunęła dłonią po ramieniu, gdzie przed momentem siedziała Zi. Papuga zniknęła gdzieś w cieniu, pozostawiając tylko ciepło, które szybko znikało z włókien kurtki. Brix otworzyła usta, by coś powiedzieć — cokolwiek, byle tylko zagłuszyć to dziwne echo, które pozostawało w powietrzu po słowach nieznajomej.
— Zaprosiłaś nas — powtórzyła Persephone, jej głos brzmiał jak stukot żeliwnych kół, precyzyjny i niemożliwy do zignorowania. — To oznacza, że znałaś nasze nazwiska, adresy. Czyli prowadziłaś naszą inwentaryzację.
Nieznajoma nie drgnęła. Jej piwne oczy — te, które Brix pomyślała, że wyglądają jak przefiltrowane przez miód stare zdjęcia — przesunęły się z Persephone na Maise, potem znowu z powrotem. Jakby sprawdzała, czy coś się zmieniło w ich pozach od ostatniej sekundy.
— Crilla Riannon — wypowiedziała w końcu, jej wargi poruszyły się minimalnie, jakby każde słowo kosztowało ją tyle samo, co wydobycie zimnego kamienia z ziemi. — Mój dziadek, Ethaniel Riannon, własność tego hotelu posiadał do roku pięćdziesiątego trzeciego.
Brix poczuła, jak coś zaciska się w jej piersi — nie strach, nie jeszcze, ale coś podobnego do momentu, gdy winda zaczyna opadać szybciej niż powinna. Zerknęła na Maise, która stała nieruchomo, jej blade dłonie dotykały ściany korytarza tak delikatnie, jakby słuchała pulsu samego budynku.
— Riannon — powtórzyła Persephone, a w jej głosie pojawiło się coś, czego Brix nie słyszała wcześniej — niepewność, być może, lub coś głębszego, coś, co przypominało rozpoznanie melodyjki, której słuchało się w dzieciństwie i zapomniało tytułu. — Nazwisko z dokumentacji. Z akt notarialnych.
Crilla uśmiechnęła się. Nie był to uśmiech przyjazny — Brix zauważyła, że jego kąciki nie sięgnęły oczu, które pozostały tak samo zimne i obserwujące jak wcześniej. Był to uśmiech osoby, która właśnie potwierdziła, że wszystkie kawałki układanki znajdują się na swoich miejscach.
— Dokumentacja — powtórzyła Crilla, jakby smakowała każdą sylabę. — Tak. Dokumentacja istnieje. Ale nie wszystko, co istnieje, można udokumentować.
Brix przesunęła stopą, a jej podeszwa zaszeleściła kurzem na podłodze. Dźwięk wydawał się nieproporcjonalnie głośny, jakby sam korytarz chciał zwrócić na siebie uwagę. Crilla odwróciła się w stronę źródła dźwięku, jej ruch był płynny, prawiec mechaniczny — jakby ktoś nauczył się chodzić z książki o anatomii, a nie przez obserwację innych ludzi.
— Zaprosiłam was — powtórzyła, jej wzrok przesuwając się po twarzach trzech kobiet — nie dlatego, że chciałabym was poznać. Ale dlatego, że musicie poznać siebie nawzajem. I to, co was łączy.
— Łączy? — Brix nie zdołała powstrzymać słowa, które wypadły z jej ust szybciej, niż zdążyła je ocenić. — My się nie znamy. Przed dzisiaj nigdy nie widziałyśmy siebie.
Crilla pochyliła głowę, a jej jasne włosy — te, które Brix zauważyła, że były gładkie jak powierzchnia spokojnego jeziora — przesunęły się po jej policzku. Gdy ponownie podniosła wzrok, w jej oczach pojawiło się coś, co Brix z początku wzięła za błysk zadowolenia, ale potem zrozumiała, że było to coś innego — coś, co przypominało smutek, ale smutek tak stary i tak przerobiony na coś innego, że trudno było go rozpoznać bez znajomości kontekstu.
— Nie widziałyście — zgodziła się Crilla, jej głos teraz cichszy, jakby mówiła do samej siebie. — Ale wasze matki. Wasze babki. One widziały. I one wiedziały.
W korytarzu zapadła cisza tak głęboka, że Brix usłyszała bicie własnego serca. Crilla odwróciła się powoli, jej granatowa kurtka zaszeleściła cicho, jakby sama tkanina wiedziała, że nie powinna przeszkadzać.
— Pójdźcie za mną — powiedziała, nie oglądając się. — Pokażę wam, gdzie zaczęło się wszystko, co teraz kończycie.
Brix spojrzała na Persephone, która stała nieruchomo, jej brązowe oczy śledziły sylwetkę Crilli z taką intensywnością, jakby próbowała zapamiętać każdy szczegół. Maise, z drugiej strony, już zaczęła iść, jej kroki były lekkie, niemal bezszelestne — jakby sama ciekawość pociągała ją do przodu, niezależnie od tego, co mogło czekać.
Brix odetchnęła głęboko, czując zapach kurzu i starego drewna, który wypełniał jej płuca. Gdzieś w ciemności nad nią, słyszała ciche skrzypnięcie — może podłogi, może czegoś innego — które brzmiało jak cichy śmiech kogoś, kto obserwował całą scenę z ukrycia.
Ruszyła za resztą, jej kroki mieszały się z ich krokami, tworząc rytm, który brzmiał jak echo innych kroków — tych, które przemierzały ten korytarz lata temu, w czasach, gdy hotel jeszcze żył, a jego tajemnice były jeszcze świeże i krwawe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz