41
Trzy lata wcześniej – Crilla Riannon
Słońce stało już nisko nad dachami domów przy Abbey Street, rzucając długie, cienkie cienie na brukowaną nawierzchnię. Crilla Riannon stała przy przystanku autobusowym, jej sylwetka nieruchoma jak posąg z brązu w ciepłym świetle zachodzącego dnia. Leżały na niej ubrania, które nosiła od lat — lniana koszula w kolorze zgaszonego piasku, spodnie z mocnej bawełny, na których widniały ślady wielu prań, i buty, których podeszwy były już nierówno zużyte od setek kilometrów spacerów po wzgórzach Dorset.
Jej dłonie, opalone i pokryte drobnymi bliznami po zadrapaniach z krzewów na szlakach, spoczywały nieruchomo w kieszeniach spodni. Ale jej stopy — te zdradzały ją. Prawa stopa przesunęła się o centymetr do tyłu, palce zacisnęły się na bruku, a potem wróciły do poprzedniej pozycji. Ten mikroruch, niemal niewidoczny dla przechodnia, był dla Crilli sygnałem, który znała zbyt dobrze. Niepewność. Niepokój, którego nie potrafiła wygasić rozumem.
Autobus miał przyjechać za siedem minut. Crilla wiedziała to nie dlatego, że spojrzała na rozkład — zapamiętała go trzy lata temu, gdy po raz pierwszy przyjechała do Verwood — ale dlatego, że usłyszała w oddali charakterystyczne zgrzytnięcie skrzyni biegów starego mercedesa, którym jeździła ta linia. Dźwięk dobiegał jeszcze zza zakrętu przy kościele świętego Michała, ale Crilla już wiedziała, że to on.
Wtedy poczuła to na karku. Nie dotyk — byłaby na to za daleko. Ale ciepło, które nie miało prawa tam być w chłodnym, wrześniowym powietrzu. Ciepło i ciężar spojrzenia, które znała zbyt dobrze, zbyt intensywnie, zbyt natarczywie.
Nie odwróciła się od razu. Jej ręce w kieszeniach zacisnęły się na brzegach materiału. Prawa stopa przesunęła się do tyłu o kolejne dwa centymetry, a wtedy lewa, jakby szukając równowagi, przesunęła się w bok. Ten taniec niewidzialny, wewnętrzny — tylko jej stopy zdradzały, że cokolwiek się dzieje.
Z tyłu dobiegł oddech. Nie regularny, nie spokojny. Przerywany, głęboki, jak po biegu albo po płaczu. I zapach — whisky, pot i coś jeszcze, co Crilla skatalogowała w pamięci jako strach. Ten specyficzny, kwaśny zapach, który wydziela ciało, gdy adrenalina miesza się z beznadzieją.
— Wiedziałem, że tu będziesz — powiedział głos za jej plecami. Chrapliwy, za niski, złamany w środku zdania, jakby słowa musiały przebić się przez coś lepkiego w gardle.
Crilla nie odpowiedziała od razu. Jej wzrok utkwił w rogu ulicy, gdzie właśnie pojawił się dach autobusu, pomarańczowy i połyskujący w słońcu. Siedem minut. Nie, teraz już tylko trzy, może cztery. Odległość między nią a przystankiem wynosiła może piętnaście metrów. Mogłaby przejść tam, nie odwracając się. Mogłaby wejść do autobusu i nie oglądać się za siebie.
Ale jej stopy nie ruszyły się z miejsca. Prawa stopa zadrżała, palce zacisnęły się na bruku, a potem rozluźniły. Ten ruch, niemal niezauważalny, był jedynym znakiem, że słyszała każde słowo.
— Crillo — Justin Evans przesunął się bliżej, na tyle blisko, że ciepło jego ciała dotarło do jej pleców. Nie dotknął jej — wiedział, że nie może, że granica była niewidzialna, ale realna jak mur z cegły — ale był tak blisko, że mogła poczuć nieregularny rytm jego oddechu na szyi.
On też się nie poruszał. Crilla widziała jego cień na bruku, rozciągnięty długi, chwiejny, z głową opuszczoną. Cień nie miał twarzy, ale miał dłonie — duże, otwarte, z palcami rozłożonymi w geście, który mógł być błaganiem albo rozpaczą.
— Przestań mnie ignorować — powiedział Justin, a jego głos złamał się na końcu, wznosząc się o pół tonu, jak u dziecka, które zaraz się rozpłacze. — Proszę. Po prostu... spójrz na mnie. Tylko raz. Jak na człowieka, nie jak na...
Nie dokończył. Crilla wciąż patrzyła na autobus, który teraz podjeżdżał do przystanku, z szelestem hamulców i stłumionym rykiem silnika. Drzwi otworzyły się z sykiem powietrza. Kierowca, mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych, spojrzał w ich stronę — krótkie, profesjonalne spojrzenie, które nie zatrzymało się na nich dłużej niż ułamek sekundy.
Crilla mogłaby teraz podejść. Mogłaby przejść te piętnaście metrów, wejść do autobusu, zapłacić za bilet. Mogłaby usiąść przy oknie i patrzeć, jak Justin zostaje na chodniku, jego cień kurczący się w popołudniowym słońcu.
Ale jej ciało nie ruszyło się. Tylko jej oddech — który utrzymywała tak płaski i cichy, jak zawsze, nawet teraz — przyspieszył nieznacznie. Jej klatka piersiowa uniosła się i opadła zbyt szybko, jeden raz, zanim wróciła do normalnego rytmu.
— Widzisz? — szepnął Justin, a jego głos był tak blisko, że musiał się pochylić, jego usta prawie dotykając jej włosów. — Nawet nie potrafisz odejść. Wiesz dlaczego? Bo czujesz to samo co ja. Bo wiesz, że bez tego... bez nas... nie ma nic.
Jego dłoń uniosła się — powoli, drżąca, z palcami rozłożonymi jak u osoby błagającej o litość. Skóra na jego kostkach była surowa, popękana, z widocznymi śladami po gryzieniu paznokci — rany kruche, częściowo zabliźnione, częściowo świeże, w kolorze bordowym i różowym. Dłoń zatrzymała się w powietrzu, zawieszona między jego ciałem a jej plecami, nie śmiąc dotknąć, ale też nie mogąc opaść.
— Proszę — powtórzył, a słowo wydobyło się z jego gardła jak kaszel, suche i łamiące się. — Powiedz coś. Cokolwiek. Nawet jeśli to będzie kłamstwo. Powiedz, że mnie nienawidzisz. Powiedz, że nigdy nie chcesz mnie widzieć. Ale nie... nie to. Nie to milczenie. Nie udawaj, że mnie nie ma, Crillo. Nie rób tego. Nie jestem... nie jestem powietrzem. Jestem człowiekiem. Widzisz mnie? Widzisz?
Jego głos wzniósł się na końcu, pęknął jak przeciągnięta za mocno struna, a potem opadł w dół, schrypnięty i cichy. Wokół nich przechodnie ruszali swoimi drogami — kobieta z torbami z zakupami, mężczyzna w garniturze patrzący w telefon, para turystów z mapą w ręku. Nikt nie zatrzymał się, nikt nie spojrzał dłużej niż przez ułamek sekundy. Byli niewidzialni, zatopieni w ruchliwej ulicy Abbey Street jak kamienie w dnie rzeki.
Crilla wciąż stała nieruchoma, jej wzóg utkwiony w autobus, którego drzwi wciąż były otwarte. Kierowca spojrzał na zegarek — gest praktyczny, rutynowy. Jeszcze chwila i zamknie drzwi. Jeszcze chwila i odjedzie.
A Crilla nie ruszała się. Jej oddech był płaski, cichy, ale jej palce w kieszeniach zacisnęły się na brzegach tkaniny tak mocno, że białe kostki dłoni stały się widoczne przez materiał. Jej prawa stopa przesunęła się do tyłu o kolejne dwa centymetry, a potem zatrzymała się, jakby zawieszona w powietrzu.
— Widzę, że się zastanawiasz — powiedział Justin, a jego głos był teraz inny, niższy, jakby wpadł w jakiś wewnętrzny rytm, melodię, którą tylko on słyszał. — Zastanawiasz się, czy wsiąść do tego autobusu. Czy odjechać. Czy zostawić mnie tutaj, na tej ulicy, jak śmieć. I wiesz co? Rozumiem to. Rozumiem, że chcesz. Bo ja też bym chciał. Gdybym mógł, to ja bym wsiadł do tego autobusu i odjechał od siebie samego. Ale nie mogę, Crillo. Nie mogę od siebie uciec. A ty... ty też nie możesz ode mnie uciec. Nie naprawdę. Nie tam, gdzie liczy się prawda.
Jego dłoń, wciąż uniesiona w powietrzu, zadrżała. Palce zacisnęły się i rozluźniły, jakby próbowały złapać coś niewidzialnego. Skóra na kostkach była surowa, popękana, z widocznymi śladami po gryzieniu — różowe i czerwone plamy, niektóre świeże, inne przykryte cienką warstwą strupka.
— Pamiętasz — kontynuował Justin, a jego głos stał się cichszy, bardziej intymny, jakby dzielił z nią sekret, którego nie powinien ujawniać na środku ulicy. — Pamiętasz ten pierwszy raz? Nie... nie to, co myślisz. Nie to. Chodzi mi o... o to, jak siedzieliśmy w tym małym parku, za stacją benzynową. Było zimno, pamiętasz? Listopad. I ja dałem ci moją kurtkę, bo ty nie zabrałaś swetra, a ja... ja marzłem, ale nie powiedziałem nic. Bo widzisz, wtedy jeszcze wiedziałem. Wiedziałem, że ty jesteś ważniejsza. Że twoje ciepło jest ważniejsze niż moje. I siedzieliśmy tam, na tej ławce, i patrzyliśmy na te... na te głupie światła z budynku naprzeciwko. I nic nie mówiliśmy. Ale to było... to było dobre, Crillo. To było prawdziwe. Pamiętasz?
Crilla nie odpowiedziała. Jej wzrok wciąż był utkwiony w autobus, ale teraz, gdy przyjrzeć się bliżej, można było zauważyć, że jej źrenice nie były skierowane na pojazd. Były nieruchome, zogniskowane w przestrzeni między drzwiami a kierowcą, w punkcie, który nie istniał naprawdę, ale w którym ona widziała coś innego. Może ten park. Może tę ławkę. Może nic.
Jej palce w kieszeniach zacisnęły się mocniej na brzegach tkaniny. Kosti dłoni stały się białe, wyraźne przez materiał spodni. Jej prawa stopa przesunęła się do tyłu, a potem z powrotem do przodu, jakby testowała grunt, sprawdzała, czy może uciec, czy może zostać.
— Wiem, że pamiętasz — powiedział Justin, a jego głos nabierał teraz innej barwy, bardziej nalegającej, mniej błagalnej. — Nie udawaj, że nie. Widzę to. Widzę, jak stoisz. Widzę, jak twoje palce zaciskają się w kieszeniach. Widzę, jak próbujesz nie drżeć. Ale drżysz, Crillo. Ja to widzę. Ja zawsze widziałem. Widziałem więcej niż ty myślałaś. Więcej niż ty chciałaś, żebym widział.
Przesunął się bliżej. Nie dotknął jej — jeszcze nie — ale teraz był na tyle blisko, że ciepło jego ciała otaczało ją z trzech stron, jak niewidzialny mur. Jego oddech był słyszalny teraz, nie tylko jako dźwięk, ale jako fizyczna obecność — wilgotna, ciepła, pachnąca alkoholem i czymś słodkim, co mogło być gumą do żucia albo pastą do zębów, której użył, żeby zakryć zapach.
— Wczoraj — kontynuował, a jego głos opadł do szeptu, który był głośniejszy niż krzyk, bo wymagał, żeby słuchała, żeby była blisko, żeby nie mogła uciec. — Wczoraj siedziałem przy tym oknie. Wiesz, przy którym. Przy tym, co wychodzi na ulicę. I widziałem cię. Widziałem, jak przechodziłaś. Byłaś sama. Szłaś tą ulicą, tą samą, którą teraz stoisz. I myślałem... myślałem, że może zawołam. Że może zejdę. Ale nie zeszedłem. Bo wiedziałem. Wiedziałem, że muszę czekać. Że muszę znaleźć właściwy moment. Właściwe słowo. Właściwy... sposób.
Jego dłoń uniosła się powoli, tak powoli, jakby poruszała się przez wodę albo przez czas, który zgęstniał wokół nich. Palce, z tymi samymi popękanymi kostkami, z tymi samymi śladami po gryzieniu, zawisły w powietrzu kilka centymetrów od jej ramienia. Nie dotknęły. Nie mogły. Ale były tam, zamarłe w oczekiwaniu, jak mucha w bursztynie.
— Pamiętasz — powiedział, a to nie było pytanie. — Pamiętasz, jak mówiłem, że jesteś moja? Nie... nie jak rzecz. Nie tak. Jak... jak część. Jak coś, bez czego nie mogę oddychać. Pamiętasz, jak mówiłaś, że to chore? Że to nie jest miłość? Może masz rację. Może to jest choroba. Ale widzisz, Crillo... ja nie chcę być zdrowy. Nie bez ciebie. Wolę być chory i mieć cię, niż być zdrowy i... i nie mieć nic.
Jego głos zaczął drżeć, falować, rozpadając się na części, które nie pasowały do siebie. — Widzisz, co robisz? Widzisz, jak mnie niszczysz? To ty. To wszystko przez ciebie. Ja byłem... ja byłem w porządku, zanim cię poznałem. Byłem normalny. A teraz... teraz nie mogę spać. Nie mogę jeść. Widzę cię wszędzie. Wszędzie, Crillo. W każdym oknie, w każdym cieniu, w każdej... w każdej twarzy na ulicy. I to boli. To tak boli, że nie mogę... nie mogę...
Jego dłoń w końcu opadła, ale nie na jej ramię. Zatrzymała się na wysokości jej talii, zawisła w powietrzu, palce rozłożone w geście, który nie był już błaganiem. Był żądaniem. Był zarzutem.
— Spójrz na mnie — powiedział, a jego głos zmienił się, stał się twardszy, ostrzejszy, jakby przez łzy i rozpacz przebiła się inna emocja, ciemniejsza, głodsza. — Spójrz na mnie, do cholery. Nie jestem duchem. Nie jestem twoim wspomnieniem. Jestem tutaj. Żywy. I kocham cię. Kocham cię bardziej, niż ktokolwiek cię kochał. Bardziej, niż ty kochasz siebie. Więc przestań... przestań udawać, że nie widzisz. Przestań udawać, że nie czujesz. Bo czujesz. Widzę to. Widzę, jak drżysz. Widzę, jak próbujesz nie oddychać, żeby nie wciągnąć mojego zapachu. Ale wciągasz. Widzę twoje nozdrza. Widzę, jak się rozszerzają. Więc przestań kłamać. Przestań kłamać sobie i mnie.
Crilla wciąż stała nieruchomo, jej sylwetka szczupła i prosta jak linijka. Ale teraz, gdy przyjrzeć się uważniej, można było zauważyć coś innego. Jej ramiona — które zawsze trzymała swobodnie, opuszczone wzdłuż ciała — były teraz napięte, mięśnie zacisnięte pod cienką tkanicą koszuli. Nie było to widoczne na pierwszy rzut oka, ale dla kogoś, kto znał jej zwykłą postawę, zmiana była wyraźna jak krzyk.
I jej oddech — który zawsze utrzymywała tak płaski i cichy — teraz był słyszalny. Nie głośny, nie nazbyt szybki. Ale tam, w cichym miejscu między słowami Justina, można było usłyszeć ciche, regularne wciąganie powietrza. Raz. Dwa. Trzy. Jak zegar, który nagle zaczął tykać głośniej.
— Widzisz? — szepnął Justin, a jego głos był teraz triumfalny, pełen gorzkiej radości, jakby odkrycie tego — tego jednego, małego szczegółu — było dowodem na wszystko, w co wierzył. — Widzisz? Nie jesteś taka twarda. Nie jesteś taka zimna. Czujesz. Czujesz mnie, Crillo. Więc przestań walczyć. Przestań walczyć z tym, co jest oczywiste. My... my do siebie pasujemy. Jesteśmy jak... jak dwie części tego samego mechanizmu. Bez siebie nie działamy. Bez ciebie ja nie działam. I ty... ty też nie. Widzę to. Widzę, jak chodzisz. Widzę, jak patrzysz. Nie ma w tobie życia, Crillo. Nie ma tego, co było. Jesteś pusta. Jesteś jak... jak lalka. Jak maszyna. Ale ze mną... ze mną wracasz do życia. Widzę to. Widzę, jak drżysz, jak oddychasz. To ja to wywołuję. To ja ci daję to uczucie. Więc... więc przestań walczyć. Przestań udawać, że nie chcesz tego. Bo chcesz. Ja wiem, że chcesz.
Jego dłoń w końcu dotknęła jej — nie ramienia, nie talii, ale jej dłoni, która wciąż spoczywała w kieszeni. Palce Justina, zimne i wilgotne, wśliznęły się pod jej dłoń, wnikając do kieszeni, szukając kontaktu. Jego skóra była szorstka, pokryta mikroskopijnymi grudkami potu, a gdzieś pod spodem wibrowało drżenie — szybkie, nieregularne, jak serce małego zwierzęcia.
Crilla nie odsunęła dłoni. Nie zacisnęła palców. Nie zareagowała w żaden widoczny sposób. Ale jej oddech — ten cichy, zegarowy rytm — zatrzymał się na jedno uderzenie. Wciągnęła powietrze, zatrzymała je w płucach przez ułamek sekundy dłużej niż zwykle, a potem wypuściła. Jedno, głębokie westchnienie, które było jedynym znakiem, że słyszała każde słowo.
— Tak — szepnął Justin, a jego palce zacisnęły się na jej dłoni z siłą, która była jednocześnie błaganiem i groźbą. — Tak. Czujesz to. Czujesz mnie. I wiesz, że to prawda. Wiesz, że bez tego... bez nas... nie ma nic. Więc przestań. Przestań walczyć. Przestań biec. Zostań. Po prostu... zostań.
Autobus zasygnalizował zamknięcie drzwi — krótki, mechaniczny dźwięk, który był jak westchnienie maszyny. Kierowca spojrzał w lusterko, potem na zegarek. Silnik warknął, gotowy do odjazdu.
A Crilla wciąż stała na chodniku, jej dłoń w kieszeni spodni, palce splecione z palcami Justina. Jej twarz — zwyczajna, łatwa do przeoczenia — była teraz skierowana nie w stronę autobusu, ale w dół, ku brukowi, ku cieniom, które rosły dłuższe z każdą minutą.
I wtedy — powoli, tak powoli, że ruch był niemal niewidoczny — jej lewa stopa przesunęła się do przodu. Nie do tyłu, nie w bok, ale do przodu, ku Justinowi, ku tej przestrzeni, która dzieliła ich ciała, ku temu ciepłu, które wibrowało między nimi jak struna naciągnięta do granicy.
Justin wstrzymał oddech. Jego palce zacisnęły się mocniej na jej dłoni, tak mocno, że mogła poczuć jego bicie serca przez skórę, przez kości, przez wszystko, co dzieliło ich ciała.
— Tak — wyszeptał, a jego głos był teraz tylko powietrzem, tylko drżeniem, tylko nadzieją. — Tak. Zostań. Zostań ze mną. Zostaniemy razem. Zawsze. Na zawsze.
A Crilla wciąż stała nieruchoma, jej stopa zawieszona w powietrzu, między ucieczką a powrotem, między autobusem a jego cieniem, między wszystkim, czym była, a wszystkim, czym mogłaby się stać.
Na Abbey Street słońce chyliło się ku horyzontowi, rzucając ostatnie, złote promienie na twarze przechodniów, na szyby sklepów, na dwa cienia — jeden szczupły i prosty, drugi rozmyty i chwiejny — splątane ze sobą na brukowej nawierzchni, jakby nigdy nie miały się rozdzielić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz