48
Przeszłość – Brix Sterling
Pierwszy krzyk przebił się przez sen Brix jak ostrze.
— Tunel! Tunel!
Powieki Brix otworzyły się natychmiast, źrenice rozszerzone w ciemności. Łyżeczka chłodu przeszła wzdłuż kręgosłupa, zatrzymując się na karku. Przez ułamek sekundy — ten okropny moment przejścia między snem a jawą — nie wiedziała, gdzie jest.
Drugi krzyk.
— Tunel! Tunel!
Dźwięk dochodził z lewej strony pokoju, z kąta gdzie stała klatka Pipi. Żółte pręty klatki odbijały blask księżyca wpadającego przez szczelinę w zielonych zasłonach. Brix poderwała się na łokciach, przylegając do zagłówka łóżka, jakby chciała się od niego odepchnąć.
— Pipi? — Jej głos zabrzmiał niepewnie, zbyt cicho jak na własne oczekiwania. Przełknęła ślinę i spróbowała ponownie, tym razem głośniej. — Pipi, kochana, o co chodzi?
Ptak poruszył się w klatce, żółte pióra zafalowały w półmroku. Kiedyś — dawno temu, zanim jeszcze umiała mówić całymi zdaniami — Brix nazywała Pipi „Słoneczkiem". Teraz to słońce wydawało się niewłaściwym porównaniem. Zbyt gorące. Zbyt niebezpieczne.
— Antique Road! — krzyknęła Pipi, a jej głos — ten mechaniczny, powtarzający się głos, który Brix znała od dzieciństwa — zabrzmiał inaczej. Ostro. Pilnie. — Tunel! Antique Road!
Brix uniosła dłonie do twarzy, pocierając skronie kciukami. Koszula nocna — biała, za duża, kupiona na wyprzedaży trzy lata temu — przykleiła się do pleców od potu. Mimo to czuła zimno. To wewnętrzne zimno, to, które zaczyna się w żołądku i rozchodzi po żebrach.
— Antique Road — powtórzyła cicho, testując słowa w ustach. — Nie znam tego miejsca.
Oczywiście że nie znała. Nie znała wielu miejsc w tym mieście, mimo że spędziła tu większość życia. Brix była tą, która chodziła tymi samymi drogami, odwiedzała te same kawiarnie, rozmawiała z tymi samymi ludźmi. Nowe miejsca ją przerażały. Nieznane ulice wydawały się pełne oczekujących niespodzianek, a Brix nigdy nie lubiła niespodzianek.
Tunel.
To słowo powracało. Pipi krzyczała je przez cały wieczór, od momentu kiedy Brix wróciła do domu po tej okropnej kłótni w kuchni. Tunel, tunel, tunel — jakby ptak próbował wydrążyć to słowo w jej umyśle, zrobić z niego tunel, przez który Brix będzie musiała przejść.
Oparła się o zagłówek, czując drewno przez cienki materiał poduszki. Jej prawa dłoń — bezmyślnie, instynktownie — powędrowała do lewego nadgarstka. Tatuaż papugi, malutki, wykonany trzy lata temu w spontanicznym szale po rozstaniu z chłopakiem, który powiedział, że jest „zbyt szalona".
Pogładziła kontur piór, czując lekko podniesioną skórę od tuszu. Papuga na tatuażu — czerwona, nie żółta jak Pipi — wydawała się teraz dziwnie prorocza. Jakby Brix znała przyszłość, którą właśnie zaczynała żyć.
— Nie wiem, co robić — wyszeptała do pustego pokoju.
Odpowiedziało jej tylko ciche skrzypienie deski podłogowej w korytarzu, te stare domowe dźwięki, które znała od dzieciństwa. Dom dziadków — ten duży, nieporządny, pełen zapachu lawendy i starego papieru — zazwyczaj kojarzył jej się z bezpieczeństwem. Teraz czuła się tu obco. Jakby sama siebie obserwowała z zewnątrz, jakby Brix Sterling była postacią w serialu, którego nie chciała oglądać.
Co powinna zrobić? Logika — ta rzadko używana przez nią część mózgu, którą zazwyczaj zostawiała Persephone — podpowiadała, że powinna obudzić dziadków. Powinna powiedzieć im o Pipi, o krzykach, o tym dziwnym adresie. Ale inna część, ta emocjonalna, histeryczna, ta, która krzyczała w kuchni kilka godzin temu — wiedziała, że nie może.
Dziadek Aiden spałby tylko trzy godziny. Babcia Zoya — może cztery. Oboje mieli swoje problemy: stare kości, recepty do odebrania, telefony od ludzi, którzy dzwonili zbyt rzadko lub zbyt często. Brix nie mogła dodać im swoich zmartwień. Nie teraz. Nie po tym, jak już tyle razy słyszała, jak babcia mówi: „Daj spokój, dziecko, po prostu śpij".
Antique Road.
To słowo brzmiało staro. Stare jak fotografie w albumie, którego nigdy nie otwierała, bo nie znała większości twarzy.
Tunel.
Pipi poruszyła się w klatce, jej szpony zaczęły stukać w drewniane dno. Ten dźwięk — stuk, stuk, stuk — był jak zegar odliczający do czegoś. Brix nie wiedziała do czego, ale czuła, że czas biegnie. Że jeśli teraz nie zareaguje, coś przed nią zamknie się na zawsze.
— Dlaczego Antique Road? — zapytała głośniej, jakby głośność mogła zmusić Pipi do odpowiedzi i poprawiła kruczoczarne włosy. — Co tam jest?
Pipi przechyliła głowę w ten charakterystyczny sposób, który zawsze sprawiał, że Brix myślała o niej jako o małym, pustym ekranie, na którym coś próbuje się wyświetlić. Ptak otworzył dziób, zamknął, otworzył ponownie. Wydawał się zbierać do czegoś, jakby same słowa były zbyt ciężkie do wypowiedzenia.
— Antique Road. Tunel! — powtórzyła w końcu, ale tym razem dźwięk był inny. Niższy. Bardziej zdecydowany. Jakby Pipi wreszcie znalazła właściwe słowo po wielu próbach.
Brix poczuła, jak skóra na przedramionach staje się nierówna, malutkie włoski sterczą ku górze. To nie był chłód — temperatura w pokoju pozostała taka sama — ale coś innego. Coś, co przypominało jej o uczuciu, które miała jako dziecko, kiedy budziła się w środku nocy i była pewna, że w ciemności ktoś na nią patrzy.
Spojrzała na okno. Zielone zasłony — te same, które sama wybrała pięć lat temu, gdy dziadek pozwolił jej „zrobić pokój na nowo" — poruszyły się lekko. Nie było wiatru. Przynajmniej nie powinno być — okno było zamknięte, zawsze zamykane na noc od czasu, gdy babcia przeczytała artykuł o włamaniach.
A jednak zasłona się poruszyła.
Brix odwróciła wzrok. Nie mogła teraz myśleć o zasłonach. Nie mogła myśleć o tym, co mogłoby być za oknem, lub — co gorsza — czego nie ma za oknem, mimo że coś powinno tam być. Musiała skupić się na Pipi. Na Antique Road. Na tunelu, którego istnienia nie potrafiła sobie wyobrazić.
Co zrobiłyby jej przyjaciółki?
To pytanie wróciło, nieproszone, jak zawsze wracały myśli, których nie chciała mieć. Maise — zimna, skryta, najbardziej milcząca z nich trzech. Maise, która rzuciła w Brix słowa jak noże w kuchni, w obecności babci, dziadka, Persephone. „Jesteś płytka, Brix. Twoja radość to tylko maska, którą nosisz, bo boisz się, że bez niej nikt cię nie zauważy."
Brix poczuła, jak żołądek się zaciska, ten sam mechanizm obronny, który uruchamiał się za każdym razem, gdy przypominała sobie tamten moment. Nie płakała wtedy. Nie w kuchni, nie przy babci, nie przy dziadku, nie przy Persephone, która stała przy lodówce z zamrożonym wyrazem twarzy, jakby zobaczyła coś, czego nie potrafiła zidentyfikować. Brix nie płakała. Uśmiechnęła się. Otworzyła szeroko oczy, wbiła palce w dłonie tak mocno, że zostawiła półksiężyce w skórze, i uśmiechnęła się.
To było gorsze niż płacz. Wiedziała to wtedy, wie to teraz. Uśmiech, który nie dotarł do oczu, ten jej słynny uśmiech „na pokaz", który dawała każdemu, kogo chciała przekonać, że wszystko jest w porządku.
Persephone nie stanęła w jej obronie. To było najgorsze. Nie słowa Maise — te, choć ostre, były przynajmniej szczere. To, że Persephone, jej najstarsza przyjaciółka, ta, która znała Brix od czasów, gdy obie nosiły kokardki we włosach i bały się burzy — że Persephone tylko stała, z ręką na klamce lodówki, i nic nie powiedziała.
Brix przetoczyła się na bok, twarzą do ściany. Żółta farba, którą sama nakładała trzy lata temu, wydawała się teraz obca, niemal wroga. Jakby ktoś inny, ktoś, kto udawał Brix Sterling, wziął pędzel i zamalował te ściany, żeby ukryć coś, czego nie powinna widzieć.
Co zrobiłyby jej przyjaciółki?
Persephone z pewnością by się długo zastanawiała. Usiadłaby na swoim łóżku, z notatnikiem na kolanach, i sporządziła listę za i przeciw. „Antique Road" — podkreśliłaby czerwonym długopisem. „Tunel" — zapisałaby obok znak zapytania. A potem, prawdopodobnie, zadzwoniłaby do niej, do Brix, i zapytałaby, co myśli.
Tylko że teraz, po kuchni, po tamtym milczeniu, Brix nie wiedziała, czy odebrałaby ten telefon.
Maise. Maise byłaby inna. Maise nie zastanawiałaby się wcale. Albo poszłaby od razu, w środku nocy, w czymkolwiek miała na sobie, z tym swoim plecakiem wojskowym i latarką zawieszoną na szyi. Albo zamknęłaby drzwi na klucz, wzięła kocyk i czekałaby do rana, nie odpowiadając na pytania, nie wyjaśniając niczego.
Brix nie wiedziała, która z tych reakcji Maise byłaby bardziej przerażająca. Ta, w której jej przyjaciółka rusza w noc bez zastanowienia, czy ta, w której zamyka się przed światem bez wyjaśnienia?
Pipi poruszyła się w klatce, dziobek stuknął o jeden z żółtych prętów. Brix odwróciła się na plecy, wpatrując się w sufit. Księżyc rzucał prostokąt światła na gipsową powierzchnię, a w tym świetle — Brix dostrzegła to dopiero teraz — unosiły się drobinki kurzu. Tysiące drobinek, wirujących, tańczących w srebrzystym blasku, jakby same były żywe, jakby próbowały ułożyć się w jakiś wzór, którego ona nie potrafiła odczytać.
Zamarła.
To było głupie. To było dziecinne. Kurz zawsze tam był, zawsze się unosił, tylko zazwyczaj nie zwracała na niego uwagi. Ale teraz, w tej chwili, te wirujące cząsteczki wydawały się znakiem. Przesłaniem. Czymś, co powinna zrozumieć, a nie potrafiła.
Przez chwilę — krótką, ale realną — Brix zastanawiała się, czy nie zwariowała. Czy to wszystko — Pipi, krzyki, Antique Road, tunel, nawet kurz na suficie — nie było objawem czegoś, co powinna zgłosić, czymś, czego nie powinna ignorować. Może to był efekt stresu. Może kłótnia z Maise i Persephone była gorsza, niż sądziła. Może jej umysł, ten zawsze aktywny, zawsze gadatliwy, zawsze szukający znaczeń umysł, wreszcie powiedział „dość" i zaczął produkować własną rzeczywistość.
Ale wtedy Pipi krzyknęła ponownie, i ten krzyk był inny. Nie powtarzający się mechanicznie, ale prawie... pytający. Jakby ptak sam nie wiedział, dlaczego te słowa, dlaczego teraz, dlaczego w nocy, gdy wszystko powinno być ciche.
— Antique Road? — szepnęła Brix, nie do Pipi, ale do siebie. Do tej części siebie, która wciąż próbowała być racjonalna. — Skąd możesz znać Antique Road?
Pipi nie odpowiedziała. Tylko przechyliła głowę w ten sposób, który zawsze wyglądał, jakby ptak próbował zobaczyć świat z innej perspektywy, jakby standardowe widzenie było niewystarczające.
Brix opadła na poduszki, ale jej ciało pozostało napięte, gotowe do skoku. Zimno, które czuła wcześniej, nie ustąpiło. Wręcz przeciwnie — rozlało się szerzej, dotykając teraz bioder, łydek, stóp. Jakby ktoś otworzył okno, którego nie było, i wpuszczał do pokoju zimne, wilgotne powietrze z jakiegoś innego miejsca, innego czasu.
Dotknęła tatuażu na nadgarstku. Papuga — jej papuga, ta z tuszu, nie ta z klatki — wydawała się teraz cieplejsza od reszty ciała. Jakby atrament pamiętał słońce, w którym powstał. Brix gładziła kontur dzioba, skrzydeł, małej łapki, i próbowała przypomnieć sobie, dlaczego wtedy, trzy lata temu, wybrała akurat papugę.
Bo Pipi była wtedy chora. To było to. Weterynarz mówił, że przeżyje albo nie, że ptaki są delikatne, że nigdy nie wiadomo. I Brix, która nigdy wcześniej nie miała tatuażu, poszła do studia i kazała wytatuować sobie papugę. „Na szczęście" — powiedziała artystce, która patrzyła na nią jak na osobę, która właśnie straciła rozum. — „Żeby przeżyła."
Pipi przeżyła. A tatuaż został, ten mały czerwony ptak na jej nadgarstku, który teraz — w tej chwili, w tej nocy — wydawał się drżeć, pulsować, reagować na coś, czego Brix nie mogła zobaczyć.
— Antique Road — powtórzyła na głos, sprawdzając, czy brzmi równie obco po trzecim razie.
Brzmiało.
W jej umyśle zaczął kształtować się obraz. Nie wyobraźnia, raczej... wspomnienie czegoś, czego nigdy nie widziała. Wąska ulica, stare brukowane chodniki, budynki z cegły, której kolor przypominał krew zmieszaną z brudem. I gdzieś na końcu — ciemność. Nie noc, nie cień. Coś głębszego. Otwór w rzeczywistości.
Tunel.
Otrząsnęła się, dosłownie wstrząsnęła głową, żeby wypędzić ten obraz. Był zbyt konkretny. Zbyt realny. Jakby ktoś wsadził go do jej głowy, jakby był przesłaniem, którego nie potrafiła odszyfrować.
Zerknęła na zegar. 3:47. Ten okropny czas, kiedy noc jest najciemniejsza, kiedy ciało jest najbardziej zmęczone, a umysł najmniej przygotowany na racjonalne myślenie. Wiedziała o 3:47. Czytała gdzieś, że to godzina, w której umiera najwięcej ludzi. Że to moment, kiedy organizm jest najsłabszy, kiedy serce najbardziej podatne na zatrzymanie.
— Antique Road — szepnęła Pipi, tym razem niemal cicho, jakby sama była zmęczona tym powtarzaniem.
Brix zamknęła oczy. Otworzyła je. Zamknęła ponownie. Za powiekami — ta sama ciemność, ten sam obraz wąskiej ulicy, tego samego otworu w końcu. Nie mogła tego wypędzić. Było jak melodia, która utknęła w głowie — niechciana, powtarzająca się, niemożliwa do zatrzymania.
Powinna zadzwonić do Maise.
To myśl pojawiła się niespodziewanie, jakby ktoś inny ją wypowiedział w jej głowie. Maise, która ją obraziła. Maise, która powiedziała te okropne rzeczy w kuchni, przy wszystkich. Maise, która znała ją od czasów, gdy obie miały sześć lat i dzieliły się gumami do żucia na dywanie w pierwszej klasie.
Maise wiedziała rzeczy. Maise zawsze wiedziała rzeczy, których Brix nie widziała. Maise mówiła rzeczy, których nikt nie chciał słyszeć, i była w tym bezwzględna, i często okrutna, i zawsze — zawsze — miała rację.
Brix sięgnęła po telefon leżący na stoliku nocnym. Ekran rozbłysł, oślepiająco jasny w ciemności, pokazując powiadomienia, których nie sprawdzała od wieczora. Trzy wiadomości od Maise. Dwie od Persephone. Zero odpowiedzi od Brix.
Palec zawisł nad ekranem. Mogłaby otworzyć. Mogłaby przeczytać. Mogłaby zadzwonić i powiedzieć: „Pipi krzyczy o tunelu. Zna adres. Antique Road. Boję się."
Ale wtedy Maise powiedziałaby coś. Coś prawdziwego. Coś, czego Brix nie chciałaby słyszeć. Że jest przewrażliwiona. Że projektuje. Że Pipi to tylko papuga, że powtarza słowa, które kiedyś usłyszała, że nie ma żadnego tunelu, żadnego Antique Road, żadnego znaczenia.
I może Maise by miała rację. Zazwyczaj miała.
Brix odłożyła telefon. Ekran zgasł, odbierając jej twarz w jednej chwili. Została sama w ciemności, z papugą, która wiedziała coś, czego nie powinna wiedzieć, i z adresem, który nie istniał w jej świecie.
Antique Road.
Powinna sprawdzić w internecie. To byłoby rozsądne. Włączyć laptop, wpisać adres, zobaczyć, czy to rzeczywiste miejsce, czy tylko dziwny wymysł, kolejny przejaw tego, co dziadkowie nazywali „młodzieńczą wyobraźnią".
Ale co, jeśli nie znajdzie niczego? Co, jeśli Antique Road nie istnieje w żadnej bazie danych, na żadnej mapie, w żadnym rejestrze? Co wtedy zrobi z tym wszystkim, co czuje — z tym zimnem, z tym obrazem wąskiej ulicy, z tym przeczuciem, że coś się otwiera, że coś ją woła?
A co, jeśli znajdzie?
To pytanie było gorsze. Bo jeśli Antique Road istniało — jeśli było rzeczywistym miejscem, z rzeczywistym tunelem — to znaczyło, że Pipi naprawdę wiedziała. Że papuga, która powtarzała „kocham cię, Brixie" i „chcę jeść!", która uczyła się nowych słów z telewizji i naśladowała dzwonek do drzwi — że ta papuga znała adres, którego Brix nie znała.
I skąd?
Brix usiadła na łóżku, opierając plecy o ścianę. Koszula nocna, zbyt duża, zsuwała się z jednego ramienia, ale nie zwracała na to uwagi. Jej dłonie — te same dłonie, które zawsze były w ruchu, gestykulujące, dotykające, układające włosy — teraz spoczywały nieruchomo na kolanach, jakby nie wiedziały, co ze sobą zrobić w tej nowej sytuacji.
— Antique Road — powtórzyła do siebie, testując brzmienie. — Antique Road, Antique Road.
Brzmiało jak nazwa z filmu. Albo z książki, którą Persephone czytałaby w sekrecie, nie chcąc przyznać, że lubi thrillery. Brzmiało jak miejsce, do którego nie powinno się chodzić samemu, w środku nocy, z powodu krzyków papugi.
Ale Brix wiedziała — wiedziała to z głębokiej, niemal fizycznej pewności — że tam pójdzie. Nie teraz, nie w tej chwili, gdy było 3:52 i świat wydawał się zbyt kruchy, zbyt łatwy do przebicia. Ale pójdzie. Jutro. Albo pojutrze. Kiedy dziadkowie będą zajęci swoimi sprawami, kiedy znajdzie wymówkę, wypije drugą kawę, założy tę żółtą kurtkę, którą kocha.
Pójdzie, bo nie mogła nie pójść. Bo coś w niej — to samo coś, które zmuszało ją do śmiechu w najgorszych momentach, do rozmów z nieznajomymi w windzie, do zakładania kolorowych ubrań w szare dni — to coś pchało ją teraz w stronę Antique Road, nawet jeśli reszta jej była przerażona.
Pipi zamilkła. Po raz pierwszy od godziny, od kiedy Brix wróciła do pokoju, papuga nie krzyczała. Tylko siedziała w klatce, żółte pióra nieruchome w blasku księżyca, i patrzyła w stronę okna. Nie na Brix. Na okno. Na zieloną zasłonę, która poruszyła się wcześniej, mimo że nie powinna.
Brix odwróciła głowę, podążając za wzrokiem papugi. Zasłona była nieruchoma teraz, spokojna, ciepła w srebrnym świetle. Ale gdzieś za nią — za szkłem, za światem, który znała — Brix poczuła obecność. Nie widziała niczego. Słyszała tylko cicho piskające świerszcze z ogrodu, ten wieczny letni dźwięk, który zazwyczaj kojarzył jej się z bezpieczeństwem. Ale teraz, w tej chwili, brzmiał inaczej. Jak ostrzeżenie. Jak odgłos czegoś, co zbliżało się przez trawę, przez ciemność, przez granicę między tym, co znane, a tym, co nie.
Zasłona się nie poruszyła. Brix patrzyła, nie mrugając, aż oczy zaczęły ją piec. Nic. Tylko księżyc, tylko cień, tylko życie, które toczyło się gdzie indziej, daleko od tego pokoju, daleko od tej dziewczyny, która słuchała papugi krzyczącej o tunelach.
Położyła się na wznak, wpatrując się w sufit. Kurz nadal tańczył w świetle księżyca, ale teraz wydawał się mniej znaczący. Tylko kurz. Tylko światło. Tylko zmęczenie, które wreszcie zaczęło ją doganiać, które sunęło po jej ciele jak ciepła woda, topiąc napięcie, rozpuszczając strach.
Co zrobiłyby jej przyjaciółki?
Persephone z pewnością by się długo zastanawiała. Analizowałaby wszystkie możliwe scenariusze, rozważała ryzyka, sporządziła mentalną listę argumentów za i przeciw. Maise — zimna, skryta, najbardziej milcząca z nich trzech — byłaby najtrudniejsza do przewidzenia. Może by ruszyła natychmiast, bez przygotowania, bez planu, kierowana instynktem, którego Brix nigdy nie potrafiła zrozumieć. A może w ogóle by nie ruszyła, zamknęła się w sobie, odcięła od wszystkiego, co mogło zagrozić jej kontrolowanemu światu.
Brix sama nie wiedziała, którą z nich naśladować. Która reakcja byłaby słuszna, bezpieczna, rozsądna. Czy bezpieczeństwo i rozsądek miały teraz jakiekolwiek znaczenie, skoro papuga, która przez całe jej życie mówiła tylko o jedzeniu i uczuciach, nagle zaczęła podawać adresy?
Oczy zaczęły jej się zamykać, powieki stawały się ciężkie, jakby ktoś przywiązywał do nich małe odważniki. Walczyła z tym, lub myślała, że walczy, ale ciało miało własną wolę, własne potrzeby, własny rytm, którego nie dało się zatrzymać.
Sen przychodził stopniowo, falami, jak przypływ, który nie pyta o zgodę. Najpierw ciężkość w kończynach, potem rozmywanie się konturów pokoju, potem — obrazy, które nie były jeszcze snem, ale już nie były myślą.
Widziała Antique Road. Widziała ją wyraźniej, niż kiedykolwiek widziała jakiekolwiek miejsce, którego nie znała. Brukowana ulica, wąska, kręta, prowadząca w dół, zawsze w dół, jakby świat się tam zaginał. Budynki po obu stronach — stare, ceglane, z oknami zasłoniętymi deskami lub zasłonami, których kolor zdążył wyblaknąć do szarości. I na końcu, tam gdzie ulica się kończyła, gdzie światło słoneczne nie docierało nawet w południe — ciemność.
Nie. Nie ciemność. Otwór. Wejście. Usta ziemi, otwarte w geście, który mógł być zaproszeniem albo ostrzeżeniem.
Tunel.
Brix próbowała się poruszyć we śnie, ale jej ciało nie reagowało. Stała na Antique Road, czuła bruk pod stopami, czuła zapach wilgoci i starych papierosów, czuła coś jeszcze — obecność, czyjąś obecność za nią, nad nią, wokół niej — ale nie mogła się odwrócić, nie mogła uciec, nie mogła nic zrobić, tylko patrzeć na ciemność na końcu ulicy i słyszeć, jak coś się z nie zbliża, powoli, nieubłaganie, z dźwiękiem, który był jednocześnie krokami i skrzekiem ptaka...
Obudziła się z jękiem, który sama zdławiła w gardle.
Pokój był jasny. Nie jasny jak w dzień, ale jasny jak we wczesny poranek, ten nieokreślony czas, kiedy noc się kończy, a dzień jeszcze nie zaczął. Przez szczelinę w zasłonach wpadało szare światło, a w tym świetle Brix dostrzegła, że kurz wciąż tańczył — ale teraz wydawał się mniej tajemniczy, bardziej zwyczajny. Tylko kurz. Tylko światło. Tylko kolejny poranek.
Pipi spała.
Ptak siedział w klatce, żółte pióra napuszone, dziób schowany pod skrzydłem. Wyglądała na zupełnie zwyczajną papugę, zupełnie zwyczajnego zwierzęcia domowe, które nie krzyczało w nocy o tunelach i nie podawało adresów, których nie znało.
Brix siedziała na łóżku, czując, jak serce powoli wraca do normalnego rytmu. Obserwowała Pipi, szukając jakiegokolwiek znaku, że to wszystko — krzyki, Antique Road, ten sen — nie było tylko produktem jej zmęczonego, skonfliktowanego umysłu.
Pipi poruszyła się, otworzyła jedno oko — to oko, czarne, błyszczące, które zawsze wydawało się widzieć więcej, niż powinno — i spojrzała prosto na Brix.
— Antique Road — wyszeptała, głosem zdławionym przez pióra, które wciąż zakrywały część dzioba. — Tunel.
Potem zamknęła oko i wróciła do snu, pozostawiając Brix samą z tymi słowami, z tym porankiem, z tym wyborem, który wiedziała, że musi podjąć — nawet jeśli jeszcze nie wiedziała, co to za wybór, ani dokąd prowadzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz