35
Trzy lata wcześniej – Crilla Riannon
Drzwi hotelu Quardille otworzyły się bez dźwięku, jakby sam budynek wstrzymał oddech w oczekiwaniu na jej kroki. Crilla Riannon przekroczyła próg tego samego dnia, w którym spotkała się z Brooke w barze — tego dnia, gdy dowiedziała się o zemście Justina Evansa i o tym, że Marie Qexas czeka na nią w tym miejscu jak pająk w centrum sieci.
Ale gdy teraz wchodziła do środka, panowała tu zupełnie inna atmosfera niż podczas jej poprzednich wizyt.
Recepcja była pusta.
Nie tylko pusta — opustoszała. Stary dębowy kontuar, który pamiętała z wcześniejszych odwiedzin, teraz zbierał kurz w grubej warstwie, jakby nikt nie dotykał go od tygodni. Krzesło portiera stało przesunięte pod kątem, jakby ktoś w pośpiechu je odsunął. Na blacie leżały rozrzucone papiery — stare rejestracje, zeschnięte długopisy, pusty kubek po kawie z nalotem pleśni na dnie.
Crilla podeszła bliżej, jej kroki brzmiały głośno w zaskakującej ciszy. Dotknęła blatu — palec zostawił ślad w kurzu, szeroki i wyraźny. Portiera nie było tu od miesiąca, może dłużej. Nikt nie pilnował Quardille. Hotel, który przez dekady był twierdzą tajemnic, teraz stał otworem jak porzucona skorupa.
Spojrzała w górę, ku ciemnym schodom prowadzącym na piętra. Gdzieś tam w górze, w jednym z pokoi, Marie Qexas czekała na nią — albo czekała kiedyś, bo teraz nie było pewności, czy ktokolwiek pozostał w tym budynku.
Crilla ruszyła ku schodom. Jej dłonie zacisnęły się na poręczy — drewno było zimne i lepkie od wilgoci. Z każdym krokiem w górę czuła, jak hotel zdaje się wchłaniać ją coraz głębiej, jakby chciał pokazać jej wszystko, czego nie powinna widzieć.
Na pierwszym piętrze korytarz rozciągał się w obie strony — rzędy zamkniętych drzwi, numerów pokoi wypaczonych czasem, tapeta odsłaniająca spękane tynki. Crilla zatrzymała się, nie wiedząc, którędy iść. Marie nie podała numeru pokoju — albo podała, ale Crilla nie pamiętała, za bardzo pochłonięta chaosem ostatnich godzin.
Zaczęła iść w prawo, powoli, nasłuchując. Za każdymi drzwiami mogła spodziewać się czegokolwiek — pustki, strachu, albo Marie z jej jadowitym uśmiechem. Ale gdziekolwiek spojrzała, zastała tylko kurz, pajęczyny w rogach sufitu, stary mebel przykryty prześcieradłem.
W pewnym momencie zatrzymała się przed pokojem numer 214. Drzwi były lekko uchylone — nie na tyle, by zauważyć to z daleka, ale wystarczająco, by ciekawość kogokolwiek przechodzącego korytarzem została zaspokojona. Jakby ktoś chciał, żeby zajrzała do środka.
Crilla pchnęła drzwi. Skrzypnęły cicho, odsłaniając wnętrze pokoju.
Był to jeden z mniejszych pokojów hotelowych — łóżko z baldachimem, którego materac wyglądał na spróchniały, stolik nocny z wyszczerbioną wazą, szafa z drzwiami stojącymi otworem na uchył. Okno było zasłonięte grubą warstwą brudu, wpuszczając do środka blade, zielonkawe światło — to samo światło, które pamiętała z sali bibliotecznej, gdzie spotkała się z Marie.
Ale to, co przyciągnęło jej wzrok, leżało na łóżku.
Kartka papieru. Biała, wyraźnie nowsza niż wszystko wokół — nie miała jeszcze czasu zebrać kurzu ani pożółknąć od wilgoci. Ktoś zostawił ją tu niedawno, może tego samego dnia, może godzinę temu.
Crilla podeszła do łóżka. Jej dłonie drżały lekko, gdy sięgała po kartkę — nie ze strachu, ale z przeczucia, że to kolejna pułapka, kolejny ruch w grze, której nie w pełni rozumiała.
Rozłożyła papier. Na środku, napisane starannym, lekko pochyłym pismem, znajdowało się jedno zdanie:
"Samotność to najlepszy towarzysz tych, którzy szukają prawdy w miejscach, gdzie nikt nie chce jej znaleźć."
Pod spodem, niemal niewidoczne na pierwszy rzut oka, drobnym drukiem:
"M."
Crilla zacisnęła papier w dłoni. Wiedziała. Natychmiast wiedziała.
To nie była Marie. Marie grała inną grę — jawną, agresywną, opartą na słowach i publicznym upokorzeniu. To było coś innego. To był Justin Evans, który ponownie wkraczał w jej życie jak cień, wysyłając wiadomości z numerów, których nie mogła namierzyć, cytując jej własne słowa sprzed lat, te wypowiedziane w intymnych momentach, które powinny pozostać prywatne.
„Samotność." To słowo wróciło do niej teraz z kartki, tak jak wróciło wcześniej w wiadomościach do Maise — innej kobiety, którą Justin wybrał sobie za cel, albo którą wykorzystywał, by dotrzeć do Crilli. Crilla nie wiedziała już, gdzie kończy się jedna gra, a zaczyna druga.
Zmięła kartkę w dłoni, czując, jak papier gnie się i łamie pod jej palcami. To było obrzydliwe. To było tak typowe dla Justina — nie atakować wprost, ale obchodzić, obserwować, wysyłać swoje małe wiadomości jak jadowite prezenty. Czekać, aż ona sama się załamie.
Odrzuciła zmiętą kartkę na łóżko. Jej ręce drżały teraz wyraźniej — nie ze strachu, ale z czystej, gorącej wściekłości, która wypełniała jej klatkę piersiową i rozchodziła się po całym ciele. Chciała krzyknąć, chciała rzucić się na kogoś, chciała zniszczyć coś, cokolwiek, żeby uwolnić ten gniew.
Ale zamiast tego poczuła, jak coś w niej pęka.
Nie pęknięcie gniewu — coś głębszego, coś, co trzymała zamknięte od lat. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, nie z pytania, nie z prośby, ale z brutalnej siły, której nie potrafiła już dłużej powstrzymywać.
Kolana ugięły się pod nią. Opadła na spróchniały dywan pokoju, czując jego zapach pleśni i kurzu, i wtedy zaczęła płakać.
Nie były to łzy ciche, kontrolowane, takie jakie potrafiła wypłakiwać w samotności, w nocy, gdy nikt nie widział. To był spazmatyczny, nieokiełznany płacz, który wstrząsał całym jej ciałem. Ręce okryła twarz, palce zacisnęły się na skórze tak mocno, że poczuła ból, ale nie przestała. Łzy lały się strumieniami, mieszając się z śliną, z gorączkowym oddechem, z dźwiękami, które wydobywały się z jej gardła — nie słowa, tylko czyste, zwierzęce cierpienie.
Wylało się z niej wszystko, co trzymała zamknięte przez lata. Strach, że prawda o dziadku zostanie na zawsze zakopana. Gniew na Justina, na Marie, na wszystkich, którzy traktowali jej życie jak pole do gry. Samotność, której nigdy nie przyznała się na głos, nawet przed samą sobą. Porażkę, którą czuła za każdym razem, gdy kolejna ścieżka prowadząca do prawdy okazywała się ślepym zaułkiem.
Płakała tak długo, że straciła poczucie czasu. Czy minęły minuty, czy godziny — nie potrafiłaby powiedzieć. Ciało bólowało od nieustannego drżenia, gardło było suche i podrażnione, a oczy — spuchnięte i wrażliwe na najlżejsze światło.
Powoli, bardzo powoli, spazmy zaczęły ustępować. Oddychała jeszcze nierówno, z krótkimi, szarpanymi wdechami, ale już nie płakała. Ręce opadły jej na kolana, palce rozluźniły się, zostawiając czerwone ślady na skórze twarzy.
Siedziała tak przez długi moment, patrząc na podłogę, na zmiętą kartkę, którą wcześniej odrzuciła, na kurz unoszący się w zielonkawym świetle. Pokój był cichy, zbyt cichy, jakby nawet hotel wstrzymał oddech, obserwując ją.
W końcu podniosła się. Nogi były jak z waty, ale zdołała wstać, opierając się na framudze drzwi. Spojrzała jeszcze raz na kartkę na łóżku — ten mały, podły akt zemsty Justina — i poczuła, jak coś w niej twardnieje. Nie gniew tym razem, nie płacz. Coś chłodniejszego, bardziej zdecydowanego.
Zostawiła kartkę tam, gdzie leżała. Nie potrzebowała jej więcej. Wiedziała już wszystko, co ta wiadomość miała jej przekazać.
Wyszła z pokoju, zamykając drzwi za sobą. Korytarz wciąż był pusty, zielonkawe światło z okien na końcu tworzyło dziwne, niemal nierealne oświetlenie. Szła szybko, ale nie biegła. Nie chciała dać satysfakcji żadnemu obserwatorowi — jeśli ktoś ją obserwował, a była niemal pewna, że ktoś to robił.
Na dole, w holu, zatrzymała się na chwilę. Spojrzała na puste miejsce za kontuarem, na kurz, na opuszczenie. Ktoś — Justin, Marie, ktokolwiek — chciał, żeby tu przyszła. Chciał, żeby zobaczyła to pustkowie, żeby poczuła, jak jej się wymyka kolejna ścieżka.
Wyszła na zewnątrz. Powietrze było chłodne, niemal rześkie, i Crilla wciągnęła je głęboko do płuc, próbując oczyścić myśli. Przed hotelem stało jej auto — stary, zielony sedan, którego używała od lat, zarysowania na karoserii świadczące o niejednej wyprawie w nieznane.
Podeszła do samochodu, ale nie wsiadła od razu. Oparła się o drzwi, patrząc na fasadę hotelu Quardille. Budynek wydawał się teraz jeszcze bardziej ponury, jakby pustka w środku wysysała z niego resztki życia.
Poczuła porażkę. Gorzką, metaliczną w ustach porażkę. Przyjechała tu, bo myślała, że Marie Qexas ma dla niej odpowiedzi — albo przynajmniej wskazówki, które prowadzą gdzieś dalej. Ale Marie zniknęła, albo nigdy tu nie była, albo była tylko przynętą w większej grze Justina.
A Crilla znowu nic nie znalazła. Kolejna ślepym zaułkiem, kolejna ścieżka prowadząca w próżnię.
Zacisnęła zęby, czując, jak żuchwa boli od nacisku. Nie chciała płakać — już płakała wystarczająco dużo w tym pustym pokoju na górze. Teraz chciała czuć coś innego. Gniew. Gniew był lepszy niż ta pustka, ta bezradność.
Justin Evans. Imiwo zatliło się w jej umyśle jak rozżarzony węgieł. To on to zrobił. Zorganizował to wszystko — spotkanie z Marie, puste recepcję, ten głupi, arogancki liścik w pokoju 214. Chciał, żeby tu przyszła, żeby zobaczyła pustkę, żeby poczuła się głupio i bezradnie. To była jego zemsta za to, że go odrzuciła — nie raz, ale wielokrotnie, z coraz większą stanowczością, aż w końcu przestała odpowiadać na jego wiadomości w ogóle.
I teraz on się mścił. Nie wprost — Justin nigdy nie atakował wprost. Zawsze obchodził, podkładał ścieżki, obserwował z bezpiecznej odległości, czekając, aż ofiara sama się potknie.
A ona potknęła się. Wielokrotnie. I teraz siedziała w tym pustym hotelu, z pustymi rękami, z kolejną porażką w sercu.
Crilla otworzyła drzwi samochodu i wsiadła za kierownicę. Fotel był zimny, a powietrze w środku pachniało starym papierem i odrobiną benzyny. Przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie, na fasadę Quardille.
Myślała o dziadku. O Ethanielu Riannonie, który zaginął w tym hotelu w 1952 roku, i o którego śmierci nikt nigdy nie powiedział jej prawdy. Myślała o babce, Azariah, która była strażniczką tego miejsca, pilnującą jego sekretów. Myślała o wszystkich kobietach, które znały prawdę i milczały — albo które milczały, bo prawda była zbyt straszna, by ją wypowiedzieć.
I myślała o sobie. O tym, jak bardzo była sama w tym wszystkim. Brooke próbowała pomóc, ale Crilla nie potrafiła jej pozwolić — nie potrafiła pokazać pełnej skali tego, co czuła, tego, czego potrzebowała. Vainer, jej brat, był daleko, zajęty własnymi demonami. A ona tutaj, w tym pustym hotelu, z pustymi rękami i sercem wypełnionym pytaniami, na które nikt nie chciał udzielić odpowiedzi.
Zapłakała znowu, ale tym razem cicho. Łzy spływały po policzkach, kropiąc jej dżinsy, ale nie wydawała z siebie dźwięku. Siedziała nieruchomo, z rękami na kierownicy, patrząc na Quardille, i pozwoliła łzom płynąć, dopóki same nie ustały.
Gdy skończyła, wytarła twarz rękawem kurtki. Nie była zadowolona z tego, co zobbiła — z tej chwili słabości, z tych łez — ale też nie mogła ich w sobie powstrzymać. Były częścią tego, co się w niej zbierało od miesięcy, od lat, od czasu gdy po raz pierwszy usłyszała o zaginięciu dziadka i poczuła, że coś w jej życiu nie zgadza się, że jakaś prawda jest przed nią ukrywana.
Włożyła kluczyk do stacyjki i przekręciła. Silnik zawarczał, po czym zapalił się i zaczął pracować z cichym, regularnym odgłosem. Crilla zaczekała chwilę, dając mu się rozgrzać, patrząc w lusterko wsteczne na pustą drogę za nią.
Potem wrzuciła bieg i odjechała.
Nie spojrzała więcej na Quardille. Nie chciała widzieć tego budynku, nie chciała czuć jego ciążenia na sobie. Chciała tylko jechać, szybko, daleko stąd, do miejsca, gdzie nie musiałaby myśleć o Justina Evansie, o Marie Qexas, o zemście i kłamstwach.
Ale gdy jechała, myśli same wracały do tego, czego doświadczyła. Do pustej recepcji, do kurzu, do tej okropnej kartki w pokoju 214. Do faktu, że Justin wiedział, gdzie będzie, co zrobi, jak zareaguje. Że obserwował ją na tyle blisko, by móc podłożyć ten liścik w odpowiednim momencie, w odpowiednim miejscu.
I do tego, że była sama. Tak bardzo sama.
Gdy dojechała do pierwszego skrzyżowania, zatrzymała się na czerwonym świetle. Spojrzała na swoje odbicie w lusterku bocznym — zmęczoną, z czerwonymi oczami, z włosami, które wymykały się z uczesania. Nie wyglądała na kobietę, która mogłaby stawić czoło czemukolwiek. Wyglądała na kobietę, która właśnie przegrała.
Światło zmieniło się na zielone. Crilla nie ruszyła się od razu. Kierowca za nią zatrąbił, ale ona przez chwilę wciąż siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie, w pustą przestrzeń.
Potem wrzuciła pierwszy bieg i pojechała dalej.
Nie wróciła do domu. Nie mogła jeszcze stawić czoła pustym pokojom, ciszy, własnym myślom. Pojechała na przedmieścia, do małego parku, który znała z dzieciństwa — miejsce, gdzie jej dziadek zabierał ją na spacer, zanim zaginął. Było to dawno, zanim ona w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, że jego zaginięcie to coś więcej niż tajemnica — że to rana, która nigdy się nie zagoi, wers, który nigdy nie doczeka ostatniego słowa.
Park był pusty. Zimowy zmierzch zapadał szybko, a światła latarni zapalały się jedno po drugim, tworząc żółte plamy w ciemności. Crilla usiadła na ławce z widokiem na mały staw, częściowo zamarznięty, z kaczkami, które spały skulone na brzegu.
Była zmęczona. Tak głęboko zmęczona, że czuła to w kościach, w mięśniach, w samej esencji swojego istnienia. Ścigała prawdę tak długo, że zapomniała, jak to jest nie ścigać. Żyła w stanie ciągłej czujności, ciągłego poszukiwania, ciągłego podejrzewania — i to wyczerpywało ją bardziej, niż była gotowa przyznać.
Myślała o Maise. O tej innej kobiecie, która również otrzymywała tajemnicze wiadomości, której również ktoś obserwował, śledził, cytował jej własne słowa. Czy to był ten sam ktoś? Czy Justin Evans rozciągał swoją sieć na więcej niż jedną kobietę, czy też Maise była tylko przypadkiem, narzędziem, środkiem do celu?
Nie wiedziała. I to było najgorsze — nie wiedzieć, nie rozumieć zakresu gry, w którą została wciągnięta.
Odwróciła wzrok od stawu i spojrzała na swoje dłonie. Były zimne, blada skóra niemal połączyła się z szarówką wieczoru. Te dłonie przewróciły tyle stron, dotknęły tylu starych dokumentów, zapisały tyle notatek w poszukiwaniu prawdy. A teraz siedziały bezczynnie na kolanach, puste i bezradne.
Wstała z ławki. Nie mogła już dłużej siedzieć, nie mogła dłużej pozwalać myślom krążyć w kółko jak przerażone zwierzęta w klatce. Musiała coś zrobić, cokolwiek, nawet jeśli to było tylko wrócenie do domu i próba snu.
Ale gdy szła w stronę wyjścia z parku, jej krok zwolnił. Coś przyciągnęło jej wzrok — mała, metalowa skrzynka na listy przy wejściu, zwykle używana przez mieszkańców okolicznych domów. Była stara, pomalowana na zielono farbą, która dawno zaczęła się łuszczyć. Ale to, co zwróciło uwagę Crilli, to biała koperta wystająca z szczeliny.
Zamarła. Spojrzała wokół — park był pusty, ulice puste, zmierzch głęboki. Nikt nie był w pobliżu, nikt nie mógł jej widzieć.
Podeszła do skrzynki powoli, jakby bała się, że koperta zniknie, jeśli będzie się poruszać zbyt szybko. Wysunięta była tylko centymetr, biała, bez żadnych znaków, adresu, znaczka. Jakby ktoś zostawił ją tu specjalnie dla niej, wiedząc, że przejdzie tędy, że zauważy, że sięgnie.
Crilla wyciągnęła kopertę. Była cienka, lekka, jakby zawierała tylko jedną kartkę papieru. Odwróciła ją w dłoniach, szukając jakiegoś oznaczenia. Nic. Tylko gładka, biała powierzchnia.
Rozerwała kopertę. Palce drżały lekko, gdy wyciągała złożoną kartkę. Rozłożyła ją powoli, jakby bała się tego, co zobaczy.
Na papierze był tylko jeden wyraz, napisany drukowanymi literami, czarnym atramentem:
"POSZUKAJ."
Crilla spojrzała na słowo długo, bardzo długo. Serce biło jej głośniej, ale nie z przerażenia — z czegoś innego, czego nie potrafiła od razu nazwać.
Spojrzała wokół. Park wciąż był pusty. Nikt nie obserwował jej, nikt nie czekał na jej reakcję. A jednak koperta była tu, w jej dłoniach, z tym jednym słowem, które nie było groźbą ani obietnicą, ale wezwaniem.
Poszukaj.
Crilla złożyła kartkę i wsunęła ją do kieszeni kurtki. Nie była pewna, co to znaczy, kto to zostawił, czy to kolejna gra Justina, czy coś zupełnie innego. Ale wiedziała jedno — nie mogła teraz odpuścić. Nie po tym, jak daleko zaszła, nie po tym, co zobaczyła, co poczuła, co straciła i co znalazła.
Wsiadła do samochodu. Silnik zapalił się od razu, cicho mrucząc w nocy. Crilla spojrzała jeszcze raz na hotel Quardille — ciemną, pustą fasadę, która skrywała tyle sekretów — a potem odwróciła wzrok i odjechała.
Jechała powoli, ulicami, które znała na pamięć, ale tym razem nie wracała bezpośrednio do domu. Krążyła, myśląc, analizując, próbując położyć nowe informacje obok starych i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Słowo z kartki powracało do niej w pamięci. Poszukaj. Poszukaj czego? Gdzie? U kogo? Czy to była wskazówka, czy prowokacja, czy próba pomocy od kogoś, kto nie mógł mówić wprost?
Nie wiedziała. I to ją frustrowało bardziej niż cokolwiek innego — ta niepewność, ta gra bez zasad, bez jasnych ról.
Po godzinie krążenia w końcu skierowała samochód do domu. Był to mały, niepozorny dom na przedmieściach, otoczony wysokimi drzewami, które izolowały go od świata. Crilla parkowała na podjeździe i przez chwilę siedziała w milczeniu, patrząc na ciemne okna.
Wiedziała, co zastanie w środku — ciszę, pustkę, stosy dokumentów i notatek rozłożonych na stole w kuchni, mapę miasta z zaznaczonymi lokalizacjami, stare zdjęcia dziadka, które przeglądała setki razy, szukając czegokolwiek, czego wcześniej nie zauważyła.
To było jej życie. To było wszystko, co miała — ta obsesja, to poszukiwanie, ta niekończąca się podróż przez labirynt kłamstw i sekretów.
Wysiadła z samochodu. Powietrze było chłodne, a niebo bezgwiezdne, zasłonięte grubą warstwą chmur. Crilla szła powoli do drzwi, jej kroki głośne na drewnianym podjeździe.
W kieszeni kurtki czuła złożoną kartkę — to jedno słowo, „POSZUKAJ", wypalone w jej pamięci jak ciepło po oparzeniu.
Ktoś chciał, żeby coś znalazła. Ktoś wiedział, że przyjdzie do Quardille, że znajdzie pustkę, że będzie potrzebować wskazówki. Ktoś obserwował ją na tyle blisko, by wiedzieć, kiedy podłożyć kopertę, gdzie ją zostawić, jak sformułować wiadomość, by ją zainteresować, ale nie przestraszyć.
To mogł być Justin, grający kolejną partię w swojej grze. Ale coś w tym nie pasowało — Justin był subtelny, ale jego subtelność miała w sobie coś osobliwego, jakiś podpis, który zawsze pozwalał jej rozpoznać jego rękę. Ta wiadomość była inna. Prostsza, bardziej bezpośrednia, pozbawiona tej charakterystycznej arogancji.
To mogł być ktoś inny. Ktoś, kto wiedział o hotelu, o jej dziadku, o wszystkim. Ktoś, kto chciał pomóc, ale nie mógł zrobić tego otwarcie. Ktoś, kto również bał się czegoś — lub kogoś.
Crilla weszła do domu. Ciemność w środku była gęsta, ale nie zapalała światła. Znała to mieszkanie na pamięć, każdy mebel, każdy zakręt. Przeszła przez salon do kuchni, gdzie na stole czekały jej materiały — stosy papierów, mapa, zdjęcia.
Usiadła w ciemności, nie zapalając lampy. Tylko światło z ulicy wpadające przez okno oświetlało kontury przedmiotów, tworząc dziwne, niemal surrealistyczne cienie.
Wyjęła z kieszeni kartkę i rozłożyła ją na stole. Jedno słowo. „POSZUKAJ."
Poszukaj czego? Gdzie? Jak? Nie było żadnych wskazówek, żadnej podpowiedzi. Tylko to jedno słowo, jak klucz bez zamka, jak mapa bez legendy.
Ale Crilla wiedziała jedno — nie mogła teraz odpuścić. Nie po tym, jak daleko zaszła, nie po tym, co zobaczyła, co poczuła. Ktoś chciał, żeby coś znalazła. I choć nie wiedziała, czy ten ktoś był przyjacielem czy wrogiem, musiała to sprawdzić.
Bo prawda o dziadku, o hotelu, o wszystkim — musiała być gdzieś tam. Ukryta, zapomniana, czekająca na kogoś, kto będzie szukał wystarczająco długo, wystarczająco uparcie.
Crilla położyła dłonie na stole, na rozrzuconych papierach. Ciemność wokół niej była gęsta, ale nie przerażająca. Była to ciemność, którą znała — ciemność własnych myśli, własnych wątpliwości, własnych nadziei.
I w tej ciemności, po raz pierwszy od wielu godzin, poczuła coś, co przypominało spokój. Nie rozwiązanie, nie odpowiedź, nie zakończenie — ale chwilę wytchnienia, moment zawieszenia, w którym mogła zebrać myśli i przygotować się na to, co miało nadejść.
Bo coś miało nadejść. Czuła to w kościach, tak samo jak czuła obecność kogoś w ciemnościach hotelu, w cieniach tego miasta, w ukrytych zakamarkach jej własnego życia. Ktoś obserwował. Ktoś czekał. Ktoś grał w grę, której zasad Crilla jeszcze nie rozumiała.
Ale zamierzała się tego dowiedzieć.
Wstała od stołu i poszła do okna. Spojrzała na ulicę — pustą, cichą, oświetloną żółtym blaskiem latarni. Gdzieś tam, w ciemnościach tego miasta, ktoś właśnie mógł patrzyć w jej stronę, widzieć jej sylwetkę w oknie, wiedzieć, że jest tam, że nie poddała się, że nadal szuka.
Niech patrzy, pomyślała. Niech widzi. Niech wie, że nie odpuszczę.
Odwróciła się od okna i poszła do sypialni. Musiała odpocząć, zebrać siły. Jutro zacznie od nowa — sprawdzi wszystkie możliwe wątki, przeszuka archiwa, spróbuje namierzyć źródło koperty, zrozumieć, kto mógł ją zostawić i dlaczego.
Ale zanim położyła się do łóżka, wyciągnęła z kieszeni kurtki kartkę i położyła ją na nocnym stoliku. Jedno słowo w blasku lampki — „POSZUKAJ."
Patrzyła na nie przez długi moment, aż wreszcie zgasła światło i położyła się w ciemności. Ale nawet zamknięwszy oczy, widziała to słowo przed sobą — palące się w ciemności jak znak, jak obietnica, jak groźba.
Poszukaj.
I w ostatnim momencie, tuż przed snem, zrozumiała coś, co powinna była dostrzec wcześniej. Słowo to nie było skierowane do niej jako Crilli Riannon, wnuczki Ethaniela, poszukiwaczki prawdy. To było słowo skierowane do niej jako osoby, która właśnie doświadczyła porażki, która siedziała w samochodzie i płakała, która czuła się głupio i bezradnie.
Poszukaj — nie odpuszczaj, nie poddawaj się, nie akceptuj porażki.
Ktoś to wiedział. Ktoś widział ją w tym momencie słabości i zostawił jej to słowo jako most, jako linę, jako drogę powrotną.
Ale kim był ten ktoś? Przyjacielem czy wrogiem? Obserwatorem czy uczestnikiem? Kimkolwiek był, wiedział za dużo — o niej, o hotelu, o jej poszukiwaniach. I chciał, żeby kontynuowała.
Crilla zasnęła z tymi myślami, niepewna, czy powinna się czuć pocieszona, czy jeszcze bardziej zaniepokojona. Ale jedno było pewne — jutro zacznie szukać na nowo. I tym razem nie tylko prawdy o dziadku. Tym razem będzie szukać również odpowiedzi na pytanie, kto zostawił jej tę wiadomość — i dlaczego.
A gdzieś w ciemnościach miasta, może właśnie teraz, ktoś patrzył na jej dom, obserwował jej okno, czekał na to, co zrobi. I uśmiechał się — albo nie — w zależności od tego, jaką grę prowadził, i jak daleko był gotów posunąć się, by ją wygrać.
Crilla Riannon nie wiedziała jeszcze, że jej poszukiwanie właśnie weszło w nową fazę — fazę, w której granica między myśliwym a ofiarą, między poszukiwaczem a znalezionym, zaczynała się zacierać. Ale czuła to już w kościach, w tym przeczuciu, które nigdy jej nie zawodziło, że coś się zmienia, że gra się zaostrza, że za rogiem czeka coś, czego jeszcze nie widzi, ale co zdefiniuje wszystko, w co wierzyła, i wszystko, przed czym ostrzegała samą siebie.
I gdy wreszcie zapadła w sen, jej ręka — bez jej świadomej woli — sięgnęła do kieszeni kurtki i zacisnęła się na złożonej kartce, jakby trzymając się ostatniej deski ratunku w burzliwym morzu, które właśnie zaczynało się burzyć na dobre.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz