środa, 29 kwietnia 2026

33.


33


Przeszłość – Maise Delvarez

Maise szła przez parkową alejkę, a jej buty — ciemne, znoszone martensy — wdeptywały w zrumienione liście. Powietrze pachniało wilgocią i końcem lata. Nad głową szeleściły drzewa, a przez ich korony przebijało się ostre, późnopopołudniowe słońce, tworząc na ziemi plamy złotego światła, które drgały przy każdym podmuchu wiatru.

Z daleka dostrzegła Brix i Persephone. Stały przy ławce z metalowymi, ozdobnymi nogami — tą samej, przy której zawsze się spotykały. Brix ubrana była w niebieską, bawełnianą sukienkę, która falowała przy każdym ruchu, a jej czarne włosy — rozpuszczone i lekko pokręcone — poruszały się żywo, jakby same chciały coś powiedzieć. Trzymała w dłoniach żółtą klatkę z zielonymi prętami, a w niej — Pipi, która przekrzywiała główkę w tym swoim charakterystycznym, zabawnym geście.

Persephone stała nieco z boku, jak zawsze perfekcyjnie wyprostowana. Miała na sobie beżowy, lniany kombinezon, który podkreślał jej atletyczną sylwetkę, a jej proste, kasztanowe włosy spływały jak wodospad, każdy włos na swoim miejscu. W prawej dłoni trzymała czerwoną smycz, a przy jej nogach siedział Dragon — mały, czarno-biały kundelek z krótką sierścią i uszami stojącymi jak radary. Pies wyglądał niespokojnie — jego pysk był lekko otwarty, a czarny nos wilgotny i drgający.

Maise podeszła, nie spiesząc się. Jej dłonie — zawsze zimne, niezależnie od pogody — znalazły się za plecami, gdzie splatała palce w ten swój charakterystyczny sposób. Nosiła ciemną, lnianą kurtkę, która wiszczała na jej szczupłej sylwetce, i przecierane czarne dżinsy. Jej blond, kręcone włosy — zawsze nieco nieposkromione — otaczały jej twarz jak aureola, a porcelanowa cera wydawała się prawie świecąca w zmierzchającym świetle.

Cześć — powiedziała cicho, głosem bezbarwnym jak woda w kałuży.

Maise! — Brix rozpromieniła się natychmiast, jak zawsze, jakby światło włączyło się wewnątrz niej. — Widzisz, Pipi od rana dziwnie się zachowuje. Ciągle powtarza „ciemny tunel, ciemny tunel” i patrzy w jeden punkt. A Dragon — spójrz na niego — w ogóle nie reaguje na smakołyki!

Maise spojrzała na psa. Dragon rzeczywiście siedział sztywno, jego czarne oczy wlepione były w pustą przestrzeń między drzewami. Jego uszy — te charakterystyczne, stojące uszy kundelka — drgały niemal niezauważalnie, jakby próbowały wychwycić dźwięki niedostępne ludzkim zmysłom.

Może coś słyszy — powiedziała Maise, wzruszając ramionami.

Albo widzi! — Brix nachyliła się, przyciskając twarz do klatki Pipi. — Pipi, kochanie, co widzisz? Co to za ciemny tunel?

Pipi przekrzywiła główkę w drugą stronę, żółte pióra przybierając dziwny, niemal metaliczny połysk w słońcu.

Ciemny tunel — powtórzyła papuga, a jej głos brzmiał dziwnie płasko, mechanicznym tonem, który nie pasował do jej zwykłej, wesołej natury. — Ciemny tunel. Brixie, brixie, brixie.

Brix odsunęła się nieco, a jej promienny uśmiech zbladł na ułamek sekundy — ledwie zauważalnie, ale Maise to dostrzegła. Zawsze dostrzegała takie rzeczy — te mikroekspresje, które inni przeoczali.

Dziwne — mruknęła Persephone, pierwszy raz włączając się do rozmowy. Jej głos był równy, spokojny, jak zwykle — ale Maise zauważyła, że jej palce zacisnęły się mocniej na smyczy Dragona. — Zwierzęta nie reagują bez przyczyny. Zwykle. Statystycznie rzecz biorąc, istnieje niewielkie prawdopodobieństwo halucynacji u psów w podeszłym wieku, ale Dragon ma dopiero cztery lata. A papugi... — przerwała, wybierając słowa z tą charakterystyczną dla siebie precyzją — ...papugi są znane z naśladowania dźwięków z otoczenia. Może usłyszała coś w domu?

Aiden zamknął się w pokoju — powiedziała Brix cicho, a jej zwykle jasny głos przybrał dziwną, niemal obcą barwę. — Od wczoraj nie wychodzi. Mówi... mówi, że słyszy kroki w ścianach.

Cisza zawisła nad grupą, ciężka i palpacyjna jak wilgotna tkanina. Nawet Dragon przestał drgać uszami, zastygł w bezruchu, jakby i on wstrzymał oddech.

Maise poczuła, jak jej palce — wciąż splecione za plecami — zaciskają się tak mocno, że zabolały ją stawy. Pomyślała o babci — o jej słabych oddechach w szpitalnym łóżku, o tym, jak sama leżała tam, bezradna, przywiązana do rur i maszyn, które zastępowały jej płuca. Pomyślała o matce, która wyjechała — z dnia na dzień, bez pożegnania, bez wyjaśnienia, zostawiając ją samą z ojcem, który nigdy nie wiedział, jak się nią zająć.

Zwierzęta nic nie czują — powiedziała, a jej głos wypadł ostro, jak zimne pchnięcie. — Reagują na bodźce. Nic więcej.

Brix odwróciła się do niej, a jej oczy — te zwykle ciepłe, bursztynowe oczy — rozszerzyły się z niedowierzaniem.

Co?

To, co powiedziałam. — Maise wzruszyła ramionami, starając się, by jej twarz pozostała gładka, niewzruszona. Jej blizna po oparzeniu na nodze zaczęła swędzieć. — Dragon szczeka, bo coś usłyszał. Pipi powtarza frazy, bo je usłyszała. Nie ma tu żadnej głębszej prawdy, żadnego „ciemnego tunelu". To tylko... — przerwała, szukając odpowiedniego słowa — ...instynkt. Mechanika. Nic osobistego.

Brix patrzyła na nią, a jej usta — zwykle rozłożone w uśmiechu — teraz były lekko rozchylone, jakby chciała coś powiedzieć, ale brakowało jej słów. Jej dłonie — te same dłonie, które przed chwilą przytulały klatkę Pipi — opadły bezwładnie wzdłuż ciała.

Jak możesz... — zaczęła, a jej głos zadrgał, zbyt wysoko, zbyt cienko. — Jak możesz tak mówić? Przecież... przecież widzisz, że coś się dzieje. Aiden się zamknął. Pipi nie jest sobą. Dragon...

Dragon szczeka na wiatr — przerwała Maise, a jej ton był teraz ostry, niemal szyderczy. — A ty... — zawahała się, ale tylko na ułamek sekundy — ...zawsze widzisz więcej, niż jest, Brix. Zawsze musisz wszystko upiększyć, dodać koloru, znaczenie. To... — jej palce za plecami zacisnęły się tak mocno, że poczuła jak paznokcie wbijają się w skórę — ...to naprawdę nudne.

Słowo wisiało w powietrzu, ciężkie jak metal. Brix pociemniała na twarzy — nie z gniewu, lecz z czegoś głębszego, czegoś, co Maise rozpoznała instynktownie, choć nigdy by się do tego nie przyznała. To było poczucie bycia zdradzonym przez kogoś, kogo się kochało.

Nudne? — Brix powtórzyła, a jej głos był teraz cichy, zbyt cichy, jakby każde słowo wymagało ogromnego wysiłku. — Nudne, że się martwię? Że widzę, że coś jest nie tak? Że... — złapała oddech, a jej ramiona zadrżały — ...że boję się, że Aiden umrze, i że nikt mi nie uwierzy, bo wszyscy myślą, że jestem tylko... tylko...

Tylko głośna — wtrąciła Persephone, i jej głos był jak stal — zimny, gładki, nieubłagany. — I nieprzewidywalna. I emocjonalnie niestabilna. Tak, Brix, to dokładnie to, co myślimy.

Cisza, która nastąpiła, była głębsza niż poprzednie. Nawet Dragon przestał szczekać — zastygł w bezruchu, jego czarne oczy przeskakiwały między trzema kobietami, jakby sam nie wiedział, co się dzieje. Pipi, w swojej żółtej klatce, nagle zaczęła skrzeczeć — ostry, nieprzyjemny dźwięk, zupełnie inny niż jej zwykłe, wesołe ćwierkanie.

Nieprzewidywalna? — Brix odwróciła się do Persephone, a jej twarz — zwykle tak promienna, tak pełna życia — teraz była zmieniona przez coś, czego Maise nigdy u niej nie widziała. To był gniew. Nie ten teatralny, wybuchowy gniew, który Brix czasem udawała dla efektu. To było coś głębszego, gorętszego, niebezpieczniejszego. — Emocjonalnie niestabilna? A ty, Persephone? Ty, która wszystko planuje, wszystko kontroluje, wszystko... — jej głos załamał się, ale tylko na moment, tylko na ułamek sekundy — ...wszystko zabija?

Zabijam? — Persephone uniosła brew, ta jedna, lekko asymetryczna brew, i jej usta — zawsze tak idealnie złożone — wygięły się w coś, co mogło być uśmiechem, ale nie było. — To interesujące oskarżenie, Brix. Czy mogłabyś rozwinąć? Logicznie rzecz biorąc, oczywiście.

Nie rób tego — wysyczała Brix, i jej dłonie — te same dłonie, które przed chwilą tak delikatnie trzymały klatkę Pipi — teraz zacisnęły się w pięści. — Nie rób tego, Persephone. Nie teraz. Nie udawaj, że nie rozumiesz, o co mi chodzi. Nie udawaj, że nie wiesz, jak to jest... — przerwała, łapiąc oddech, a jej ramiona zadrżały — ...jak to jest czuć wszystko, a nie móc nic z tym zrobić, bo wszyscy myślą, że jesteś tylko... tylko...

Głośna — dokończyła za nią Maise, i jej głos był taki sam jak zawsze — cichy, pozbawiony emocji, niemal mechaniczny. — Już to mówiłam.

Brix odwróciła się do niej, i w jej oczach — tych zwykle tak ciepłych, bursztynowych oczach — Maise zobaczyła coś, co ją zaskoczyło. Nie był to gniew. Nie była to złość. To było... zawiedzenie. Głębokie, osobiste, niemal intymne zawiedzenie.

Wiesz co, Maise? — powiedziała Brix, i jej głos był teraz cichy, zbyt cichy, jakby każde słowo wymagało ogromnego wysiłku. — Myślałam, że ty... że ty przynajmniej... — przerwała, wstrząsnęła głową, a jej czarne włosy zafalowały wokół twarzy. — Nie. Nie ma sensu. Naprawdę nie ma sensu.

Obróciła się na pięcie i ruszyła sprężystym, energicznym krokiem, który tak dobrze znały — ale tym razem było w nim coś innego. Fury. Jej ramiona były napięte, jej krok zbyt szybki, zbyt zdecydowany. Nie odwróciła się. Nie powiedziała "do zobaczenia". Po prostu odeszła, a jej niebieska sukienka falowała za nią jak sztandar, a czarne włosy tańczyły na wietrze.

Cisza, która pozostała, była gęsta i nieprzyjemna.

Persephone spojrzała na Maise, a jej brązowe oczy — zawsze tak intensywne, tak przenikliwe — były teraz nieprzeniknione jak kamień. Jej usta — zawsze tak idealnie złożone — wygięły się w cienką, niemal niewidoczną linię.

Logicznie rzecz biorąc — powiedziała, a jej głos był równy, spokojny, jak zawsze, ale Maise słyszała w nim coś innego, coś, co przypominało... czy to było zmęczenie? — to nie była najlepsza reakcja na sytuację wymagającą wsparcia emocjonalnego.

Nie prosiłam o wsparcie — odpowiedziała Maise, a jej głos był taki sam jak zawsze — cichy, pozbawiony emocji.

Nie — przyznała Persephone, i w jej oczach coś błysnęło — coś, co mogło być zrozumieniem, ale mogło być też osądem. — Nie prosiłaś. I nigdy nie prosisz. I może to właśnie jest problem, Maise.

Odwróciła się powoli, z tą charakterystyczną dla siebie gracją, i ruszyła wzdłuż alejki. Jej krok był miarowy, kontrolowany — nie tak szybki jak Brix, nie taki zdecydowany. Każdy ruch był przemyślany, obliczony. Nie odwróciła się. Nie powiedziała "do zobaczenia". Po prostu odeszła, a jej kasztanowe włosy spływały nieruchomo wzdłuż pleców, jak zasłona.

Maise została sama.

Park wokół niej kontynuował swoje życie — dzieci biegały między drzewami, jakieś dwa psy szczekały w oddali, ptaki ćwierkały w koronach. Ale dla Maise wszystko to stało się nagle odległe, jakby oddzielone grubą szybą, przez którą można widzieć, ale nie można dotknąć.

Poczuła to — to dojmujące, ciężkie uczucie, które znała tylko raz wcześniej w życiu.

Pamiętała ten dzień zbyt dobrze. Miała dwanaście lat. Wróciła ze szkoły, a w domu panowała cisza — ta sama cisza, która zawsze towarzyszyła obecności jej matki, ale tym razem była inna. Pusta. Przeszła przez pokoje — kuchnia, salon, sypialnia rodziców — i zobaczyła. Szafa otwarta, ubrania zniknęły. Na toaletce nie było jej perfum — tego zapachu gardenii, który Maise kojarzył się z matką bardziej niż jej twarz. Na stoliku nocnym leżała kartka — cztery zdania napisane drżącym charakterem pisma, które Maise rozpoznałaby wszędzie. "Muszę odejść. Nie szukaj mnie. Przepraszam. Kocham cię." Podpis: imię, którego Maise nigdy potem nie wypowiedziała na głos.

Wtedy, w wieku dwunastu lat, poczuła to po raz pierwszy — to uczucie, jakby ktoś wyciągnął jej wnętrzności, zostawiając pustą skorupę, która jeszcze potrafiła chodzić, oddychać, odpowiadać na pytania, ale już nie czuła niczego. Samotność, która nie była brakiem ludzi wokół, lecz brakiem połączenia z nimi — jakby stała na dnie głębokiej studni, patrząc w górę na świat, który kontynuował swoje życie, nie zauważając jej nieobecności.

Teraz, stojąc w tym samym parku, z tymi samymi przyjaciółkami — które właśnie odeszły, każda w swoim kierunku, każda z własnym gniewem — poczuła to znowu. To samo uczucie. Ta sama pusta studnia.

Jej dłonie — wciąż splecione za plecami — drżały teraz niekontrolowanie, a ona musiała użyć całej siły woli, by je uspokoić.

Zaczęła iść. Nie wiedziała dokąd — po prostu ruszyła przed siebie, w stronę najbliższej alejki, dalej od tego wszystkiego, co właśnie się wydarzyło. Ale z każdym krokiem czuła, jak ta pustka w niej rośnie, jak pochłania ją od środka, pozostawiając coraz mniej z tego, kim była — lub kim udawała, że jest.

Nagle, przez drzewa, dostrzegła coś — błysk metalu, ruch. Zatrzymała się, wstrzymując oddech, i wyjrzała zza pnia starego dębu.

To był mężczyzna. Wysoki, w średnim wieku, ubrany w szary płaszcz, który wyglądał na zbyt ciepły na tę pogodę. Stał przy ławce — innej ławce, kilkadziesiąt metrów dalej — i patrzył w jej kierunku. Nie, nie w jej kierunku. Patrzył w kierunku, z którego ona przyszła — w stronę ławki, przy której stały Brix i Persephone.

Mężczyzna miał w ręku coś małego, czarnego — telefon? Aparat? — i przez chwilę podniósł to do twarzy, jakby robił zdjęcie lub nagrywał wideo. Potem schował urządzenie do kieszeni płaszcza i ruszył w stronę wyjścia z parku — powoli, nieśpiesznie, jakby miał cały czas świata.

Maise wstrzymała oddech, dopóki mężczyzna nie zniknął za zakrętem alejki. Potem oparła się o pień dębu, czując, jak jej nogi nagle stają się zbyt miękkie, by ją utrzymać.

Coś tu było nie tak. Coś więcej niż tylko kłótnia przyjaciółek. Coś więcej niż tylko dziwne zachowanie zwierząt.

Mężczyzna w szarym płaszczu. Nagrywanie. Obserwowanie.

Maise zamknęła oczy, pozwalając, by ciemność pochłonęła ją całkowicie. Ale nawet z zamkniętymi oczami widziała to — te czarne oczy Dragona, które wydawały się widzieć przez nią. Ten warknienie, które nie było agresją, lecz smutkiem. Tę pustkę w sobie, która w końcu zaczynała się rozprzestrzeniać, pochłaniając wszystko wokół.

I teraz to. Mężczyzna w szarym płaszczu. Obserwujący. Nagrywający.

Maise otworzyła oczy. Nad głową szeleściły liście, a przez korony drzew przebijało się ostre, późnopopołudniowe słońce. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak przedtem.

Ale coś się zmieniło. Coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać, ale czuła to w kościach — w tym zimnym, nieprzyjemnym uczuciu, które rozlewało się w jej żołądku.

Kłótnia z przyjaciółkami była dopiero początkiem. Dziwne zachowanie zwierząt było tylko symptomen. Mężczyzna w szarym płaszczu był ostrzeżeniem.

Coś nadchodziło. Coś, czego Maise — ze swoim chłodem, swoją kontrolą, swoją starannie budowaną samotnością — nie była w stanie zatrzymać.

A może — pomyślała, pozwalając, by ten myśl rozwinęła się w pełni — może to właśnie ta samotność była powodem, dla którego to wszystko się działo. Może jej chłód, jej dystans, jej niezdolność do prawdziwego połączenia z innymi — może to wszystko stworzyło pustkę, którą teraz coś innego wypełniało.

Maise oparła się głową o chropowatą korę dębu i zamknęła oczy. Nie modliła się — nigdy nie modliła się, nie wierzyła w żadnego boga, który byłby wart jej uwagi. Ale teraz, w tej chwili, pozwoliła sobie na coś, czego zazwyczaj unikała: na pragnienie. Pragnienie, by ktoś był tam, przy niej. Pragnienie, by ktoś zrozumiał, bez słów, bez wyjaśnień. Pragnienie, by ta pustka w niej wreszcie została wypełniona — czymkolwiek, byle nie była już pusta.

Ale gdy otworzyła oczy, była sama. Tak jak zawsze. Tak jak od dnia, w którym jej matka wyjechała, zostawiając ją z pustym mieszkaniem i czterema zdaniami na kartce.

Maise oderwała się od drzewa. Jej dłonie — wciąż splecione za plecami — przestały drżeć. Jej twarz — zwykle tak gładka, tak niewzruszona — powróciła do swojej zwykłej, porcelanowej maski.

Ruszyła w stronę wyjścia z parku, krok po kroku, bez pośpiechu. Nie oglądała się za siebie. Nie myślała o Brix, która gdzieś tam, w mieście, pewnie płakała lub krzyczała, wylewając swoje emocje tak, jak zawsze to robiła. Nie myślała o Persephone, która gdzieś tam, w swoim uporządkowanym świecie, pewnie analizowała tę sytuację, szukając logicznego wyjaśnienia dla czegoś, co nie miało logicznego wyjaśnienia.

Gdy wyszła z parku, a zimne powietrze jesiennego wieczoru uderzyło ją w twarz, poczuła to znowu. To uczucie. Tę pustkę. Tę samotność.

I tym razem, po raz pierwszy od wielu lat, nie była w stanie jej zignorować.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov